Nowy biskup

Manaus, 26. 02. 2020
Zawsze mnie zdumiewa to, jak Pan Bóg często przeplata moją drogę z drogami ludzi, których później,
w przyszłości spotykam. Wydaje się to na pierwszy rzut oka zwykłym zbiegiem okoliczności, a potem
czas pokazuje, że wszystko było w planach Bożych. W 2005 roku, kiedy to jeszcze raczkowałem w
Brazylii, zostałem wysłany przez księdza biskupa Edwarda Zielskiego do Blumenau, do stanu Santa
Catarina. Wyjazd ten miał jako cel główny zastąpienie księdza Gerarda Piesika, który był wówczas
tam w jednej z parafii proboszczem, aby mógł on sobie spokojnie pojechać na urlop do Polski. Ważne
też było dla mnie nowe duszpasterskie doświadczenie. Po dziś dzień Piaui i Santa Catarina to stany,
które różnią się przeogromnie, a różnice te to także bogactwo najróżniejszych doświadczeń.
Pamiętam, że pojechałem tam 14 kwietnia, w czwartek. Jechałem pełen oczekiwań i lekko już
wymęczony nieustannym upałem brazylijskiego suchego Nordeste. Już po dwóch dniach, w sobotę,
jeszcze słoneczną i upalną, uczestniczyłem w nowoczesnej i przepięknej tamtejszej katedrze w
święcenia biskupich pewnego franciszkanina. Czytałem jego biogram zamieszczony na rozdawanej
przed uroczystością ulotce. Wtenczas wszystko było dla mnie tak bardzo inne i nowe. Zauważyłem
wówczas, że był bardzo wykształcony i spokrewniony ze znaną mi już Zildą Arns, założycielką Pastoral
da Crianca, z kardynałem Paulo Evaristo Arns i że z jego rodziny już wielu zostało zakonnikami i
kapłanami. Generalnie bardzo liczna i pobożna, katolicka rodzina. Na Mszy mówiono, że będzie
biskupem w Prałaturze Sao Felix do Araguaia w stanie Mato Groso. Dopiero później miałem się
dowiedzieć, czemu w tamtym momencie wszyscy słuchali tego z podziwem, kiwaniem głowami i
znaczącymi minami. To była diecezja symbol z historią jeszcze bardziej znaczącą i poprzednikiem
biskupem, który po dziś jest w Brazylii kimś na miarę Mahatmy Ghandi, Martina Lutra Kinga czy
Nelsona Mandeli. Widać było, że uczestniczyłem w święceniach kogoś bardzo ważnego, wysyłanego z
niezwykłą misją w wyjątkowo istotne miejsce. Tym wyświęcanym wówczas biskupem był Dom
Leonardo Ulrich Steiner. Kilka dni później w Blumenau zrobiło się strasznie zimno i deszczowo. Ksiądz
Gerard pojechał do Polski, a ja powoli przejmowałem, na miarę moich ówczesnych możliwości,
obowiązki w parafii. Jednym z nich było sprawowanie codziennej Mszy Świętej w Casa da Santa Ana,
domy dla osób starszych, który był zbudowany przez księdza Gerarda, a prowadzony przez polskie
siostry elżbietanki. Tam właśnie czasami spotykałem siostrę księdza biskupa Leonarda. Przychodziła
ona jako wolontariuszka, aby zajmować się domownikami z Casa da Santa Ana. Czasami też
opowiadała mi o pracy swego brata biskupa i w ten sposób powoli byłem wprowadzany w
skomplikowaną sytuację tamtej prałatury. Wielkie konflikty agrarne, postawa wielkich właścicieli
ziemskich, sytuacja biednych ludzi i rola Kościoła. Potem ksiądz biskup Leonardo został sekretarzem
Narodowej Konferencji Episkopatu Brazylii. Był nim przez dwie kadencji i wówczas też pełnił posługę
biskupa pomocniczego w archidiecezji Brasilia. A teraz został mianowany naszym biskupem. 30
stycznia odbył się jego ingres do katedry w Manaus.
Była to uroczystość bardzo dla nas ważna. Diecezja pożegnała jednego, wielkiego biskupa, dom
Sergia. Pragnęła z całego serca powitać kolejnego wielkiego, na te trudne czasy pasterza, który
poprowadzi nas drogą Chrystusa. Zamęt polityczny, niestabilność ekonomiczna i relatywizm wartości
utrudniają bycie Kościołem. Ufamy, że dom Leonardo nam będzie w tej drodze pewnie przewodził.
Moment przekazania tego przewodniczenia był wyjątkowo wzruszający. Oto przed nami stanął dom
Sergio, bardzo schorowany, ledwo trzymający się na nogach, z drewnianym, ubogim pastorałem w
ręku. Podszedł do niego dom Leonardo, wyprostowany, pełen energii. W momencie przekazywania
pastorału dom Sergio, ustępujący biskup, coś długo swemu następcy, który głęboko się do niego
pochylił, mówił. Co mówił, tego nie wiemy. Na pewno coś ważnego dla naszego wspólnego dobra, dla
zbawienia tego ludu.

Odejście dom Sergia

Manaus, 12. 02. 2020

Mamy nowego biskupa w naszej diecezji. Dotychczasowy, dom Sergio Castriani, od lat walczący z Parkinsonem, już w czerwcu zeszłego roku prosił Ojca Świętego o zmianę. Chociaż nie ma jeszcze lat emerytalnych, to choroba zaczęła się posuwać coraz bardziej i jego posługiwanie w diecezji, dla niego, było wielką męczarnią. Piszę „dla niego, bo my wszyscy robiliśmy co mogliśmy, aby mu życie i pracę ułatwić. Zewsząd otoczony był wyjątkową miłością i życzliwością. Z jednej strony strasznie bolało nas, kiedy parzyliśmy na jego zmagania się z chorobą. Niesłyszalny i niezrozumiały głos, który znaliśmy sprzed kilku lat jako mocny i donośny. Opadnięta głowa, której nie mógł już sam unosić, bo mięśnie szyi odmówiły posłuszeństwa. Nieodłączna rurka do picia płynów, bo tylko w taki sposób mógł sobie z nimi poradzić. Sto innych rzeczy, które powoli, razem pewnie z nim odkrywaliśmy, jako skutki tej choroby. Lekarz powiedział, że Parkinson nie zabija, ale krzyżuje. Zdecydowanie nie da się tego lepiej ująć. Z drugiej strony postawa dom Sergia nas zdumiewa, buduje i zachwyca. Nigdy się nie poddał rezygnacji, rozpaczy, depresji. Wzruszającym było to, że w swym pożegnalnym liście odczytanym na naszym ostatnim w minionym roku spotkaniu kapłańskim napisał, sam był obecny, ale mówić już nie mógł, że nie poddał się rezygnacji i miał siłę do walki z chorobą dzięki nam. Tak sobie wówczas pomyślałem, że ja sądziłem odwrotnie. Wyszło ostatecznie, że my dzięki niemu, a on dzięki nam jakoś się trzymamy. To niezwykłe, jak to Pan Bóg wszystko prowadzi w swoich duchowych wymiarach.

W Brazylii kanony dobrego wychowania i zachowania się są zupełnie inne. Na początku ma się wrażenie, że w ogóle ich nie ma i każdy robi co chce i zachowuje się jak chce. Potem dopiero zauważa się te wielkie różnice. Np. jednym z najważniejszych zwrotów codziennych jest dzień dobry, czy też dobry wieczór. Może być też cześć. W sumie nic dziwnego. Czasami wygląda to jednak bardzo dziwnie, bo jakaś tam osoba siedzi w sali na spotkaniu z nami już dwie godziny i na początku wszyscy chórem powiedzieliśmy sobie dzień dobry, czy tam co innego w zależności od pory dnia, ale kiedy ona, będąc poproszona o głos wstaje, to zaczyna swoją wypowiedź tak: „Primeiramente bom dia a todos!” Naipierw dzień dobry wszystkim! Bez tego mogłaby być uznana za aroganta. Albo, kiedy ktoś się spóźnia na spotkanie i wchodzi w połowie jego trwania, to też oczywiście „dzieńdobruje” wszystkim, robiąc totalne zamieszanie, w ogóle się nie przejmując tym, że przeszkadza. Więcej, kiedy witamy się z kimś, to najważniejsze jest zapytać o to jak on się ma. Dzień dobry. Jak się czujesz? Wszystko w porządku z tobą? To taki klasyczny ciąg powitalny, bez którego można wyjść na gbura. Osoba witana odpowiada, że wszystko ok i odwzajemnia pytanie. Z dom Sergiem było zawsze mniej więcej tak: „Bom dia, Dom Sergio, tudo bem com Senhor?” Dzień dobry, księże biskupie Sergio, jak się ksiądz biskup miewa? On odpowiadał: „Bom dia, estou melhorando! E voce?”, czyli Dzień dobry, polepsza mi się! A jak z tobą?

Widzieliśmy go cierpiącego i nigdy nie zwyciężonego chorobą. Często widywaliśmy go modlącego się samotnie, na Adoracji. Chyba też nie opuścił żadnego ze swoich obowiązków z powodu choroby. Co więcej, w pewnym momencie podzielił diecezję na cztery części, na tak zwane regiony episkopalne. Nad jednym czuwa monsienior Sabino, nad dwoma kolejnymi dwaj księża biskupi pomocniczy, a nad czwartym czuwał on sam. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że jego region był największy i najtrudniejszy, jeśli chodzi o mobilność. Wszystko za miastem. Same rzeki, rozlewiska, bagna, bezdroża, gliniaste drogi, porozrzucane po lesie wioseczki. Widać, że duch misyjny w nim nie wygasł. Dom Sergio przez wiele lat pracował jako misjonarz w głębokiej Amazonii, potem był biskupem w prałaturze Tefe, też bardzo jeszcze amazońskiej i dalekiej od szosy. A kiedy został arcybiskupem Manaus, jednej z największych archidiecezji Brazylii, bardzo wpływowym hierarchą, pozostał nadal bardzo prostym misjonarzem. Zawsze mnie wzruszało to, jak zadowalał się z radością kubkiem wody, talerzem mąki z manioku, zupą rybną. Jego bezpośredniość niekiedy bywała zaskakująca. Raz jeden nasza młodzież z Ruchu Eucharystycznego Młodych gdzieś się tam z nim spotkała. On zaciekawiony wypytywał ich, kim są, bo jeszcze nie znał takiej grupy. W sumie to wówczas istniało coś takiego tylko w naszej parafii. Zapytał, kiedy mają swoje zwyczajowe spotkanie modlitewne. Było w sobotę o osiemnastej. Powiedział więc, że wpadnie do parafii na spotkanie. Koordynator tej grupy przyszedł do mnie w ciągu tygodnia, aby ustalić pewne rzeczy, a na koniec, już wychodząc, przypomniało mu się: „Aha, w sobotę przyjedzie do nas dom Sergio.”

Znów trochę o misjonarzach…

Manaus, 07. 01. 2020.

Okres Bożonarodzeniowy jest dla nas przypomnieniem, że Chrystus narodził się, aby być światłem wszystkich narodów. Ciągle jednak tak nie jest i niestety, kiedy spojrzymy na sytuację świata, wydaje się, że jakby coraz mniej jest w nas siły, aby ewangelizować, zapału do apostołowania i świadectwa wiary. Ciągle ponad pięć miliardów ludzi nie zna Chrystusa i nie ma szans na usłyszenie o Nim.

Milczymy też , kiedy mordowani są chrześcijanie, w tym katolicy, stając się niemymi męczennikami naszych czasów. Zostaliśmy już całkowicie zmanipulowani przez media, które natychmiast nas informują o nieszczęściu jakiegoś pieska, co oczywiście też nie powinno się zdarzać, jako że i on jest stworzeniem Boga. Natomiast o eksterminacji chrześcijan milczy się, jakby to było coś zupełnie nieistotnego.

Patrzę na statystyki misyjne wspominane w wypowiedziach i homiliach z okazji Uroczystości Objawienia Pańskiego. W Polsce jest to dzień, kiedy wspiera się misjonarzy. Piękny gest i oby był przez wszystkich zawsze pamiętany i praktykowany. O. Kazimierz Szymczucha, sekretarz Komisji Misyjnej Episkopatu Polski przypomina, że w świecie pracuje 1903 polskich misjonarzy. Tylko 1903. Jak na warunki polskiego Kościoła, ciągle jeszcze szczodrze błogosławionego przez Pana Boga, jest to tragicznie mało. W minionym roku zmarło 28 polskich misjonarzy i misjonarek. W tym dwóch misjonarzy zostało zamordowanych. Jednak liczba pracujących na misjach Polaków maleje nie tylko z powodu tych śmierci. Bywa, że w danym kraju misyjnym, co jest owocem wytrwałej pracy kilku, czy nawet kilkunastu pokoleń misjonarzy, nastąpił znaczny wzrost lokalnych powołań i ci z zewnątrz nie są już potrzebni. Są więc przenoszeni w inne miejsca lub skierowani do innych posług. Część przeszła na emeryturę, schorowani wrócili do kraju. Od lat odnotowuje się znaczny spadek powołań misyjnych w Polsce wśród duchowieństwa. Dochodzi do sytuacji wręcz absurdalnych, że nawet zgromadzenia misyjne nie wysyłają już misjonarzy.

Ciekawostką jest zaś to, że ciągle rośnie zainteresowanie wolontariatem misyjnym wśród świeckich. To dodaje nam nadziei i sił. Taki wolontariat organizuje kilka zakonów, na przykład klawerianki, salezjanie, pallotyni, kombonianie, werbiści i orioniści. Ja najczęściej spotykam się z wolontariuszami salezjańskimi. Mamy nawet teraz w Manaus pewne młode małżeństwo, istny cud. Pracują w szkole z dziećmi u świętego Jana Bosko. Pod koniec Adwentu inspektor salezjański, czyli tutejszy główny przełożony, wysłał ich z grupą misjonarzy do misji indiańskich w górę Rio Negro. Jeśli przeżyją i wrócą, to może uda mi się z nimi zrobić coś na kształt wywiadu i zebrać dla Was więcej informacji na temat takiego wolontariatu. Oczywiście wrócą, nie ma tam żadnego zagrożenia.

Polscy misjonarze zostają tez coraz częściej biskupami w krajach misyjnych. Ostatnio coś takiego zdarzyło się w Rio de Janeiro. Ks. Zdzisław Stanisław Błaszczyk, z diecezji krakowskiej, został mianowany biskupem pomocniczym w archidiecezji Rio de Janeiro. Jest już ósmym Polakiem, misjonarzem, którego tutaj mianowano biskupem.

Wspomniałem powyżej o zamordowanych w minionym roku polskich misjonarzach. Wszystkich misjonarzy ze wszelkich krajów zostało zabitych na świecie 29. Jeśli chodzi o naszych Polaków to był to najczarniejszy rok dla polskiego Kościoła misyjnego od 1991 r., kiedy w Peru zamordowani zostali pierwsi nasi misjonarze, dwaj franciszkanie, dziś już błogosławieni, ojcowie Michał Tomaszek i Zbigniew Strzałkowski. Wraz z nimi, licząc po wszystkich misyjnych krajach aż po miniony rok, zamordowanych zostało w sumie 11 polskich misjonarzy. W tym gronie jest 8 księży, kleryk, siostra zakonna i świecka wolontariuszka, Helena Kmieć.

Pamiętajmy o nich jak najczęściej w naszych modlitwach. Módlmy się też nieustannie o powołania misyjne.

Irma Dulce III

Manaus, 27. 11. 2019

Ksiądz Jarek już zdecydowanie domaga się listu o najnowszym błogosławionym brazylijskim, księdzu Donizettim, który został beatyfikowany w ostatnią sobotę, dwudziestego trzeciego listopada. Trudno, wszelcy nowi święci, błogosławieni, słudzy Boży i jacykolwiek inni brazylijscy kandydaci na ołtarze muszą ustawić się w kolejce, bo chciałbym jeszcze napisać o siostrze Dulce, a właściwie o jej spotkaniach ze świętym Janem Pawłem II. Były one cztery. Pierwsze trzy miały miejsce podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Brazylii, w roku 1980. Siostra Dulce miała okazję stać na lotnisku w pierwszym rzędzie, kiedy przybył papieski samolot. Kiedy Papież przechodził, siostra objęła go i wyściskała po brazylijsku. Czyli bardzo mocno. Nie rozmawiali wówczas ze sobą, przynajmniej nikt nic na ten temat nie wspomina. Powiedzmy, że było to pierwsze spotkanie.

W Salvadorze Papież odprawiał Mszę Świętą siódmego lipca. Podobno był to dzień wyjątkowo zimny i deszczowy. Siostra Dulce, wówczas bardzo chora, w ogóle nie chciała słuchać chóru lekarzy i pozostałych sióstr, aby pozostać w klasztorze. Poszła oczywiście na Mszę. Zmokła, zmarzła i była strasznie wycieńczona wszystkimi niewygodami, jakie związane są z taką sytuacją. Nagle została wywołana, aby podejść do Papieża. Wspinała się z trudem po schodach, silny wiatr prawie jej nie porwał. Wtedy wszyscy zgromadzeni wierni skandowali: „Viva Irmã Dulce! Irmã Dulce é nossa mãe!”, czyli: „Niech żyje siostra Dulce! Siostra Dulce jest naszą matką!” Wiwaty na jej cześć trwały bardzo długo, ale jej najwyraźniej one się nie spodobały. Kiedy nocą, po wszystkim, rozmawiała z dyrektorem jej szpitala, powiedziała, że było jej strasznie wstyd z powodu tych owacji. Rozmowa z Ojcem Świętym była, co zrozumiałe, bardzo krótka. Dostała na pamiątkę różaniec i Papież tym razem powiedział tylko: „Niech siostra kontynuuje!”

Kolejne spotkanie odbyło się dnia następnego, było lekko „zdalne”, więc nie będę go liczył w tych wspomnianych trzech. Papież w swym papa mobile przejeżdżał w pobliżu szpitala siostry Dulce i kiedy się dostrzegli, to sobie pomachali. Podobno siostry z domu pomocy i szpitala św. Antoniego siedziały, niczym jakieś wielkie białe ptaki, na wszelkich pobliskich drzewach, a dzieci z sierocińca poprzebierane były za różnych świętych. Wszyscy krzyczeli niemiłosiernie i to zwróciło uwagę Papieża. Wtedy to właśnie św. Jan Paweł II dostrzegł maleńką postać siostry Dulce i ją pobłogosławił. 

Potem musiała chyba szybko pobiec na lotnisko, bo kiedy kilka godzin później samolot papieski odlatywał, ona znów była w tłumie wiwatującym na cześć naszego Ojca Świętego. Tym razem, kiedy Papież przechodził i spostrzegł siostrę, podszedł do niej i dłuższą chwilę rozmawiali. Stojący w pobliżu usłyszeli między innymi: „Siostro, niech siostra kontynuuje, ale proszę też zadbać o swoje zdrowie. Siostra musi więcej dbać o swoje zdrowie!”. No cóż, wówczas siostra wyglądała bardzo słabo. Była już od lat ogromnie schorowana, z wielkimi problemami, zwłaszcza jeśli chodzi o płuca. Oddychała zaledwie trzydziestoma procentami płuc. Pewnie też ksiądz biskup z Salvadoru wspomniał Ojcu Świętemu o stanie zdrowia siostry. Nie mniej, po całym tym wydarzeniu siostra dostała zapalenia płuc i spędziła dwadzieścia dni w szpitalu.

Czwarte spotkanie z Ojcem Świętym było bardzo smutne. Był on kolejny raz w Salvadorze w 1991 roku. Doszło do niego w dniu 20 października. Nie było ono zaplanowane. Siostra Dulce była w bardzo złym stanie, właściwie agonalnym. Podłączona do najróżniejszych aparatur leżała w swoim pokoju zamienionym na OIOM. Kiedy św. Jan Paweł II się o tym dowiedział, kazał natychmiast podjechać pod jej klasztor i wszedł do jej pokoju. Siostra nie mogła już mówić. Papież popatrzył na nią, pomodlił się, pobłogosławił i do towarzyszącego mu księdza arcybiskupa Lucasa Moreira Neves powiedział: „Oto cierpienie niewinnego. Identyczne jak cierpienie Jezusa.”

Chociaż siostra Dulce umarła dopiero pięć miesięcy po tej wizycie, to było jej ostatnie ziemskie spotkanie ze św. Janem Pawłem II.

Testament Siostry Dulce

Manaus, 19. 11. 2019

Do tej pory pisałem o świętej siostrze Dulce, może niech dziś ona sama do nas przemówi. Wprawdzie nie pozostawiła po sobie żadnego dzienniczka, ale są jej listy do najróżniejszych osób, przemówienia z wielu ważnych momentów jej społecznego dzieła, wywiady, wspomnienia ludzi, którzy z nią pracowali, a zwłaszcza jej testament. Czasami trudno oprzeć się wrażeniu, że mówi to wszystko Matka Teresa z Kalkuty. Nie na darmo siostrę Dulce z tą wielką świętą Matką Biednych ciągle porównywano. Podobieństwo wynika z tego, że obie tak samo ukochały biedę tego świata i z takim samym poświęceniem starały się wszelkim potrzebującym nieść pomoc. A przede wszystkim w każdym biedaku widziały Chrystusa.

Jakiś dziennikarz zapytał Siostrę Dulce o to co zrobić, aby zmienić świat. Ona odpowiedziała tak: „Kochać! Miłość, tak, miłość może zwyciężyć egoizm…Nędza jest wynikiem braku miłości pomiędzy osobami…Tylko miłością, wiarą i poświęceniem jest możliwe przemienienie rzeczywistości, w jakiej żyjemy. Miłość buduje i spaja. Wszystko byłoby lepsze, gdyby była miłość.”

Mimo ogromu zajęć i ciężkiej, fizycznej pracy, święta z Salwadoru często była widziana na kolanach, na modlitwie. Podziwiano ją i też często pytano o to, jak wytrzymuje tak długo na modlitwie, skoro jest już tak bardzo zmęczona. „Modlitwa jest jak tlen dla naszej duszy. Bez tlenu nie możemy żyć. Bez modlitwy jesteśmy bardzo słabi duchowo.”

Jej największym dziełem był szpital dla biedaków pod wezwaniem świętego Antoniego. Właściwie to zawsze się irytowała, kiedy ktoś tak właśnie się wyrażał, iż było to jej dzieło. Zaraz cierpliwie poprawiała, że ten szpital to dzieło Opatrzności Bożej. Mówiła: „Ten szpital jest znakiem wiary, bo w ciągu tych wszystkich lat Bóg nigdy nas nie zawiódł. Nasz lud z swoją wiarą, inspirowany przez Boga, zbudował to dzieło. To dzieło nie jest moje, jest Boga. A co jest Boga trwa zawsze. Dzieła Boga nie da się zatrzymać, bo On na to nie pozwoli. Jeśli Bóg zbudował ten szpital to jak mógłby by być on zamknięty. Ja nic nie zbudowałam, bo jestem niczym. Kto zrobił to wszystko, jest Bóg. Nigdy o tym nie zapomnijcie.”

Komuś innemu Irma Dulce tłumaczyła tak: „Nasz szpital jest jak okręt płynący podczas sztormu, ale jego kapitanem jest Bóg. Dla tego płynie pewnie, spokojnie, nic mu nie przeszkadza. Tutaj nie mówi się choremu, aby przyszedł za osiem dni. Tu chory nigdy nie będzie odrzucony. Wiemy, że gdybyśmy zamknęli przed nim drzwi, on umrze. Jeśli nie ma miejsca, to myślimy, jak je znaleźć. Ustawiamy ciaśniej łóżka, kładziemy materace pod łóżkami, ale zawsze znajdziemy jakieś rozwiązanie. W chorym widzimy osobę Boga. Nie odrzucam nikogo, bo chory jest obrazem Boga.”

To oddanie się biednym i chorym było przez wielu podziwiane, ale też i przez bardzo dużo ludzi krytykowane. Mówiono, że biedni dostają za dużo. Wtedy to siostra Dulce powiedziała: „Tylko ten, kto z biednym żyje na co dzień, może go zrozumieć. Wielu uważa, że robię za dużo, że zbytnio troszczę o biednych i mnie za to krytykują. Każdy z nas chciałby być dobrze przyjęty, otoczony troską duchową i materialną. Na początku naszej pracy, teraz zresztą też tak jest, były osoby, które uważały, że dawaliśmy biednym za dużo, za dużo dla nich czyniłyśmy. Pytam więc: za dużo robimy dla Boga? Czy On nie zasługuje na to wszystko? Jeśli w biednym jest Bóg, to nigdy nie da się za dużo zrobić dla biednych.”

Matka Biednych z Salvadoru o niewiele się martwiła, bo bezgranicznie ufała Opatrzności Bożej. Jednak jedna rzecz ją niepokoiła. Była to sytuacja szpitala i dzieła pomocy biednym po jej śmierci.  Istniało zagrożenie, że zabraknie ludzi z charyzmatem służby biednym i zarządzający szpitalem zamienią go w prywatną, płatną, a więc zupełnie niedostępną dla biednych, placówkę. Doskonale wyposażony i zorganizowany szpital był łakomym kąskiem dla wielu podstępnych spryciarzy. W swoim testamencie siostra Dulce zapisała takie oto słowa: „Koniecznym jest, aby osoba, która stanie na czele naszego dzieła, była bardzo pokorna, z charyzmatem ofiarowania i oddania się bezgranicznego dla sprawy Boga. W tej służbie Bogu i biednym dochodzi się do takiej sytuacji, że już nie żyje się własnego życia, ale życie ich – biednych. Zapominamy o sobie, aby żyć tylko dla Boga i biednych.”

Bez wątpienia każdy zakątek świata potrzebuje takich ludzi. W jakiejś mierze każdy z nas może stać się współpracownikiem takiego dzieła.

Irma Dulce II

Manaus, 05. 11. 2019

Nigdy jeszcze nie byłem w Salvadorze, tej słynnej stolicy najbardziej afrykańskiego, ze względu na wysoki procent mieszkańców pochodzących od przywiezionych z Afryki niewolników, brazylijskiego stanu Bahia. Jednak coraz bardziej chciałbym tam kiedyś dotrzeć, bo poznając historię Brazylii i brazylijskiego Kościoła widzę, że byłoby tam co zwiedzać, kogo odwiedzać i czyich śladów szukać. Ostatnio kanonizowana święta siostra Dulce właśnie urodziła się w Salvadorze. Zanim zaczęto ją nazywać Anjo Bom da Bahia, czyli Dobrym Aniołem z Bahia, Irma Dulce dos Pobres, czyli Siostrą Dulce od Biednych, czy też brazylijską Matką Teresą, miała w sumie zwyczajne życie. Urodziła się 26 maja 1914 roku w rodzinie bogatej, inteligenckiej, głęboko wierzącej i żyjącej dziełami miłosierdzia. Nazwano ją Maria Rita. Jej ojciec, Augusto Lopes Pontes, był dentystą i wykładowcą w akademii medycznej. Wcześnie, bo w wieku siedmiu lat straciła matkę, która miała właśnie na imię Dulce. W wieku ośmiu lat przystąpiła, wraz ze swoim rodzeństwem, do Pierwszej Komunii Świętej. Jako dziecko uwielbiała piłkę nożną i latawce. Ale nie tylko zabawę miała w głowie. Razem z ojcem i rodzeństwem w najróżniejszy sposób pomagała biednym. Uczyła ich czytać, pisać, katechizowała i marzyła, aby zostać nauczycielką. Jako trzynastolatka przemierzała ulice najbiedniejszych dzielnic i zbierała leżących tam chorych. Przynosiła ich do domu i opiekowała się nimi. Z czasem nawet ich dom zaczęto nazywać Portaria de Sao Francisco, czyli Bramą Św. Franciszka. To tłumaczenie współczesne nie jest jedynym. Może też chodzić o kogoś, kto siedzi w bramie wjazdowej i jest w ciągłej gotowości, aby służyć, pomóc. Cóż to był za dom, który wśród mieszkańców Salvadoru zyskał takie miano? Gdzie biedni i chorzy byli przyjmowani i im służono. Niesamowite.  Kiedy skończyła stosowne szkoły i dostała dyplom nauczycielki wstąpiła zaraz do zakonu. Było to zgromadzenie sióstr misjonarek Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Przyjmując zakonny habit przyjęła też imię po swojej matce i od tego momentu wszyscy zaczęli ją nazywać i znać jako Dulce, siostra Dulce. Została skierowana do pracy do jednej ze szkół, jaką siostry prowadziły w Salvadorze. Jednak serce siostry Dulce wyrywało się do biednych i chorych. Najpierw otworzyła pierwszy punkt medyczny, coś na kształt ośrodka zdrowia, w jednej z najbiedniejszych dzielnic. Ta niezwykła siostra zakonna myślała też, jak biednych zorganizować i ich ochronić przed wyzyskiem. Stworzyła więc pierwszy związek robotniczy – Uniao Operaria Sao Francisco. Potem otworzyła pierwszą szkołę dla robotników i ich dzieci – Colegio Santo Antonio. Pieniądze na tę działalność miała z trzech kin, które wcześniej zorganizowała w mieście. Wówczas dochodziło też do wielu konfliktów z przełożonymi, które nie zawsze umiały zrozumieć miłość siostry Dulce do biednych. Ponieważ za siostrą Dulce zawsze chodziła cała wielka grupa biednych i chorych, więc z czasem normalne funkcjonowanie domu zakonnego stało się bardzo trudne. Poszła więc z nimi na tak zwaną Wyspę Szczurów i osiedliła się ze swymi biednymi w opuszczonych pięciu domach. Kiedy po jakimś czasie została stamtąd wyrzucona na ulicę, wróciła do klasztoru i ubłagała przełożoną, aby ta pozwoliła jej zamieszkać, wraz z siedemdziesięcioma najbardziej chorymi biedakami w rozwalonym, starym klasztornym kurniku. Był to rok 1949. Jedenaście lat później, w tym samym miejscu, stał już szpital ze 150 łóżkami. Siostra Dulce jeszcze wielokrotnie rozbudowywała ten szpital, który w końcu stał się jednym z najlepszych i największych w Brazylii szpitali, oczywiście przyjmujący głównie biednych. Po dziś całe to dzieło utrzymuje się z ofiar ludzi dobrej woli, głównie katolików.

Kiedy czytam o siostrze Dulce, to nawet nie umiem sobie wyobrazić, jak ona to wszystko potrafiła zorganizować. Biedni, chorzy, szkoły, codzienne chodzenie po ulicach za jedzeniem i pieniędzmi, problemy z ludźmi, organizacje robotnicze. Ciągle wielu ludzi robiło wszystko, aby utrudnić jej życie. Wszyscy też zaświadczają, a do dziś przecież żyją tysiące świadków tego, co robiła, że była osobą wyjątkowej modlitwy. Ciągle też coś studiowała, bo aby prowadzić te wszystkie dzieła, musiała być farmaceutą, lekarzem, itd. Miała wielkie łaski od Boga i umiała z Nim wyjątkowo współpracować!

Irma Dulce I

Manaus, 18. 10. 2019

Ostatnie kanonizacje przykuły uwagę Brazylijczyków, bo wśród ogłoszonych świętymi znalazła się wyjątkowo ważna dla tutejszych katolików, ale nie tylko katolików, osoba. Jest nią siostra Dulce Lopes Pontes, nazywana niekiedy brazylijską Matką Teresą. Opiekunka ubogich z Salvadoru i wielka, wręcz gigantyczna, chociaż fizycznie była ponoć bardzo drobna, duchowość.

Bez wątpienia zasługuje na poznanie. Najpierw jednak trzeba wytłumaczyć pewien fakt. Zauważyłem, że była ona określana w niektórych artykułach i telewizyjnych przekazach jako pierwsza brazylijska święta. Jest to prawda, jeśli się pamięta, że mówimy w tym momencie o niej jako o pierwszej brazylijskiej świętej, bo kobiecie, urodzonej na ziemi brazylijskiej i znanej z imienia.

W roku 2002 ojciec święty Jan Paweł II kanonizował siostrę Paulinę od Konającego Serca Pana Jezusa, którą wszyscy na początku też nazywali pierwszą świętą brazylijską. Tymczasem ona była Brazylijką, ale naturalizowaną, bo urodziła się we Włoszech i jako mała dziewczynka wraz z rodzicami przeprowadziła się do Brazylii. Ten fakt niejako odbiera jej pierwszeństwo.

Potem, w roku 2007 został kanonizowany Frei Galvao. Co do jego brazylijskiego obywatelstwa nikt nawet nie śmie mieć jakichkolwiek wątpliwości, ale to przecież mężczyzna, więc pierwszemu miejscu świętej już teraz siostry Dulce nie zagraża.

Przez moment wyznawcy świętej siostry z Salvadoru wpadli w panikę, bo nagle, zupełnie niepotrzebnie, przypomniano sobie o grupie świętych męczenników z Cunhaú i Uruaçú. Są to pierwsi męczennicy brazylijscy z XVII wieku i historia ich męczeństwa jest wyjątkowo tragiczna. Było to w wielkim skrócie tak: holenderscy kolonizatorzy, kalwini, pod wodzą Niemca Jakuba Rabe, razem z Indianami z plemion Potiguares i Tapuias wymordowali dwie wioski portugalskich kolonizatorów. Pierwszych, było to w Cunhaú, zaskoczyli w niedzielę podczas Mszy w kościele pod wezwaniem Matki Bożej Gromnicznej. Ksiądz André de Soveral, ministrant Domingos de Carvalho, pomocnik księdza Mateus Moreira i wierni, którzy uczestniczyli we Mszy, zostali najpierw zamknięci w świątyni, a następnie wymordowani. Zabito ich w ten sposób, że wywlekano po kolei z kościoła, a potem Indianie na żywca rozcinali im plecy i wyrywali serca. Kiedy o tej masakrze dowiedzieli się kolonizatorzy w sąsiedniej wiosce Uruaçú, postanowili uciekać. Zostali jednak natychmiast dogonieni i nad pobliską rzeką w taki sam sposób, wraz ze swoim proboszczem księdzem Ambrósio Francisco Ferro, wymordowani. Wówczas zginęło około 150 osób. Kanonizowanych zostało tylko trzydzieści. Dwudziestu pięciu mężczyzn i pięć kobiet. A ponieważ nie zachowały się nazwiska tych kobiet i nie wiadomo dokładnie, czy były one już urodzone na ziemi brazylijskiej, czy przybyły z Portugalii, więc też nie mogą odebrać pierwszego miejsca świętej siostrze Dulce. Ona na pewno o to nie dba, ale dla jej czcicieli ma to przeogromne znaczenie i trzeba doskonale się orientować w historii niewielu w sumie świętych i błogosławionych brazylijskich, jeśli nie chce się narazić na kłopoty. 

Licząc już z siostrą Dulce Brazylia ma 37 świętych, 51 błogosławionych, ponad 80 sług bożych i około 200 procesów w Kongregacji do spraw Świętych w Watykanie. To wszystko na lekko ponad pięćset lat historii tego Kościoła. Prawie wszystkie kanonizacje i beatyfikacje dokonały się już w XXI wieku.

Cud za sprawą siostry Dulce, który stał się tym najsłynniejszym, to jest uzdrowienie pewnego niewidomego nauczyciela. On miał przy tym codziennie bardzo silne bóle głowy, zwłaszcza w okolicy oczodołów. Lekarze nie potrafili mu pomóc. Tamtego dnia ból był wyjątkowo silny, nie do wytrzymania. Miał na stoliku, tuż przy swoim łóżku, maleńką figurkę siostry Dulce. Chwycił ją w tym bólu, przyłożył do miejsca, gdzie najbardziej bolało i modlił się poprzez przyczynę siostry Dulce, aby ból zmalał chociaż trochę, bo już nie wytrzymywał. Po chwili ból ustąpił a on, ku swojemu totalnemu zdumieniu stwierdził, że widzi.

To bardzo wymowny cud. Matka biednych z Salvadoru chce nam powiedzieć: Przejrzyj! Trwasz w ślepocie, Bóg jest światłem!

Ksiądz Kazimierz

Manaus, 1. 10. 2019

Chyba wszystkie gazety w Polsce pisały o śmierci księdza Kazimierza Wojno.  W Brazylii ta wiadomość była podana w dziennikach ogólnokrajowych i, co zrozumiałe, wywołała wielkie oburzenie. Mimo, że nie przekazano w sumie żadnych szczegółów i tego typu informacje o morderstwach są wyjątkowo częstymi, to ludzie byli zszokowani.

Ksiądz Kazimierz był misjonarzem fidei donum z diecezji łomżyńskiej. Miał siedemdziesiąt jeden lat. W Brazylii posługiwał od 1983 roku. W stolicy tego kraju zasłynął z wyjątkowej pracowitości. Parafie, w których był, zawsze były przepięknie pobudowane, odremontowane, we wszystko wyposażone i duszpastersko rozwinięte. Ta jego ostatnia też jeszcze była w sumie w budowie, bo właśnie trwały prace nad nową, wspaniałą świetlicą.

Poznałem księdza Kazimierza nie w Brasilii, ale w Manaus. Było to w sumie przez przypadek. Przyjechał on odwiedzić nie mnie, ale jednego z hinduskich misjonarzy, ojca Roberta. Okazało się wówczas, że ksiądz Kazimierz w ogóle był bardzo dobrze znany wśród amazońskich misjonarzy. Wszyscy, którzy w Brasilii robili kurs języka i kultury, u niego często, na jego plebani i parafii znajdowali schronienie. Przygarniał wszystkich z wyjątkową gościnnością. Dla każdego znalazł miejsce i oczywiście wspierał, jak tylko mógł. My nie pojechaliśmy na ten kurs z dwóch powodów. Raz, że kosztował on majątek. A dwa, że miał złą sławę z powodu kierownictwa zakochanego w teologii wyzwolenia i uwielbiającego wszelkie modernistyczne eklezjalne eksperymenty. Pamiętam, że były to nasze początki w Manaus. Mieszkaliśmy już w kaplicy w Zumbi. Rok 2008 i na pewno gdzieś pod koniec marca. Jeszcze na obowiązkowym „Kursie rzeczywistości amazońskiej”, musieliśmy coś takiego zrobić, aby móc pracować w Manaus, podczas jednej z przerw, ojciec Robert nagle zapytał, czy znam księdza Kazimierza. Oczywiście, że wówczas go nie znałem. Okazało się, że przylatuje i będzie przez kilka dni w Manaus. Tak właśnie się poznaliśmy. Fizycznie widzieliśmy się tylko ten jeden raz. On jednak potem często do mnie dzwonił. Najpierw tradycyjnie, przez telefon, a potem, już z pełną nowoczesnością, przez skype`a, z video, abyśmy się widzieli. Opowiadał mi dużo o swej parafii i wypytywał o wiele, jeśli chodzi o naszą w Manaus. Ciągle też umawialiśmy się na jego kolejną wizytę, tym razem u nas. Jednak zawsze coś tam plany odwlekało, a teraz to już wszystko stało się nieaktualne.

W sobotę po wieczornej Mszy ksiądz Kazimierz udał się do plebanii. Zaraz potem do drzwi zapukali mordercy. Czterech młodych ludzi, nie związanych w parafią, z Kościołem. Zupełnie nie znanych księdzu. Wcześniej zdołali dopaść i związać stróża. Kiedy weszli na plebanię, prawdopodobnie ksiądz otworzył im drzwi, bo nie podejrzewał, że mogliby coś złego mu uczynić, oni zaczęli go strasznie torturować. Na dodatek wszystko nagrywali i fotografowali telefonem. To jeszcze nie wszystko. Na bieżąco rozsyłali fragmenty wideo i fotografie do różnych swych znajomych. Ostatecznie ksiądz Kazimierz umarł uduszony drutem kolczastym. Wcześniej przez godzinę był torturowany. Zrobili to ci młodzi ludzie, w tym jeden nieletni. Potem w torby i plecaki spakowali różne cenne rzeczy, głównie liturgiczne, i bez większego pośpiechu wyszli sobie z plebanii.

Policja nie miała problemu ze znalezieniem morderców. Trzech zatrzymano już w poniedziałek, czwartego, tego nieletniego we wtorek. Natomiast wszyscy po dziś mamy problem, aby zrozumieć, jak do czegoś takiego mogło dojść.

Powoli już kończy się rok i jest on pełen ubytków. Tych misyjnych także. Jest nas już, jeśli chodzi o Polaków, o 102 misjonarzy mniej niż rok temu. 73 zrezygnowało z różnych powodów i powróciło do Kraju. 29 zmarło. W tym 2 zostało zamordowanych.

NMM

Manaus, 24. 09. 2019

Już przeżywamy ten tak bardzo wyczekiwany NADZWYCZAJNY MIESIĄC MISYJNY. Miał on w nas spowodować głębokie misyjne nawrócenie. W sumie cóż oznacza to określenie? Znów, raz jeszcze, po raz kolejny trzeba dostrzec, jak bardzo Misje Kościoła są ważne. Trzeba nam zrozumieć, że są najważniejsze. Mówimy dużo o misjach. Ale zawsze są też i sprawy ważniejsze, bo pilniejsze, bliższe. W sumie to i zrozumiałe. Jednak w ten sposób brakuje nam zapału. Ojciec Święty Franciszek, poprzez nadzwyczajny miesiąc misyjny chce nam pomóc zrozumieć, że nigdy nie zabraknie nam sił, miłości, wiary ani środków na to co bliskie, jeśli z taką samą uwagą i poświęceniem zajmiemy się tym, co dalekie. Bo w kwestiach zbawienia nie ma odległości. Przynajmniej być nie powinno. Wszystko mieści się w Bożym sercu, więc i nasze też powinno szeroko się otwierać. Chrystusowy nakaz misyjny, co przypomina nam Ojciec Święty w tegorocznym misyjnym orędziu, skierowany jest do każdego z nas i w ten sposób każdy z nas jest MISJĄ: „Jest to nakaz, który dotyczy nas bardzo bezpośrednio: zawsze jestem misją; zawsze jesteś misją; każda ochrzczona i każdy ochrzczony jest misją. Ten kto, miłuje wyrusza w drogę, jest pobudzony, by wyjść ze swoich ograniczeń, jest pociągnięty i pociąga, daje siebie drugiemu i nawiązuje relacje rodzące życie. Nikt nie jest bezużyteczny i nieistotny dla Bożej miłości. Każdy z nas jest misją w świecie, ponieważ jest owocem Bożej miłości.”

Widzę, że wiele parafii organizuje specjalne dni modlitw za misjonarzy z naszej diecezji. To bardzo miłe i ogromnie za to dziękuję. Wiem, że wielu nieustannie się modli za nas. Jednak być pamiętanym tak szczególnie, z imienia i miejsca, to wyjątkowo zobowiązujące i pomocne.

Nie ukrywam, że chciałbym, aby jednym z owoców tego wyjątkowego miesiąca było chociaż jedno powołanie misyjne z naszej diecezji. Od tak wielu lat nie mamy takich powołań. A jednocześnie tak bardzo ich potrzebujemy. Może to też oznaczałoby głębokie misyjne nawrócenie? Pamiętam, że moje powołanie misyjne zrodziło się pod wpływem świadectw księdza biskupa Józefa Szamockiego. Oczywiście długo trwało, aż ono się zrealizowało, bo walczyłem z Panem Bogiem i samym sobą co nie miara. Na pewno wszystko to było w planach Bożych. Dziś widzę to bardzo wyraźnie. Wprawdzie wyjeżdżałem na misję bardzo późno, jednak dobrze przez Pana Boga przygotowany. To On przygotował dla mnie ludzi, zaplecze duchowe i materialne. Dzięki temu nigdy nie czułem się sam, porzucony i bez pomocy.

Moje powołanie misyjne jest owocem takiego misyjnego nawrócenia. Przyznam, że tegoroczne orędzie papieskie czytam i rozważam niczym list napisany jakby właśnie do mnie, może nawet o mnie. Papieskie słowa są wyjątkowo aktualne: „Iluż świętych, ile kobiet i mężczyzn wiary daje nam świadectwo, ukazuje nam jako możliwą i wykonalną ową nieograniczoną otwartość, to miłosierne wyjście jako przynaglający impuls miłości i właściwą jej logikę daru, ofiary i bezinteresowności!” Pamiętam, że to właśnie świadectwo życia naszych parafian przypomniało mi o misjach i zmobilizowało do podjęcia decyzji. A tu, na misjach, kolejni ludzie, także poprzez swoje świadectwo, dodają mi sił. Zawsze pojawiają się w momencie najważniejszym. Tak Bóg mówi mi, że jestem Mu i Kościołowi potrzebny, że ta praca, która czasami wydaje się, że nie przynosi owoców, ma jednak sens.  Pewnie nigdy nie zdołam do końca zrozumieć tych Bożych planów ani się jemu, oraz wielu Przyjaciołom Misji odwdzięczyć!

Dla polskich misjonarzy w Brazylii ten rok będzie jednak smutny i na zawsze naznaczony. Oto przedwczoraj dotarła do nas wiadomość o tragicznej śmierci jednego z nas. W Brasilii, w stolicy kraju, w sobotę tuż po zakończeniu wieczornej Mszy został z wielkim okrucieństwem zamordowany polski misjonarz z diecezji łomżyńskiej ksiądz Kazimierz Wojno. Jemu poświęcę kolejny list, ale już teraz proszę o modlitwę za niego, za jego morderców i nas wszystkich.

Wprowadzenie w Nadzwyczajny Miesiąc Misyjny.

Manaus, 06. 09. 2019

Brazylia ma teraz „Semana da Patria”, czyli swój „Tydzień Ojczyzny”. Polityczny ogień Amazonii nieco osłabł. Wszyscy więc maszerują w defiladach upamiętniających ogłoszenie niepodległości, a właściwie to niezależności Brazylii od Portugalii. Doszło do tego ogłoszenia 7 września 1822 roku. Wówczas syn zbuntował się przeciwko ojcu. Dom Pedro I, który rządził kolonią w imieniu Dom Joao VI, swego ojca i króla Portugalii przebywał tego dnia na terenie dzisiejszego stanu Sao Paulo, nad strumieniem Ipiranga. Dostał właśnie list od ojca. Ten, ponieważ usłyszał o planach synowskiego buntu, manipulowanego przez polityków i bogaczy, którzy na uwolnieniu się od Portugalii chcieli po prostu zarabiać jeszcze więcej, wezwał Dom Pedra do posłuszeństwa, wierności i poddaństwa. Ten jednak wówczas miał wykrzyczeć: „Independencia ou morte!”, czyli „Niepodległość lub śmierć!” Oczywiście jest to wspominane jako akt romantycznego heroizmu, arcyważny moment w historii tego kraju.

A w Kościele zbiega się to z tą wspaniałą wizytą Ojca Świętego w Mozambiku. Widzimy masę cudnych sytuacji, wymownych symboli i słyszymy bardzo ważne słowa. Mamy postawić na Chrystusa, aby zapanował pokój. Słuchamy, jak Papież prosi mozambickie duchowieństwo, liczne i wspomagane ogromną ilością powołań, aby ożywiało swoje powołanie. Mamy też nie pozwolić, aby skradziono nam nadzieję. Widzimy tłumy na ulicach i stadionach. Wszyscy nieustannie tańczą. Trudno nie dołączyć się do śpiewów, takie są przecież porywające te roztańczone, roześmiane i kolorowe chóry. A na koniec dostrzegamy, że to wciąż kraj głęboko misyjny. Pierwsi misjonarze dotarli tam w początkach XVI w. Jednak dziś katolicy to zaledwie jedna trzecia ludności kraju. Jeśli wierzyć publikowanym danym, to praktycznie połowa ludności żyje w wielkiej nędzy. W sumie nie ma co się dziwić. Kraj nie oszczędzają żadne nędze i nieszczęścia. Wieloletnia wojna domowa, ostatnie kataklizmy i kryzys ekonomiczny i moralny mnożą tę biedę. Chcąc czy nie chcąc w taki właśnie sposób Papież wprowadza nas w tegoroczny miesiąc misyjny, tym razem NADZWYCZAJNY.

Czemu tym razem „nadzwyczajny”? Chodzi o to, aby wszystkim wiernym leżało naprawdę na sercu głoszenie Ewangelii. Chodzi też o przekształcenie wszelkich kościelnych wspólnot w rzeczywistości misyjne i ewangelizacyjne.  Aby misje były umiłowane! Mottem miesiąca misyjnego są słowa: „Ochrzczeni i posłani: Kościół Chrystusa z misją w świecie”. Ma to się przyczynić do rozbudzenia świadomości misji ad gentes i podjęcia z nową energią misyjnej przemiany życia i duszpasterstwa. Wszyscy, nasze parafie i wspólnoty, zostaliśmy bardzo dobrze wyposażeni przez Papieskie Dzieła Misyjne w najróżniejsze materiały. Mają one nam pomóc w realizacji celu tego nadzwyczajnego miesiąca misyjnego. Czytając je znajdujemy takie oto wskazówki: 1) osobiste spotkanie z Jezusem Chrystusem – poprzez Eucharystię, słowo Boże, modlitwę osobistą i wspólnotową; 2) czerpanie ze świadectwa świętych, którzy ponieśli męczeńską śmierć na misjach; 3) pogłębianie formacji biblijnej, katechetycznej, duchowej i teologicznej dotyczącej misji ad gentes; 4) realizacja miłości w formie wspierania ogromnego dzieła misji ad gentes i chrześcijańskiej formacji w Kościołach będących w największej potrzebie. Mamy więc jakby cztery ważne momenty, kroki, postawy: modlitwa, świadectwo, wiedza, dzieło. To może w sumie nie brzmi rewolucyjnie, ale jeśli będzie potraktowane poważnie i z uwagą, poprowadzi nas przez głębokie misyjne nawrócenie. Bo właśnie to chce nam Ojciec Święty poprzez ten NAZWYCZAJNY miesiąc misyjny powiedzieć. Wszyscy potrzebujemy głębokiego misyjnego nawrócenia. Potrzebujemy go, aby misja mogła być kontynuowana.

Amazonia płonie!

Amazonia płonie! Tak przynajmniej teraz krzyczy cały świat. Jakikolwiek serwis informacyjny, gazeta, portal internetowy czy telewizja pokazują dziś tylko i wyłącznie płonące odwieczne lasy deszczowe, pełne dymu płuca świata. Winnym jest oczywiście jeden człowiek, aktualny prezydent Brazylii, Jair Bolsonaro. Czytając te doniesienia, komentarze i, chcąc czy nie, daję się ponieść tym wykrzykiwanym zewsząd emocjom, prawie, że widzę tego człowieka, jak nocą, po zakończeniu już swoich prezydenckich oficjalnych obowiązków, wsiada do samolotu, leci w jakiś kraniec Amazonii i podpala te lasy.

Oczywiście, że lasy płoną. Bez wątpienia jest to wielka tragedia Brazylii i całego świata. Straty już teraz są nieodwracalne i spowodują głębokie zmiany klimatu. Jednak oczywistym jest też to, że w okrutny sposób pożary te zmyślnie wykorzystuje się do walki politycznej i ekonomicznej, i to zarówno na skalę lokalną, jak i globalną.

Ze zjawiskiem pożarów w tym czasie zawsze tutaj miano problem. To był i jest odpowiednik mniej więcej tego czegoś, co w innych rejonach świata nazywa się wypalaniem traw. Chociaż wszyscy wiedzą, jak bardzo jest to szkodliwe i niebezpieczne, to ciągle znajdują się tacy, co to trawy wypalają. Tutaj to samo. Ludzie mieszkający na skraju dżungli, od pokoleń przyzwyczajeni do tradycyjnych sposobów na uprawę ziemi, w tym czasie, kiedy to mniej pada, tak właśnie przygotowują swoje poletka pod uprawy. A ponieważ ostatnio, z powodu zmian klimatycznych, okresy bez deszczu są bardzo długie, więc o tragedie nie trudno. Wybuchały pożary lasu, czasami trwało to przez całe tygodnie. Co roku w tutejszym okresie zimowym Manaus bywało spowite rankami przez dymy, bo płonęła okoliczna dżungla. Wiele osób, zwłaszcza te z chorobami dróg oddechowych, trafiało do szpitala z powodu trudności w oddychaniu. Niekiedy nawet samoloty nie mogły lądować, tym razem nie z powodu burzy, ale właśnie dymu i graniczonej widoczności. Dziś natomiast, jak czytam i słucham tych wiadomości, mam wrażenie, że wcześniej tego wszystkiego nigdy nie było i właśnie dopiero teraz, za rządów Bolsonaro, las płonie.  Wczoraj wiadomości Globo podały, że od stycznia tego roku wybuchło 72 tysiące pożarów w Amazonii. Dziś już podano, że jest ich ponad 75 tysięcy.  Prezydent Francji Emmanuel Macron, aktor Leonardo DiCaprio i wielu inny celebrytów, domagając się ratunku dla płonącej Amazonii i wyrażając swoje oburzenie z powodu poczynań aktualnego prezydenta, zamieścili w swoich tweetach zdjęcia lasu amazońskiego w płomieniach. Internauci szybko wypatrzyli, że fotografie wprawdzie pokazują pożar i nawet las amazoński. Jednak z lat dziewięćdziesiątych, a nie z ostatnich dni, jak to autorzy dramatycznych wpisów utrzymywali. Jeśli chodzi o historyczne dane, to tutaj też mamy kilka ciekawostek. Na przykład w 2010 roku, za rządów komunisty Luli, w identycznym okresie, czyli od stycznia do sierpnia, w Amazonii odnotowano 106546 ognisk pożarów. Wówczas nikt nawet tego nie zauważył.

Jedno jest pewne, politykom wcale na uratowaniu tych płuc świata nie zależy. Tu chodzi o to, jak i kto ma rządzić nad tym kawałkiem Ziemi. Stąd na pewno i w przyszłym roku znów Amazonia zapłonie. 

Garść misyjnych wiadomości.

Częstochowa, 02. 07. 2019

Podczas wakacji w Polsce dzieje się wiele, jeśli chodzi o misje. Może najpierw o tym, co mamy pod nosem, a co może nie jest jeszcze dostrzegane i należycie wykorzystane. Nasze seminarium pelplińskie ma swoje koło misyjne. Trzeba przyznać, że klerycy z tego koła działają bardzo dzielnie. Cały rok, bardzo aktywnie i kreatywnie. Natomiast w wakacje już słynnymi stały się organizowane przez nich od ponad dwudziestu lat misyjne obozy. Do tego roku odbywały się one w Garczynie, od jakiegoś czasu pod opieką księdza Marka Kalety, wieloletniego misjonarza. W tym roku zaś obóz przeniósł się do Bysławka i ma, a właściwie już miał, kilka turnusów. Atrakcji na takim obozie jest co nie miara. Nie miej najważniejsze jest to, że dzieci i młodzież formuje się w duchu misyjnym. Polecam, z całego serca, to wyjątkowo dobra forma spędzenia wakacyjnego czasu.

W Warszawie zaś, podczas wakacji, w naszym domu misyjnym są organizowane kursy dla misyjnych animatorów. Nazywa się to szkołą, ma jako cel przygotowanie ludzi zainteresowanych animacją misyjną w swoich środowiskach. Przez kilka dni misyjnie formuje i kształci się uczestników poprzez modlitwę, wykłady, dyskusje, prace w grupach, spotkania z misjonarzami, pokazy filmów o tematyce misyjnej. Jest też dużo wspólnej zabawy. Uczniowie Szkoły Animatorów Misyjnych zapoznają się ze strukturami Papieskich Dzieł Misyjnych oraz różnymi formami misyjnej współpracy. W teorii i w praktyce dowiadują się, jak misyjnie animować dzieci, młodzież i dorosłych. Wśród uczestników są ludzie różnych stanów i zawodów: siostry, klerycy, księża, osoby świeckie, pracujące, studenci, uczniowie szkół średnich i gimnazjów. Tym razem znów ktoś tam pojechał z naszego podwórka, co bardzo mnie cieszy. Oby takich ludzi było jak najwięcej.

Ten rok będzie w naszym Kościele pod względem misyjnym wyjątkowy bo będziemy przeżywali specjalny, jak to określił sam papież Franciszek: „Nadzwyczajny Miesiąc Misyjny”, w październiku. Jego mottem są słowa: „Ochrzczeni i posłani: Kościół Chrystusa z misją w świecie”. W dokumencie ogłaszającym ów specjalny misyjny miesiąc papież zaznaczył, że ma się on przyczynić do rozbudzenia świadomości misji ad gentes i podjęcia z nową energią misyjnej przemiany życia i duszpasterstwa. Chodzi o to, aby wszystkim wiernym leżało naprawdę na sercu głoszenie Ewangelii i przekształcenie ich wspólnot w rzeczywistości misyjne i ewangelizacyjne; aby rozwinęło się umiłowanie misji, będących „umiłowaniem Jezusa, ale jednocześnie miłością do Jego ludu”. Na pewno jeszcze o tym będę pisał. Mam też nadzieję, że wszyscy, którzy „W Rodzinie” czytają w obchody tego miesiąca włączą się dynamicznie. A jak to zrobić, to jeszcze przypomnę.

W wakacje niektórzy niekiedy mają więcej czasu, stąd chciałbym wprosić się do kącika, a właściwie na półkę: „Książka na która czekałem.” Oczywiście z książką misyjną. Już kilka lat temu pisałem w naszym czasopiśmie o męczennikach z Pariacoto, franciszkanach ojcu Zbigniewie Strzałkowskim i Michale Tomaszku. Zostali oni zamordowani 9 sierpnia 1991 roku przez komunistów z Sendero Luminoso. Wówczas zainspirowała mnie książka „Znak miłości w Peru.”, w której męczenników wspominali ich współbracia Jarosław Wysoczański i Joachim Bar. Teraz do moich rąk trafiła znów książka o nich, także niezwykła. Napisana jest przez Alexa Cordero. Ten człowiek w 1991 roku był małym chłopcem i stał się uczestnikiem tej historii. Kiedy podrósł i zdał już sobie sprawę z tego, czego był świadkiem, to pospisywał wszystko, co widział i słyszał. Z wieloma też jeszcze osobami rozmawiał. Wypytywał o to, co głośno po dzień dzisiejszy nie może być powiedziane. Książka to zapis tego, co wydarzyło się w ciągu 24 godzin. W środku tego wszystkiego doszło do tragedii. A my, po kolei, towarzyszymy każdemu bohaterowi, wielu uczestnikom tego zdarzenia, ale także zbrodniarzom. Nie ukrywam, jest to lektura bardzo trudna. Ale jest też ogromnie poruszająca i pouczająca. Po raz kolejny mam okazję czuć wagę misjonarskiego krzyża. Polecam, sięgnijcie po tę książkę. Jest to „Pasja Michała i Zbigniewa” autorstwa Alexa Cordero.    

Wakacyjne spotkanie misjonarzy 2019.

Warszawa, 13. 06. 2019

W wakacje przyjeżdżający do Ojczyzny misjonarze zawsze mają swoje spotkanie w Centrum Formacji Misyjnej. Staram się, jak tylko mogę, w nim uczestniczyć. Tym razem przybyło wyjątkowo dużo sióstr, braci, księży i osób świeckich. Ścisk był niewiarygodny, warunki w domu misyjnym najzwyczajniej misyjne. Gorąco i serdecznie. Jednak wszystko było przez organizatorów przygotowane na najwyższym poziomie. Doceniam to, tym bardziej że w ostatnim momencie musieli sporo nazamieniać. Było w tym roku planowane spotkanie z samym Panem Prezydentem. Niestety, trzy tygodnie przed zaplanowanym z nami spotkaniem wypadła jego wizyta w Stanach Zjednoczonych. No cóż, może za dwa lata się uda.

Mieliśmy za to poznawanie Świątyni Opatrzności Bożej.  Pewnie sam bym tu nie trafił, jakoś nie bywała ona na moich szlakach. Razem z całą grupą misyjną miałem okazję poznać księdza proboszcza słynnej wilanowskiej parafii i wysłuchać wyjaśnień o historii i symbolice tej okazałej budowli. Robi wrażenie, ale jeszcze daleko do jej ukończenia. Tego samego dnia został nam pokazany film „Miłość i Miłosierdzie” o siostrze Faustynie. Jeśli ktoś jeszcze go nie widział, to z całego serca polecam. Warto obejrzeć ten film. Bardzo piękny i bardzo wzruszający. Drugi dzień był pełen świętowania z powodu najróżniejszych jubileuszy. Też i mój skromny wspomniano, ku mojemu zdziwieniu. Było później kilka wykładów, wśród których wyróżnił się ten o pani Wandzie Błeńskiej. Pisałem o tej świeckiej misjonarce „W Rodzinie” już znaczny czas temu, kiedy to zmarła. Była wybitną misjonarką, a teraz okazuje się, po zbadaniu jej notatek, dzienników, pism i listów, że bez wątpienia przede wszystkim była świętą. Środowisko misyjne, a zwłaszcza misjonarze świeccy, oczekują z niecierpliwością na podjęcie kroków, które w przyszłości mogłyby doprowadzić do uznania jej za służebnicę Bożą i potem błogosławioną. Słuchałem tego wykłady z bijącym sercem. Niezwykłe miała życie ta pani Wanda. Kiedy spotykałem ją szesnaście lat temu na korytarzach czy schodach domu misyjnego nawet tego nie podejrzewałem. Wiedziałem, że była wielka. Dziś wiem, że tak o niej powiedzieć, to zdecydowanie za mało. Na pewno jeszcze do niej w moich listach kiedyś powrócę, na pewno też wielokrotnie.

Wyszkolono nas, jak nie dać się porwać. Albo też, jeśli już do porwania by doszło, jak się uwolnić. No cóż, nie zamierzam w takich sytuacjach uczestniczyć. Natomiast gdyby do takich doszło, raczej nie ma chyba szans na zastosowanie tego, czego nas starano się w kilka chwil nauczyć. Bez wątpienia modlitwy będą najlepszym rozwiązaniem. Opatrzność Boża nade wszystko!

Cały czas towarzyszył nam, a właściwie nad nami czuwał, ksiądz biskup Jerzy Mazur, przewodniczący komisji Misyjnej Episkopatu Polski. Sam ma ogromne misyjne doświadczenie i wie dobrze o czym mówi. Nie ukrywam, że słuchamy go z wielką uwagą.

Na koniec zostawiam jednak coś smutnego. Tego roku dom misyjny przygotowywał do wyjazdy dziewięciu misjonarzy. Tylko dziewięciu! W tej grupie jest czterech kapłanów, w tym jeden zakonnik, cztery siostry i jedna osoba świecka. Pojada na Kubę, Jamajkę, do Boliwii i Kamerunu. Koniecznie musimy więcej modlić się o powołania misyjne!

Brazylia oddana Matce Bożej!

Lubiszewo, 28. 05. 2019

Jako że ostatnio najczęściej słyszanym przeze mnie pytaniem jest: „Co tam słychać w Brazylii?” odpowiadam, że słychać bardzo dobrze. Aktualny prezydent, Jair Massias Bolsonaro, dokonał aktu konsekracji Brazylii Matce Bożej. To jest wydarzenie, które dopomina się wielu komentarzy. Najpierw to, że było to dosyć niespodziewane. Prezydent jest wprawdzie katolikiem, wiele razy do swej wiary się przyznawał. Jest jednak wiele związanych z tym kontrowersji i ciągle rodzą się najróżniejsze pytania. Chociażby o jego małżeństwo. Jego żona należy do jednego z kościołów zielonoświątkowych, którego członkowie słyną z agresywności wobec wszystkiego, co katolickiego, a już najbardziej nie znoszą Matki Bożej. Na początku roku media wrogie prezydentowi trąbiły, że niby jego żona miała się wyrazić, iż wprowadzając się do pałacu prezydenckiego, powyrzuca wszelkie znajdujące się tam święte obrazy i rzeźby. Później okazało się fake news`em. Tych obrazów już dawno w pałacu prezydenckim nie było, bo cenne, uchodzące za dzieła sztuki, zabrała ze sobą pani Dilma, komunistyczna prezydent, swego czasu odsunięta od władzy poprzez impeachment. A te materialnie bezwartościowe pozrzucano na kupę w zamkniętej i nieużywanej kaplicy prezydenckiego pałacu. Żona aktualnego prezydenta obrazy i rzeźby kazała poustawiać tam, gdzie one pierwotnie były poumieszczane. Okazało się wtedy, że nie jest ona taka wroga i miejsce dla Matki Bożej w pałacu prezydenckim znalazło się.

Trudno też się zorientować, jak prezydent rozumie swoją katolickość. Z aktualną żoną na pewno nie ma ślubu katolickiego, a publicznie do Komunii Świętej przystępuje. Jednak w Brazylii już tak jest. Jego prezydenccy poprzednicy i inni kandydaci na prezydenta, zagorzali zwolennicy aborcji, małżeństw homoseksualnych, liberalizacji marihuany i wszelkich tego typu rzeczy, normalnie deklarujący się jako niewierzący i nawet antykatoliccy, przed wyborami na Msze chodzili. Widać było, że zupełnie nie wiedzieli, jak się zachować, a nawet co zrobić z otrzymaną Hostią. Prezydent Bolsonaro na pewno wie, o co na Mszy chodzi i od wszystkich swych poprzedników jest zdecydowanie najbardziej katolicki. Jednak wiele jeszcze musi w tej kwestii nadrobić i pozmieniać. Na szczęście jest on za normalną rodziną, życia broni od poczęcia do naturalnej śmierci, a co do LGBT, to raczej nie będę cytował jego wypowiedzi. Jedno jest pewne, zdecydowanie nie jest ich zwolennikiem.

Historia z ofiarowaniem Brazylii Matce Bożej, a właściwie konsekracji Niepokalanemu Sercu Najświętszej Marii Panny, Matce Bożej Fatimskiej, jest dosyć długa. Od lat starał się o to jeden z katolickich parlamentarzystów Eros Biondini. Z wykształcenia jest on lekarzem weterynarii. Jednak znany jest głównie jako muzyk, kompozytor religijnych piosenek i ich wykonawca, założyciel słynnej wspólnoty charyzmatycznej Mundo Novo. Od 25 lat poświęca się ewangelizacji i działalności charytatywnej. Pomaga szpitalom i ośrodkom terapeutycznym. Jako parlamentarzysta słynie z obrony życia i godności każdego człowieka.  Bez wątpienia ta konsekracja Matce Bożej jest jego zasługą.

Sama uroczystość, tak bardzo ważna dla Kościoła Katolickiego, była chyba nieco zignorowana. Mam takie wrażenie. Doszło do niej w Brasilii i dokonała się przed figurą Matki Bożej Fatimskiej. Były wprawdzie obecne tłumy katolików ze wszelkich ruchów maryjnych i, co oczywiste, charyzmatycy. Nawet dotarli ludzie ze Stanów Zjednoczonych i Peru. Jednak przybyło tylko dwóch biskupów. W przemówieniu Eros Biondini nawiązał do zamachu na Jana Pawła II, przypominając, że to Matka Boża Fatimska uratowała jego życie. Prosił, aby Matka Boża też i w Brazylii swoją ręką powstrzymywała wszelkie kule zła. Odmówiono jedną dziesiątkę różańca, tajemnicę Zwiastowania. Zaśpiewano maryjną pieśń o oddaniu się Matce Bożej. Potem poczyniono stosowne podpisy. Najpierw najróżniejsi świadkowie, a w finale sam prezydent. Zakończono całą uroczystość modląc się: „Maryjo, Królowo Brazylii, módl się za nami!”

Konsekracja to oddanie się Bogu. A kto się oddaje Bogu poprzez ręce i serce Maryi, nigdy się nie zawiedzie i niczym nie rozczaruje.

Fatima 2019

Po drodze do Polski zatrzymałem się na kilka dni w Portugalii, w samej Fatimie. Pobyć tam nieco, bez pośpiechu. Uczestniczyć w najróżniejszych celebracjach. Tych wieczorem, rano i w środku nocy. To zawsze było moje wielkie marzenie. Oczywiście najlepiej byłoby tam być 12 i 13 maja. Kilkanaście miesięcy temu okazało się, że jeden z księży z mojej misyjnej diecezji dostał możliwość studiowania na karmelitańskim uniwersytecie w Avila, w Hiszpanii. Z powodu biurokracji, przeciągających się procesów związanych z dokumentami, w Brazylii normalnie to trwa wieczność, potrzebne papiery dotarły na miejsce zbyt późno. Nie było możliwe, aby studiował tak, jak to było wcześniej umówione i zaplanowane. Zaproponowano mu, aby zaczynał od tego roku, po europejskich wakacjach. No dobrze, ale był już w Hiszpanii. Ktoś z księży podsunął mu pomysł: jedź do Fatimy. Będziesz mógł tam spowiadać i jakoś pod opieką Matki Bożej dotrwasz do nowego roku akademickiego. Tam zawsze potrzebują spowiedników „w językach”. Im więcej języków, tym lepiej. Tak też zrobił, co dla mnie okazało się wyjątkową okazją. Planując wyjazd do Polski, zasięgnąłem języka, popytałem, poprosiłem, no i na majową rocznicę objawień fatimskich stawiłem się u stóp Matki Bożej. Dotarłem do Fatimy już 10 maja. Popołudniem, strasznie zimnym, szczękając zębami, dokonywałem pierwszych odwiedziń. Oczywiście najpierw poszedłem do Capelinha, czyli Kapliczki, jak to się z czułością o Kaplicy Objawień wyrażają Portugalczycy. Okazało się, że właśnie ten budyneczek obchodził swoje stulecie. Było tam nieco pielgrzymów z różnych stron świata. Dominowały, co zresztą będzie się powtarzało każdego dnia, twarze z rysami azjatyckimi. Docierali też w małych, rozproszonych i zdezorientowanych, tak przynajmniej mi się wydawało, grupach lokalni pielgrzymi piesi. Piesze pielgrzymowanie w Portugali do Fatimy w niczym nie przypomina polskich pielgrzymek. Małe grupy pielgrzymów idą w sposób zupełnie spontaniczny, w ciszy, po poboczach. Przepisy zmuszają ich do zakładania ostrzegawczych, jaskrawo pomarańczowych kamizelek. Bez wątpienia kierowcom to pomaga zauważyć ich szybko na drodze. Jednak takie zuniformizowanie odziera ich z pielgrzymiego klimatu. Przypominają albo naszych porządkowych na pielgrzymce, albo pracowników drogowych, którzy z jakiegoś powodu porzucili swoje maszyny i zgromadzili się w jednym miejscu. To ich pielgrzymowanie jest bardziej podobne do tego do Santiago de Compostella.

Wieczorem, 10 maja, na różańcu i procesji była mała grupka ludzi. Byłem tym nieco rozczarowany, bo myślałem spotkać już wielkie tłumy.  Sytuacja zmieniła się już znacznie 11 maja. Już było dużo więcej pielgrzymów i z bardzo wielu krajów. Ale oczywiście wszelkie rekordy pobił 12 maja. Już od popołudnia z trudem przedzierałem się przez plac. Wieczornym celebracjom przewodniczył filipiński kardynał Luis Antonio Tagle. Mówił w swoim nocnym kazaniu o naszych pragnieniach, które kształtują w nas obrazy, jakie podsuwa nam świat: dostatniego życia, pełnego pieniędzy, ostatnich modeli ubrań, samochodów, perfum oraz elektroniki, a także sławy, wpływów i bezpieczeństwa. To nie są złe pragnienia, ale Maryja, nasza Matka, zachęca nas do zatrzymania się i zastanowienia. Czy w naszym pragnieniu dobrego życia jest jeszcze miejsce na wiarę?” Msza po procesji skończyła się już grubo po pierwszej, ale ona dopiero tak naprawdę zaczynała czuwanie. Przewidziane były różne Msze, w najróżniejszych językach, droga krzyżowa, procesja eucharystyczna. A już od 9 zaczął się różaniec, który przygotowywał nas do głównej Eucharystii. Tym razem, dla odmiany, było bardzo gorąco. W południe temperatura biła rekordy i w sumie nieźle się upiekliśmy na słońcu. Ponieważ Niedziela Dobrego Pasterza i Tydzień Modlitw o Powołania zdecydowanie wyznaczała temat, więc ksiądz kardynał Tagle mówił o pasterzach i powołaniach. Maryja objawiła się trojgu pastuszkom. Prostym i biednym, których bogactwami była wiara, ufność i posłuszeństwo. Oni ponieśli orędzie w świat, stali się pasterzami wielkich trzód. Kardynał zachęcił wszystkich nas katolików, abyśmy też stawali się takimi pastuszkami.  Naszą prostotą, odważnym słowem, wiarą, nadzieją, też możemy paść wielkie trzody. W dzisiejszym zdezorientowanym świecie prostota pasterza, jego wiara i ufność Bogu stają się ratunkiem dla wielu, którzy giną.

Siostra Alina Sienkiewicz

Manaus, 06. 05. 2019

Polska cała Maryjna i majowa. U nas może trochę mniej, ale też o Matce Boże pamiętamy. W Brazylii nie ma zwyczaju odmawiania czy śpiewania litanii loretańskiej. To niestety owoc teologii wyzwolenia, która skrzętnie tępiła najróżniejsze tradycyjne formy pobożności. Były one zbyt tradycyjne, zbyt kolonialne, zbyt rzymskie, zbytnio alienujące. My oczywiście staramy się to i owo przywracać. Jednak nie jest łatwo. Zyt wiele już czasu upłynęło, nie ma nawet niekiedy z czego brać tych modlitw. Nie istnieją tu oficjalne liturgiczne agendy, które posiadałyby ujednolicone teksty. Jesteśmy przez wielu szufladkowani jako konserwatywni, owi Polacy od Jana Pawła II. Dla mnie jest to oczywiście powodem do dumy i zdecydowanie wolę być takim właśnie konserwatystą.

Dziś ten majowy, wyjątkowo słoneczny jak na tę porę roku w Manaus poniedziałek, trochę posmutniał. Otrzymaliśmy bowiem wiadomość o śmierci siostry salezjanki Aliny Sienkiewicz. Zmarła wczoraj, a dziś o 15.00 zgromadziliśmy się na Mszę w jej intencji, po której odbył się pogrzeb. Jakiś czas temu poświęciłem jej List z Brazylii. Zmarła w wieku 93 lat. Była wybitną misjonarką, formatu co ojciec Marian Żelazek czy pani Wanda Błeńska. Prawdziwy gigant ewangelizacji i miłosierdzia. Bez wątpienia była też uznawana za konserwatystkę. Nigdy nie zrzuciła habitu, co w przypadku tutejszych misjonarek i misjonarzy jest bardzo rzadkie. Nikt już w sumie nie używa habitów. Nie jest to spowodowane upałem, chociaż dla mnie chodzenie w sutannie z powodu gorąca i wilgoci byłoby znacznym wysiłkiem. Jest to wynikiem teologii wyzwolenia, która także „wyzwoliła” zakonnice i zakonników z habitów. Chodzą dziś najróżniej ubrani. Albo próbują jakoś swoim strojem nawiązywać do tradycyjnych habitów, nosząc coś na kształt mundurka. Lub próbują używać strojów światowych, co często jest niestety po prostu komiczne. Ma się wrażenie, że wraz z tym ubraniowym wyzwoleniem doszło do dezorientacji w duchowej tożsamości. Siostra Alina była też tradycyjną w metodach ewangelizacji i w swej duchowości. „Postępowy świat” się dziś wstydzi, bo w jednym i drugim odniosła wielkie sukcesy.

Msza za siostrę Alinę była w Patronacie. Tam właśnie dożywała swoich dni, odpoczywając po dziesięcioleciach wyjątkowo trudnej pracy. Patronat Świętej Tereski od Dzieciątka Jezus był kiedyś centrum, domem macierzyńskim, siedzibą władz i szkołą salezjanek. Dziś jest już tylko szkołą oraz domem, w którym swoje lata dożywają schorowane siostry misjonarki. Każda z nich to wielka historia i wielkie dzieło misyjne. Jest też tam Muzeum Indian.

Kiedy wszedłem do kościoła to znów posmutniałem. Na środku dosyć wielkiej świątyni stała trumna z ciałem siostry Sienkiewicz. Miałem wrażenie, że została zupełnie opuszczona, porzucona, zapomniana. Kilka sióstr czuwało przy trumnie. Ale generalnie pustka. Tak kończy się życie wielkiej misjonarki. Dziesiątki lat w głębokiej Amazonii, lecząc i ucząc najuboższych. Piła mętna wodę z amazońskich rzek, jadła u Indian smażone mrówki. Ugryzło ją wszystko, co gryzie, kąsa i kłuje w Amazonii. Mieszkała, gdzie popadanie. Dopiero po latach przecież salezjanom udało się pobudować misje i stworzyć jakieś struktury. Potem pracowała jako lekarz w wielu szpitalach, gdzie była często siostrą doktor od wszystkiego. Jedynym lekarzem w promieniu setek kilometrów. Po chwili jednak się opamiętałem. To po prostu normalne, bo to po prostu ewangeliczne. Pracowała z oddaniem bez rozgłosu, umarła w cichości oddając się całkowicie Chrystusowi i jej ofiara została przyjęta. Dziś raduje się ze Zmartwychwstałym Panem w niebie.

Na cmentarzu, już nad trumną kilka osób mówiło swoje pożegnania. Jednak z pań opowiedziała, że siostra Alina przez kilkanaście lat pomagała jej synowi. Urodził się z powykręcanymi nogami. Lekarze orzekli, że na pewno nigdy nie miał chodzić. Siostra Alina zaś cały czas pomagała, doradzała, wyjaśniała do jakiego lekarza iść, co teraz robić, jakie ćwiczenia, jakie masarze, jaka operacja. Chłopiec wprawdzie zaczął chodzić dużo później niż jego rówieśnicy, ale zaczął. Dziś zaś nikt nawet nie domyśla się, co go kiedyś spotkało. Ta pani zakończyła swoje świadectwo tak: „Siostra Alina nikogo nie zostawiał bez pomocy. Nawet kiedy ta pomoc po ludzku była niemożliwa to dalej towarzyszyła z modlitwą, podaną dłonią, uśmiechem.”

Siostra Alina Sienkiewicz otrzymała od Komisji Misyjnej Episkopatu Polski, w dniu 17 listopada 2017, medal w kategorii: „za zasługi w dziele misyjnym Kościoła”, za gorliwą 46 letnią posługę lekarską wśród chorych i cierpiących Indian, katechizację dzieci i dorosłych w Amazonii, w Brazylii, oraz szerzenie nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego. Nie była w stanie sama odebrać tej nagrody. Ale bardzo się z niej ucieszyła. Podobno do osoby, która jej to przekazał powiedziała: „Nie wiem tylko, czy na to zasłużyłam.”

Paryż

Manaus, 23. 04. 2019

Powoli dochodzimy do siebie po Wielkim Tygodniu, zwłaszcza po Triduum. Nigdy nie mieliśmy tylu ludzi w kościele, na nabożeństwach, co w tym roku. Nawet celebracja Wigilii Paschalnej, która z powodu swojej długości jak dotychczas nieco odstraszała co niektórych naszych parafian, tym razem także zgromadziła istne tłumy. Oczywiście cieszę się z tego ogromnie. Trochę martwiłem się o moich parafian, bo nie tylko nie mieli gdzie siedzieć, ale nawet musieli stać w wielkim ścisku i gorącu. Nasze agregaty chłodnicze zupełnie nie dawały sobie rady i miałem wrażenie, że po prostu odmówiły posłuszeństwa. Z drugiej strony żałowałem, że nie mamy tak zawsze. No cóż, muszę to potraktować jako mobilizację do gorliwszej ewangelizacji.

Trzeba przyznać, że ostatnie wydarzenia, na które patrzyły oczy całego świata, dały nam wiele do myślenia. Najpierw pożar katedry Notre-Dame. W Brazylii patrzono na tę tragedię i także komentowaną ją jako znak. Oto w duchowo martwej Europie doszło do takiej tragedii, aby się ona obudziła. Obawiam się, że w wielu przypadkach źle ten znak odczytywano i może się to przyczynić do jeszcze głębszego utrwalenia stereotypów.

Rzeczywiście w Brazylii opinia o Kościele w Europie jest właśnie taka. Że jest on martwy. Zawsze mnie to oburza. Jak to możliwe, że ten martwy Kościół nadal wysyła na cały świat co roku setki, a nawet i tysiące misjonarzy. Nasza diecezja w Manaus jest przecież tego dowodem. Nas, Europejczyków, jest tu przecież zupełnie spora gromadka. Na dodatek większość pieniędzy, które diecezja dostaje z najróżniejszych fundacji misyjnych, aby mogła realizować swoje projekty ewangelizacyjne i socjalne, pochodzi właśnie z Europy. Gdyby w europejskich parafiach nie było nie tylko wierzących, ale też i autentycznie kochających Boga i ludzi szlachetnych serc, nie byłoby też i tych nóg, co to wyruszają w świat, aby ewangelizować, ani tych rąk, które składają swoje ofiary na cele misyjne. A często ofiary te są składane przez osoby, które same nie mają za wiele. Ponieważ wierzą, więc czują się w obowiązku wspierać misje. To ogromnie dla nas, misjonarzy, zobowiązujące. Stąd nie zgadzam się, że wiara w Europie umarła. Zresztą widok Francuzów modlących się na ulicy był też tego dowodem. Moim parafianom trudno jest tę relacje zrozumieć. Bo jak to niestety dziś bywa, ich wyobrażenie o świecie ukształtowane jest przez telewizję. A tutaj do wyboru najczęściej mają dostęp za darmo albo do kanałów zielonoświątkowców, albo liberalnych, które romansują z najróżniejszymi lewicami. Neopentekostalni na okrągło ogłaszają swoje proroctwa o końcu Kościoła Katolickiego. Jako przykład pokazują rozwalane we Francji, Belgii, Holandii czy Niemczech kościoły. Na okrągło i z wszelkimi detalami komentują gorszące skandale. Jest to woda na ich młyn. A „postępowe” telewizje zawsze nas pokazują jako zacofanych, wymierających jaskiniowców.

Reakcje wielu ludzi z całego świata, a mówię tu zwłaszcza o tak błyskawicznej mobilizacji w zbieraniu funduszy na odbudowę katedry, wywołała u Brazylijczyków zdziwienie i zazdrość. Tak właśnie! W ostatnich latach w Brazylii doszło do kilku bardzo tragicznych pożarów, w których płonęły ogromnie ważne dla tego kraju budynki. Były to prawdziwe skarby, a właściwie skarbce, kryjące w sobie dzieła sztuki, zdobycze kultury, języka i nauki Brazylijczyków. W zeszły roku spłonęło w Rio de Janeiro Muzeum Narodowe. Posiadało ono ponad 20 milionów bezcennych eksponatów z najróżniejszych dziedzin sztuki, eksponatów i z wielu dziedzin nauki. Między innymi znajdowały się tam spreparowane okazy wymarłych już gatunków zwierząt. W sumie od lat pozostawało zamknięte, bo nie było pieniędzy na jego utrzymanie. Spłonęło wraz ze swoimi skarbami w kilka godzin. W innym muzeum w Rio spłonęły niedawno obrazy Miró, Dalego i Picassa oraz setek malarzy brazylijskich. Ogień kilka lat temu pochłonął zabytkowe budynki Instytutu Języka Portugalskiego ze wszystkimi zbiorami bibliotecznymi. Prawie nikt, po dziś dzień, nie zainteresował się odbudową tych muzeów i odzyskaniem, chociaż w jakimś symbolicznym sensie, ich zbiorów. To znaczy zainteresowali się tylko Europejczycy. Bo swoją pomoc ofiarowali właśnie Francuzi, Niemcy i Anglicy.

Oczywiście jeszcze bardziej zszokowały nas zamachy na Sri Lance. Kiedy my zaczynaliśmy Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego, ta tragiczna wiadomość już dotarła do Brazylii. Mam wrażenie, że każdy z obecnych tego dnia w kościele był tym głęboko poruszony. Przypuszczam nawet, że wielu ludzi ta tragedia zmobilizowała do uczestnictwa we Mszy Świętej, zwłaszcza wieczornej. Było bowiem bardzo wielu ludzi, dużo więcej niż normalnie. To tak, jakby w końcu docenili, że mieć możliwość spokojnego uczestniczenia w Eucharystii jest wyjątkowym darem.

Wielki Post 2019.

Manaus, 05. 04. 2019.

Już wkrótce Wielkanoc. Mamy ostatnie momenty postu. Przyznam szczerze, że bardzo mi brakuje Wielkiego Postu z Polski. Tutaj ma on wymiar bardzo lekki. Czasami nawet go się nie zauważa. Jeśli się pyta o zwyczaje wielkopostne, to, jak na społeczeństwo konsumpcyjne przystało, wszyscy od razy mówią, że je się ryby. W Manaus zawsze je się głównie ryby, więc niewiele to zmienia. Nie mniej zawsze te ryby są podawane jako zwyczaj wielkopostny. Chociaż miasto otoczone jest rzekami, strumieniami, rozlewiskami i jeziorami, gdzie teoretycznie ryb powinno być dużo, to one są z jakiego tajemniczego powodu dosyć drogie. W Wielkim Poście zaś, a zwłaszcza w Wielkim Tygodniu, tanieją. To dziwne zjawisko, trzeba przyznać. Może to dla tego o tych rybach tak często się mówi. Oczywiście pełno jest też gatunków zawsze tanich. Są to jednak ryby bardzo drobne i najlepiej służą do ćwiczenia cierpliwości i sprawności manualnych. Post od mięsa nigdy w Brazylii nie miał większego znaczenia. Moje pokolenie było jeszcze pokoleniem głodu więc mięsa prawie nie znało. Jeść mięso, czy nie, to pytanie po prostu nie istniało. Bywało, że Wielki Piątek, albo końcówka postu były jedynymi momentami, kiedy to właśnie owo mięso jadali. Zdaję sobie sprawę, że dosyć absurdalnie to brzmi. Pamiętam, jak w Palmeiras, jeszcze w piauieńskich czasach, przyszła na plebanię pewna kobieta i powiedziała: „Quero minha Quaresma”, czyli „chcę mój Post”. Jako, że jeszcze do dzisiaj język portugalski i brazylijska kultura, obyczaje i historia odsłaniają przede mną powoli swoje tajemnice, to tym bardziej wówczas nie zrozumiałem, o co chodziło. To znaczy zrozumiałem, ale w sposób dosłowny. Może najpierw jeszcze o formie tej wypowiedzi: „Chcę…!” Długo się do tego przyzwyczajałem, ale prości i biedni ludzie nie używają form i zwrotów grzecznościowych. Przychodzą też zawsze po coś, co jakby już byłoby ich. Mówią więc: „chcę moją paczkę żywnościową”. A wychodząc z tą paczką oczywiście opuszczają kancelarię w milczeniu. Bez pożegnania i bez podziękowania. Ale wróćmy do „Quero minha Quaresma”. Chodziło wówczas o bardzo ciekawy i dosyć stary zwyczaj, jeszcze z dalekich czasów kolonialnych. Panowie, bogacze, jak to w ich wypadku bywa, mieli zawsze dostatnie życie i nigdy im niczego nie brakowało, a zwłaszcza jedzenia. W Wielkim Poście, co pobożniejsi, a zawsze jakiś taki się znalazł, pościli jedząc mniej i zwłaszcza nie jedząc mięsa. Natomiast to, co normalnie byłoby zjedzone, gdyby tego postu nie było, rozdawano ubogim. Oni dostawali „post bogaczy”. Oczywiście, nawet jeśli w pałacu bardzo nie poszczono, to biedni przychodzili i mówiąc „quero minha Quaresma”, coś tam zawsze otrzymywali.

Z czasem poznałem kilka przesądów, które są praktykowane w Wielkim poście, albo w Wielkim Tygodniu. Nie są one bardzo mądre, jak to zazwyczaj z przesądami bywa. Na przykład w Wielką Sobotę nie powinno się myć. Na szczęście nasi parafianie albo o tym przesądzie niewiedzą, albo już się z niego wyzwolili. Inne przesądy nakazują w Wielką Sobotę ukraść kurę, jeść dużo kukurydzy, schować gdzieś miotły, bo zamiatanie w ten dzień przynosi nieszczęście. Nie wolno też dotykać pieniędzy. Robi się także judasza. Chodzi o taką kukłę, którą później wlecze się po ulicach, biczuje lub kamienuje, a w finale tej niezdrowej zabawy, przy akompaniamencie wyzwisk i przekleństw, wiesza na jakimś słupie. Judasz ma zawsze imię jakiego nielubianego polityka. Na pewno w tym roku będzie dużo judaszów o imieniu Bolsonaro, czyli aktualnego prezydenta, czy też Guedes, ministra odpowiedzialnego za reformę emerytalną.

Brumadinho.

Manaus, 26. 03. 2019

Brazylia jest miejscem, gdzie zawsze dokonywały się gigantyczne katastrofy ekologiczne.  Oczywiście, nadal też się one, niestety, powtarzają z przerażającą częstotliwością. Od kiedy jestem w Brazylii byłem już pośrednim świadkiem kilku z nich. Kiedyś próbowano je ukrywać. W tak wielkim kraju było to nawet całkiem możliwe. Kto tam wiedział, co działo się w odciętych od świata rejonach bagien Pantanalu albo lasów Amazonii? Dziś, kiedy każdy telefon komórkowy może w jednej chwili stać się niezależną agencją informacyjną, nic już się nie ukrywa. Nadal jednak manipuluje się informacjami. Każdy z nas, bardziej lub mniej, tym manipulacjom się poddaje.

Ostatnio w Brazylii pękają tamy z błotem. Jedna taka tama, w Marianie, w Minas Gerais, rozwaliła się trzy lata temu. Zginęło wówczas osiemnaście osób, a jedną nadal uznaje się za zaginioną. Błoto, które wówczas się uwolniło i spłynęło z gór zmiotło po drodze jedną z dzielnic miasta Mariana i potem, dostając się do rzeki, zniszczyło cały ekosystem, a właściwie setki ekosystemów. Może jeszcze kiedyś o tym wszystkim w szczegółach opiszę, bo jest to generalnie bardzo interesujące.

Dwa miesiące temu doszło do kolejnej tragedii. Tym razem w Brumadinho, też w stanie Minas Gerais. To w sumie te same okolice. Nagle pękła jedna z tam utrzymująca w ryzach miliony ton błota. Ono zaś z ogromną szybkością pochłonęło pracowniczą jadalnię, maszyny i pracujących w nich ludzi oraz mały hotel. Do tej pory odnaleziono ciała 214 osób.

O co chodzi z tymi zaporami? Może najpierw kilka słów o stanie Minas Gerais, w którym to się wszystko dokonuje. Podobno jest to cudowne miejsce, może kiedyś je odwiedzę. Czytam, słyszę i widzę w telewizji, że jest to stan bardzo bogaty pod wieloma względami. Najpierw z powodu natury. Góry, z trzecim co do wysokości brazylijskim szczytem Pico da Bandeira (2891 m), bardzo urozmaicające krajobrazy. Są też lasy (to w Minas zachowało się najwięcej oryginalnego lasu atlantyckiego), rzeki i jeziora. Jednym słowem różne klimaty, przebogata fauna i flora, dziś będąca istotnym atutem w turystyce, która w Brazylii, co zawsze wszystkich dziwi, wcale nie jest za bardzo rozwinięta. Potem z powodu rozwiniętego rolnictwa. Od początku uprawiano tu kawę. Do dziś słynne są stare, tradycyjne fazendy kawowe, które są jednocześnie przepięknymi zabytkami kolonialnymi. W końcu, co w sumie powinno być wymienione zaraz na początku, Minas to kopalnie. Właśnie to znaczy  nazwa tego stanu: Minas Gerais –Kopalnie Generalne. W XVII wieku odkryto tu złoto. Już wcale nie trzeba dodawać, co potem się tu działo. Bogacze budowali fazendy, pałace, kościoły, całe miasta. Stąd w Minas znajduje się ogromna ilość przecudownych kościołów, ze wszech miar godnych zwiedzania. Podobno znajdują się tam niezwykłe arcydzieła ówczesnych mistrzów dłuta i pędzla.

Złoto szybko się skończyło, baronowie kawowi też. Ale kopalnie pozostały, zwłaszcza wydobywające rudy żelaza. Technologia, jaką się stosuje, wytwarza wyjątkowo wielkie ilości błota. Jest ono toksyczne, bo zawiera różne metale szkodliwe dla zdrowia. Gromadzi się je w zbiornikach, do budowy których wykorzystuje się naturalne ukształtowanie terenu. Najczęściej są to wysoko położone miejsca. Jakaś kotlinka, dolinka, zamknięta z jednej czy z dwóch stron zaporą staje się doskonałym zbiornikiem na takie poprodukcyjne odpady. Niestety, takich tam jest bardzo wiele. Żeby jeszcze było bardziej strasznie, to każda z nich, jeśli pęknie, może zabić setki, a nawet tysiące osób, zaś na pewno zniszczy zabytkowe miasta, liczne drogi i mosty, na zawsze znikną z ziemi endemiczne gatunki roślin i zwierząt. Skażona ziemia i wody także prawdopodobnie już się nie odnowią.

Zawsze zdumiewa mnie hipokryzja ekoterrorystów. Krzyczą, że te katastrofy to przez chciwość niewielu, że kopalnie powinni być pozamykane. A przecież taką cenę płacimy za samochody, samoloty, noże i widelce, telefony komórkowe i wszystko inne, co posiada metale wydobywane w tych kopalniach.

Karnawał i Wielki Post 2019.

Manaus, 12. 02. 2019

Często w tym czasie pisze list o wojnie postu z karnawałem. Niestety, kolejne potyczki Wielki Post wydaje się przegrywać, ale widać już jakieś światełka nadziei. To jest mniej więcej tak, jak z futbolem. Co światlejsi i mądrzejsi zaczynają się bardzo źle czuć z tymi stereotypami, że Brazylia to samba, karnawał, futbol, tropiki i plaża. Podczas ostatnich mistrzostw świata w piłce nożnej, kiedy jedni w amoku kibicowali swojej drużynie, widząc już ją na podium z pucharem w rękach, to inni otwarcie mówili, że woleliby zamiast tej wątpliwej sławy inne rzeczy. Na przykład szkolnictwo na wysokim poziomie, zapewnione bezpieczeństwo, lepszą służbę zdrowie. Brazylijczycy po dzień dzisiejszy nie mają żadnej Nagrody Nobla. Pewnie jeszcze jako taki prestiżowy pozostaje Nobel w dziedzinach naukowych, bo te literackie i pokojowe to już raczej nie mają wielkiego znaczenia. Nie mniej nawet takich oni nie mają. Jeszcze do niedawna nawet próba skrytykowania futbolowej świętości skończyłaby się natychmiastowym samosądem. Dziś są już Brazylijczycy, którzy zdecydowanie mówią o innych priorytetach.

Co do karnawału, to sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana. Najpierw to, że dla Brazylijczyków jest on kulturą. Na pewno wiele z tej kultury w sobie ma. W sumie to jest wyraz pracy bardzo wielu artystów najróżniejszych kategorii: scenarzystów, muzyków, malarzy, rzeźbiarzy, tancerzy i bardzo wielu innych. Część z nich jest już zawodowcami i przez cały rok obmyślają, co wystawić w kolejnym karnawałowym sezonie. Przypuszczam, że są opłacani z pieniędzy państwowych, ze środków na kulturę. Część zaś to wyjątkowo utalentowani amatorzy, normalnie pracują jako murarze, śmieciarze, służący, kierowcy, sklepikarze, piekarze itd. Niestety, chociaż ci właśnie pracują z największym poświęceniem, to w ogóle ich nie widać. Kiedy ich szkoła wchodzi na bieżnię, to eksponowane miejsca na alegorycznych wozach zajmują słynne aktorki. Na widowni siedzą zaś najbogatsi tego świata. Uwaga ta jest tutaj bardzo potrzebna, bo najczęściej się broni karnawału mówiąc, że to jest taki jedyny w roku czas, kiedy to nie ma różnic między rasami i kolorami, między bogatymi i biednymi. W tym roku pojawiło się w gazetach wyjątkowo dużo artykułów, ze szczegółami opisującymi sytuację poszczególnych grup zaangażowanych w karnawał. Okazuje się, że romantyzmu w tym nie ma żadnego. Natomiast wyzysk jest i to na wielką skalę.

Zaraz za kulturą, dla Brazylijczyków, karnawał jest niewinną, tradycyjną zabawą biednych. Kościół katolicki ciągle w tym momencie powtarza słowa bardzo znanego tutaj, zmarłego w 1999 roku, arcybiskupa Heldera Camary. Mówił on, że niech sobie chociaż w tych dniach ten biedny i uciemiężony lud trochę potańczy. Presja jest tak wielka, że nawet i teraz, jeśli jakiś ksiądz czy biskup, ośmieli się publicznie zabrać głoś krytykując karnawał, to natychmiast jest rozszarpany. Dosłownie i w przenośni. Wymiar moralny karnawału jest zaś bardzo wielkim problemem. Generalnie to prawie wszyscy rozumieją ten czas jako zawieszenie wszelkich zakazów moralnych. Wszystko jest dozwolone. Najważniejsze, aby się dobrze bawić. To „wszystko jest dozwolone” rozumiane jest dosłownie. W tym roku doszło do swoistego skandalu. Został on też „skandalicznie zmanipulowany”. W Sao Paulo, podczas przemarszu karnawałowego orszaku dwóch nagich mężczyzn, niczym na scenę, wspięło się na schody jakiegoś tam budynku, zachowywało się w sposób wyjątkowo wyuzdany. Oczywiście tysiące innych uczestników zarejestrowało to na swoich komórkach, a filmy i zdjęcia natychmiast umieszczone zostały w Internecie. Obecny prezydent, na swoim profilu, zamieścił także ten filmik, oczywiście z zamazanymi w odpowiednich miejscach fragmentami obrazu. Skomentował to w mniej więcej taki sposób: „Oto czym się stał karnawał brazylijski.” Prezydent Bolsonaro stał się już wcześniej wrogiem numer jeden zwolenników wszelkiej karnawałowej uciechy, kiedy wzywał do nieprzekazywania publicznych pieniędzy dla szkół samby. Mówił, że jeśli ktoś chce się bawić, to niech robi to za własne pieniądze. Po tym poście został natomiast okrzyknięty wrogiem wszystkiego i wszystkich. Najbardziej skandaliczne jest to, że nikt, dosłownie nikt spośród krzyczących nie widział w tym, co publicznie robili owi „postępowi” panowie nic złego. Zły natomiast był prezydent, który ośmielił się skrytykować karnawał.

Aid Live Venezuela.

Manaus, 25. 02. 2019

Dziś nie da się nie myśleć o Wenezueli. Stosunkowo niedaleko od nas ludzie umierają z głodu i nawet są zabijani, kiedy próbują wyciągnąć rękę po oferowana im przez różne kraje pomoc. Nie da się więc i o Wenezueli nie pisać.

Ostatnio, a właściwie trwa to już od miesięcy, kiedy wyjeżdżam na miasto załatwiać jakieś sprawy, spotykam na skrzyżowaniach Wenezuelczyków. Czy to w ulewnym deszczu, czy też w szalonym słońcu, stoją nieruchomi z kawałkami tektury, na której mają wypisane po portugalsku zawsze te same dwa zdania: „Jestem z Wenezueli. Potrzebuję pracy”. Czasami są to samotni mężczyźni lub kobiety. Czasami ojciec lub matka z dzieckiem. A czasami cała rodzina. Nie żebrzą o pieniądze, lecz o pracę. Tylko, że w mieście, gdzie więcej niż połowa ludzi jest bezrobotna, praca jest więcej niż wykwintnym rarytasem. Stąd też wielu patrzy na Wenezuelczyków złym okiem. Czasami są zwyzywani, niekiedy nawet zaatakowani i pobici. W ich oczach, twarzach, postawie, nie widać zrezygnowania. Już nic w nich nie widać. Oczywiście zwłaszcza nie dostrzega się już nadziei.

W ich ojczystym kraju króluje Maduro ze swymi żołnierzami. Walczą, aby najwspanialsza na świecie rewolucja boliwariańska, która przecież zwłaszcza ma na celu dobro prostego i biednego ludu, nie upadła. Są już prawie ostatnim państwem, które nie poddaje się dyktatowi Trumpa.

Hipokryzja świata wobec tragedii tego narodu jest wyjątkowo wkurzająca. Komunistyczni celebryci brazylijscy, którzy sami posiadają mieszkania w najbogatszych dzielnicach Rio de Janeiro czy Sao Paulo, już wielokrotnie wyrażali się, więcej nich pochlebnie, o Maduro. W Wenezueli, ich zdaniem, panuje wzorcowa demokracja, a prawa człowieka są powszechnie respektowane. Wczoraj nawet, kiedy z jednej strony ludzie, narażając swoje życie, przekradali się przez zamkniętą granicę brazylijsko – wenezuelską i przenosili na noszach rannych w starciach z wojskiem reżimu, z drugiej strony grupa komunistycznych działaczy z najróżniejszych lewackich partii, zrobiła sobie piknik i ogłaszała swój manifest o pokoju i demokracji. Oczywiście wszystko według wzorców komunistycznych. W weekend odbywał się po stronie wenezuelskiej festiwal. Był on odpowiedzią na koncert charytatywny  Venezuela Aid Live, który odbywał się w Kolumbii, tuż przy granicy z Wenezuelą. Wzięli w nim udział najsłynniejsi muzycy świata hiszpańskojęzycznego. Cały dochód był przeznaczony na zakup jedzenia dla Wenezueli. Natomiast ten koncert po stronie wenezuelskiej był wiecem poparcia dla Maduro. Co chwila krzyczano: „Ręce precz od Wenezueli!”. Nawet pinkfloidowy Roger Waters, ośmieszając się po raz kolejny, nagrał swój manifest i śpiewał „Ręce precz od Wenezueli!” Zdumienie bierze nad rozmiarem tej całej hipokryzji i ślepoty.

Co się stało z Wenezuelą? Czemu taki kraj, który jeszcze do niedawna był drugim z najbogatszych krajów Ameryki południowej, pierwszy jest oczywiście po dzień dzisiejszy Chile, stoczył się tak szybko na dno nędzy i skraj wojny domowej. Wytłumaczenie jest tylko jedno: ropa! Analitycy tę ropę otaczają jeszcze komunizmem i kapitalizmem, polityką i wpływami, walką o władze między komunistami i kapitalistami. Mówi się, że Wenezuela ma największe, albo przynajmniej jedne z największych złóż ropy naftowej. Gdyby te bogactwa kontrolowali Amerykanie, podobno cena ropy spadłaby. A ponieważ Rosja i Arabowie nie chcą spadku cen, więc robią wszystko, aby amerykanów trzymać od wenezuelskiej ropy z daleka.

Analitycy, politycy, ekonomiści mówią swoje. A tymczasem dwie ciężarówki z jedzeniem Maduro kazał spalić, bo były one zagrożeniem dla demokracji. Kazał też wojsku strzelać do swoich rodaków, bo są sługusami imperializmu. Ludzi z desperacji rzucają się na karabiny. Podobno jest wiele ofiar. Najwięcej wśród Indian z plemienia Pemon. Oni okazali się najodważniejsi i najbardziej zdeterminowani. Dziś przez zamkniętą granicę przedarł się prefekt z jednego z przygranicznych miasteczek. Mówił o przynajmniej piętnastu zabitych, wielu rannych. Miasto zaś jest pacyfikowane przez wojsko. Jako dowód pokazywał filmy nagrane komórką. Dziś modlimy się za Wenezuelę.

Panama.

Manaus, 6. 02. 2019

Ostatnio wszyscy koncentrowaliśmy się na Panamie. Zaraz po powrocie z Polski, ze ŚDM w Krakowie, spora grupa młodzieży z naszej parafii próbowała się organizować, aby się przygotować do wyjazdu na dni młodzieży w Panamie. Niestety, słabo to szło, a kryzys brazylijski, a zwłaszcza wysokie bezrobocie w Manaus, z czasem zupełnie uczynił to przedsięwzięcie niemożliwym. Linie lotnicze na początku strasznie wywindowały ceny biletów lotniczych, osiągały one kosmiczne wymiary. Chyba podróżowanie pierwszą klasą w arabskich liniach lotniczych byłoby tańsze. Stąd też zupełnie byliśmy zniechęceni. Nagle, kilka dni przed rozpoczęciem spotkania młodych w Panami, zwrócił się do mnie tutejszy Neokatechumenat, zapraszając mnie do wzięcia udziału w pielgrzymowaniu razem z nimi. Poszukiwali księdza, propozycja była nie do odrzucenia. Niestety, kiedy już wszystko było gotowe, właściwie już z walizką w ręką i udając się na lotnisko, musiałem z wyjazdu zrezygnować. Stąd też nie jestem naocznym świadkiem tego wyjątkowego spotkania. Mam za to relacje z pierwszej ręki, bo dwie dziewczyny z mojej parafii, z naszego Neokatechumenatu, uczestniczyły w spotkaniu.

Może najpierw o tym, jak Neokatechumenat do wyjazdu się przygotowuje. W Brazylii zorganizowali oni biuro podróży, tylko dla swoich celów. To daje im dostęp do najniższych cen i dobrą pozycję do negocjacji. Młodzi, którzy chcą wyjechać, są wspomagani przez swoje wspólnoty. Wszyscy po prostu się zrzucają, sprzedają losy na loterie, uczestniczą w najróżniejszych akcjach, które mają za cel zebranie pieniędzy na wyjazd. Nic więc dziwnego, że Neokatechumenat zawsze jest w stanie wysłać sporą grupę swojej młodzieży. Z Manaus pojechało ponad siedemdziesiąt osób.

Uczestniczenie młodych z Drogi Neokatechumenalnej w Światowych Dniach Młodzieży jest nieco inny. Najpierw to, że równolegle ze spotkaniem mają oni swoje katechezy, modlitwy i właściwie nie pozostaje im nawet jedna wolna chwila, aby połazić po mieście. Natomiast ciągle po ulicach tańczą, śpiewają i ewangelizują. Zawsze można ich spotkać w najróżniejszych miejscach, tańczących i śpiewających w swój tradycyjny sposób. Zawsze mnie to wzrusza. Te same melodie i najróżniejsze języki. Oczywiście zawsze najpopularniejszym jest hiszpański. Nie mniej coraz częściej widać orientalne twarze i słyszy się bardzo niezwykłe języki. Na przykład do Panamy na spotkanie przylecieli bracia z neokatechumenatu z Kiribati, Antyli Holenderskich, Mauritiusa. Urokowi takich pieśni nie oparł się nawet prezydent Panamy i gdzieś tam przechodząc, ku niezadowoleniu swoich ochroniarzy, dołączył do koła, tańczył i śpiewał.

Normalnie ŚDM kończy się niedzielną Mszą. Jednak Neokatechumenat ma zawsze następnego dnia swoje spotkanie powołaniowe. Tym razem odbyło się ono na panamskim stadionie. Wzięło w nim udział ponad dwadzieścia pięć tysięcy młodych. Całość, jak zawsze, prowadził sam Kiko Arguello, które mimo skończonych na początku stycznia osiemdziesięciu lat, dalej z mocą głosił Słowo Boże i inicjował śpiewy. A robił to prawie przez trzy godziny, więc pozostaje nam tylko go podziwiać. Spotkanie takie kończy się słynnym wezwaniem do powstania. „Niech wstaną dziewczyny, które Chrystus wzywa do klasztoru!”, „Niech wstaną chłopcy, których Chrystus wzywa do kapłaństwa!” Tak zawsze woła Kiko i zawsze wstają tysiące. Co najbardziej zdumiewa, że znakomita większość tych, którzy powstają podczas takiego spotkania, wytrwale kontynuują na drodze powołania.

Nasze dziewczyny nie powstały podczas tego wołania, ale wróciły wyjątkowo uszczęśliwione. Opowiadają bez końca o tym, co widziały, czego doświadczyły. Była to ich pierwsza podróż samolotem, pierwszy raz za granicą. Kiedy odwoziłem je na lotnisko, to widziałem, najwyraźniej się obawiały tej podróży. Były smutne, że nie jechałem z nimi. Martwiły się, jak to wszystko przeżyją. Teraz, już całe szczęśliwe, opowiadają, że Panamczycy przyjęto ich wyjątkowo gorąco. Że wszyscy byli bardzo gościnni, że niczego im nie brakowało. Entuzjazm ich jest rzeczywiście wyjątkowy i zaraz zdziałał rzeczy niezwykłe. Mieliśmy bowiem tej niedzieli ogłoszenie katechez neokatechumenalnych w parafii. Połączone jest to też z chodzeniem po domach i zapraszanie na te katechezy tych, którzy zupełnie od Boga się odwrócili. Mamy w naszej parafii taka mała dzielnicę, która ma bardzo złą sławę. Sami handlarze narkotyków i prostytucja. Nazywa się Portelinha. Jak do tej pory nikt nigdy nie miał odwagi, aby się tam zapuścić ze Słowem Bożym Tym razem dziewczyny z Panamy poszły tam pierwsze i pociągnęły za sobą całą wspólnotę. Wszyscy otworzyli im swoje drzwi. Zobaczymy wkrótce, czy też zostały one otwarte dla Chrystusa.

Pożar w Educandos. Cz. 2.

Pisałem ostatnio o pożarze w Manaus, który pochłonął ponad 600 domów. Ta tragedia wyzwoliła morze dobra i solidarności. Niestety, została też wykorzystana przez ludzi bardzo niegodziwych, którzy zszokowali nas swoją nikczemnością.

Najpierw o solidarności. Dowiedziałem się o pożarze, jako że teraz wszystko jest w Internecie, właśnie z sieci. Kładłem się już spać i sprawdzałem ostatnie wiadomości. Moi parafianie informowali mnie o tragedii. Zaraz też ruszyła wielka mobilizacja, aby się zorganizować i jakoś pomagać. Wiedziałem już, że pierwszym, kto pospieszył z pomocą poszkodowanym, był proboszcz z Educandos, ksiądz Amarildo. Spalona dzielnica znajdowała się dosyć blisko kościoła Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Parafia ta jest pod opieką redemptorystów. Kiedyś mieli oni tam swój nowicjat amazoński. Dziś, w czasach posuchy powołaniowej, sale wykładowe i pokoje niegdysiejszych seminarzystów używane były do katechezy i innych prac poszczególnych duszpasterstw. Ksiądz Amarildo otworzył szeroko wszystkie drzwi parafii dla pogorzelców i tam znaleźli oni dla siebie schronienie. Zajęte były dosłownie wszystkie sale, pokoje, korytarze, kaplica, patio i boisko do koszykówki. Potem niektóre rodziny poprzenosiły się do swoich krewnych. Niemniej do tej pory wiele rodzin koczuje w parafii. Na jedną, dwie noce, to było jakieś rozwiązanie. Jednak na miesiąc, dwa, zdecydowanie nie. Sytuacja staje się coraz trudniejsza, bo część ludzi nie ma po prostu, gdzie pójść. Podobnie pogorzelców przyjęła pobliska szkoła. Wszystkie parafie stały się miejscami zbiórek żywności, odzieży i materaców. My zdołaliśmy uzbierać takich darów przez pierwsze trzy dni aż dwie ciężarówki. Na Educandos znajduje się popularny w Manaus dom handlowy o nazwie Bemol. Właściciele tego sklepu już następnego dnia po pożarze, z samego rana, rozdali wszystkie materace, prześcieradła, ręczniki, garnki, kuchenki gazowe i różne inne sprzęty konieczne do przeżycia jakie posiadali na składzie. Domyślam się, że musiało być tego bardzo dużo. Na dodatek przez pierwsze dni wysyłali oni swoje ciężarówki po hurtowniach i skupowali wodę oraz różne produkty żywnościowe, które potem były rozdawane. Miasto okazało się wyjątkowo solidarne. Było to bardzo budujące i wzruszające.

Niestety, zdarzyły się też sytuacje bardzo smutne. Może najpierw to, że do ludzi poszkodowanych w pożarze nie przyjechał, zaraz na początku, ani gubernator, ani prefekt, ani żaden z polityków. Władze zaczęły się organizować z jakąś pomocą dopiero trzeciego dnia od tragedii. Mówili, że musieli się zorientować w sytuacji, w skali problemu i profesjonalnie opracować plan działania. Profesjonalizmu tego nie widać po dziś dzień, ale w sumie nie to było najgorsze.

Kiedy wybuch pożar, to wielu mieszkańców próbowało wynosić z palących się domów to, co mieli. Jeden ciągnął materac, inny pralkę, kolejny niósł mikser, parę garnków, ktoś jeszcze telewizor. Wynosili to, pozostawiali na ulicy i biegli po następne rzeczy. Kiedy wracali na miejsce z kolejnym uratowanym fragmentem swojego dobytku, to uratowanej wcześniej pralki czy materaca już nie było. Jak podłym trzeba być, aby w takim momencie okradać ludzi, którzy i tak wszystko stracili, a to, co uratowali, wydarte było płomieniom z narażeniem życia. Dochodziło też do jeszcze innych rzeczy. Pogorzelcy już w chwilę po pożarze byli rejestrowani w parafii, aby mogli otrzymać jakąś zorganizowaną pomoc. Tak też trwało przez kilka dni. Nie tylko chodziło o sprzęty, ubranie czy jedzenie. W pewnym momencie swój kiosk otworzyła tam policja i prefektura i zaczęto wydawać ludziom dokumenty. Poszkodowani mieli też otrzymywać czeki na najpotrzebniejsze rzeczy i na wynajęcie sobie jakiegoś tymczasowego mieszkania, domu czy pokoju. Po jakimś czasie zorientowano się, że tych rodzin zarejestrowanych jest jakoś dziwnie dużo. Okazało się, że ponad dwadzieścia rodzin na pewno nigdy nie mieszkało na terenie spalonej dzielnicy i nie utracili w pożarze niczego. Na dodatek w Internecie rozpowszechniano informację o numerach kont, na które można było wpłacać pieniądze na pomoc pogorzelcom. Konta te niby należały do parafii na Educandos albo diecezjalnej Caritas, a tak naprawdę były prywatnymi kontami jakichś tam ludzi. Inwencja niegodziwców jest doprawdy nieograniczona i jeszcze długo mógłbym ją opisywać.  

Pożar w Educandos.

Manaus, 9. 01. 2019

Tuż przed Bożym Narodzeniem Manaus przeżyło jedną ze swoich największych tragedii w ciągu ostatnich kilku lat. W jednej z dzielnic, w Educandos, położonej tuż na Rio Negro, przy ujściu jednego z igarapes, doszło do wyjątkowo wielkiego pożaru. Dosłownie w chwilę spaliło się ponad 600 domów. Wprawdzie nie było ofiar śmiertelnych, ale było wielu poparzonych i około 750 rodzin straciło nie tylko swoje domy, ale dosłownie wszystko, co posiadali. Jak do tego doszło? No cóż, spróbujmy się przyjrzeć temu zjawisku.

Może najpierw kilka słów o miejscu, w którym doszło do pożaru. Educandos było kiedyś pierwszą dzielnicą, która powstała poza centrum historycznym miasta. Wówczas zmyślnie pozbyto się z miasta biedaków wyprowadzając ich do nowej, w obietnicach nowoczesnej dzielnicy. Oczywiście nic z tej nowoczesności nie zostało zrealizowane. Jedynie nazwa o tym przypomina. Educandos zostało wybrane, aby uhonorować profesorów, nauczycieli, edukację, itd. Miało być postępowo. Sama dzielnica, trzeba to przyznać, jest usytuowana prześlicznie. Można by powiedzieć, że na swoistym półwyspie. Z jednej strony znajduje się Rio Negro, z drugiej zaś Igarape do Educandos, czyli Strumień Educandos. To słowo igarape jest określeniem stosowanym na pewną amazońską swoistość geograficzną. Tłumaczę to przez strumień, ale właściwie można też użyć słów: rzeka, potok, struga. Wszystko zależy od pory roku i intensywności opadów. Przez igarape spływa woda z innych części miasta. W czasie silnego deszczu poziom wody wzrasta bardzo gwałtownie, w moment. W czasie wysokiej wody w Rio Negro taki igarape może przypominać spokojne jezioro, zatokę, rozlewisko. Kiedy nie pada, to zmniejsza się do małej strużki. Dzisiaj wszystkie igarapes w mieście są pełne śmieci i chyba najlepsza dla nich nazwa byłaby „ściek”. W takich właśnie miejscach najbiedniejsi ludzie pobudowali swoje domy. Nigdy ich tu nie powinno być, ale igarape był jedynym wolnym, do nikogo nienależącym miejscem. Domy budowane są na palach, mniej więcej na wysokości największej pamiętanej powodzi. Takie domy i dzielnice nazywają się palafitas. Jest już ich dzisiaj w Manaus coraz mniej. W ciągu tych dziesięciu lat, jakie w Manaus pracujemy, mieliśmy okazję obserwować, jak powoli znikały całe dzielnice z palafitas. Rząd próbował realizować różne projekty socjalne, większość z tych projektów finansowana była przez Amerykanów. Nie zawsze ludzie wyrzucani z palafitas wychodzili na tym dobrze. Często ich oszukiwano. Na przykład przesiedlano ludzi z palafitas do tymczasowych baraków pobudowanych daleko za miastem. W tym czasie wszystko burzono, regulowano koryto igarape, budowano ładne domki. Do nich w założeniu mieli powrócić ci czasowo przesiedleni. Jednak nie powrócili do dzisiaj a kwestia rozdysponowania nowych domków dla aktualnych mieszkańców po dzień dzisiejszy jest wielką tajemnicą.  Nie mniej takich dzielnic jest już w Manaus bardzo mało, a ta w Educansos, była największą z tych, co przetrwały. Palafitas to prawdziwa plątanina i labirynty. Domy zbudowane są najczęściej tylko z drewna, wiodą do nich kładki. Chaty są maleńkie, jedna przy drugiej. Bardzo często w jednym domku mieszkało po kilka rodzin. Stąd właśnie jest więcej rodzin poszkodowanych niż spalonych domów. Ponieważ wszystko tu jest nielegalne, więc prąd i wodę, jeśli już mają, to też podłączyli bez płacenia za cokolwiek.

Skoro tak sytuacja się przedstawia, co w sumie ryzyko pożaru jest wysokie. Możemy sobie tylko wyobrazić te wszystkie przewody elektryczne, jakiekolwiek i gdziekolwiek, bez izolacji, wielokrotnie sztukowane i swobodnie sobie biegnące i zwisające w każdym miejscu. Strażacy niby stwierdzili, że pożar zaczął się od wybuchu butli z gazem. Co w sumie też jest możliwe, bo stan sprzedawanych tutaj butli jest krytyczny. Zawsze, kiedy zmieniam butlę w naszej kuchence, to jest to dla mnie przeżycie graniczące z cudem. Cud, że się udało i nic nie wybuchło.

Jest jedno małe „ale”. Takich pożarów w mieście było w ostatnich latach kilka. Oczywiście, nie na taką skalę. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, po pewnym czasie, kiedy już teren po pożarze został uporządkowany, bywał on ogradzany i nagle pojawiał się jakiś jego właściciel. Dziś w tych miejscach stoją wspaniałe domy lub wielkie sklepy. Stąd jakoś nikt nie wierzy w oficjalne wersje. A Educandos dzisiaj znajduje się w centrum miasta i naprawdę jest prześlicznie położone. Z wysokiego brzegu widać całe Rio Negro.

W następnym liście napisze o tym, jak na ten pożar zareagowało całe miasto.

Powołania. Padre Sebastiao.

Manaus, 03. 01. 2019

Dziś znów o powołaniach. Pewnie wszędzie się to zdarzało, ale w naszej diecezji stało się to swoistą regułą, że do seminarium często szli mężczyźni już dosyć dojrzali. Bywa więc tak, że mamy księdza, który jest mniej więcej w moim wieku i nie ma nawet dziesięciu lat kapłaństwa. Mówi się o takim, że on podjął bardzo dojrzałą decyzję. No cóż, ja mam swoje zdanie na ten temat i nie zawsze widzę to w takich perspektywach dojrzałości. Jednak, jak to mówią, lepiej późno niż wcale.

Ostatnio mieliśmy w diecezji święcenia, które są przykładem na sytuację zupełnie odmienną, zdecydowanie niecodzienną. Może też w pewnym sensie wydarzenie to zapowiada kolejne, które przyjdą po synodzie dla Amazonii. Wszyscy tu oczekują, że ów synod raz na zawsze rozwiąże problemy z brakiem kapłanów w tej części świata. Czemu takie niezwykłe były to święcenia? Otóż zostały one udzielone pewnemu wdowcowi, diakonowi stałemu, mającemu 67 lat życia, otoczonemu przez bardzo liczną rodzinę. Nazywa się on Sebastian Monteiro Maia. Ma pięciu synów i dosyć sporą gromadkę wnuków i prawnuków. Ilu tych wnuków i prawnuków było, nie bardzo, z powodu ich latynoskiej ruchliwości, mogłem się doliczyć. Historia jego jest bardzo ciekawa i pouczająca. Może zacznę ją opowiadać wspominając świadectwo, które o nim dał jeden z sędziwych już kapucyńskich misjonarzy. Otóż, kiedy nasz neoprezbiter był jeszcze bardzo młody, ale już żonaty, w głębokiej Amazonii, która po dzisiaj jest trudno dostępna, udzielał się wraz z żoną w Kościele. Często pomagał misjonarzom franciszkańskim, którzy tam docierali. Towarzyszył im w wyprawach misyjnych, przyglądał się posłudze zakonników i kapłanów. Razu jednego, po jednej z Mszy odprawianych w jakiejś tam wiosce, powiedział z wielką prostotą do opowiadającego to franciszkanina: „Ojcze, ja też chcę być księdzem.” Ten zaś mu wówczas odpowiedział tak: „Jeśli taka jest wola Chrystusa, to na pewno nim kiedyś zostaniesz.” Życie toczyło się dalej, Sebastian z żoną przeniósł się do Manaus. Zamieszkał na terenie parafii Santa Cruz i znów wraz z żoną zaangażował się w pracach pastoralnych. Z czasem został szafarzem nadzwyczajnym Komunii Świętej i w sposób wyjątkowo gorliwy oddał się apostolstwu i duszpasterstwu chorych. Ta jego posługa stała się dosyć znana, bo był rzeczywiście bardzo gorliwy. Znamy go jako człowieka bardzo prostego, pokornego, pogodnego i pracowitego. Pod koniec życia żony wstąpił do szkoły diakońskiej, przyjął świecenia diakonatu. Kiedy zaś został wdowcem, po czterech latach został wyświęcony na kapłana. Wszyscy z wielkim wzruszeniem uczestniczyliśmy w tej celebracji święceń kapłańskich. Raz, że go bardzo pokochaliśmy. Taki nasz starszy brat, bardzo serdeczny. Widzieć go wyświęcanego na kapłana to było niezwykłe. Dwa, że to wszystko odbywało się w otoczeniu jego rodziny, rozentuzjazmowanych parafian i chorych, którym się poświęcił. Generalnie jedno wielkie uwielbienie Boga za Jego niezwykłe dary. Synowie czytali podczas liturgii czytania, jedna z wnuczek wyśpiewała psalm. Kolejni wnuczkowie byli ministrantami. Ornat podawała mu jego siostra. Na zakończenie wypowiedział swoje podziękowanie. Normalnie Brazylijczycy mówią w tym momencie strasznie dużo. On zaś powiedział tylko tak: „Nie przygotowałem napisanego przemówienia. Chciałem, aby Bóg wszedł w moje serce i mi pozwolił powiedzieć tylko to, co najważniejsze. Chcę wszystkim z całego serca podziękować: parafianom, członkom wspólnot, księżom (a niektórzy z nich przybyli z bardzo daleka), braciom diakonom i mojemu księdzu arcybiskupowi. Wszystkim serdecznie dziękuję. Od dziś moje życie zostało odarte ze wszystko, co materialne i żyć będę tylko służąc wspólnocie Kościoła, Słowu i Miłości. Jestem całkowicie do dyspozycji mojego Kościoła i, gdziekolwiek mnie mój Pasterz pośle, tam pójdę czynić dzieło w imię Boga.”

Powołania

Manaus, 14. 12. 2018

Może tym razem zrobię mały cykl o powołaniach. Brazylia, ciągle o tym wspominam, powszechnie ma problem z powołaniami. Może już na całym świecie ten problem występuje, tylko ja egoistycznie widzę nasz własny, brazylijski nos. W Brazylii nie chodzi tylko o ich niedostateczną ilość, ale też o ich jakość. Wyjaśnię tutaj o jaką jakość mi chodzi. Ostatnio mamy coraz więcej takich przypadków „powołanych”, którzy „rozeznają” u siebie niby powołanie, ale wcale nie są związani w życiem wspólnot i wręcz nimi nie są w ogóle zainteresowani. Pojawiają się znikąd! Chcą być księżmi dla samego bycia księdzem. Wykazują wielkie zainteresowanie liturgią, a właściwie drylem liturgicznym. Szatami, przedmiotami, regułami. Ale nic więcej. Takie ma się przynajmniej wrażenie. Tymczasem powołanie do kapłaństwa lub życia zakonnego, będąc czymś na kształt charyzmatu, może pojawić się tylko i wyłącznie we wspólnocie i dla wspólnoty Kościoła. Może nie zawsze od razu młodzi ludzie mają tego świadomość, bo jest to bardzo naturalne i spontaniczne. Jednak u tych, co to swojej przyszłości nie widzą w rzeczywistości pastoralnej, ewangelizacyjnej i misyjnej, na pewno powołania nie ma. To znaczy nie ma do kapłaństwa. Powołanie dane jest tym, którzy chcą służyć. Tylko tym, którzy chcą służyć we wspólnocie Kościoła.

Nasza amazońska archidiecezja ma wręcz rozmiary kontynentalne. Oczywiście prawie wszystkie parafie znajdują się w mieście. Jest ich dokładnie 100. O jednych mówimy właśnie parafie, bo mają już swoje struktury w miarę dobrze zorganizowane. Wspólnoty znajdujące się w takiej parafii posiadają swoje kościoły, kaplice. Działają rady, parafialna duszpasterska i administracyjna, oraz rady wspólnotowe. Generalnie zasada jest taka: czy parafia ma proboszcza stałego czy nie, musi funkcjonować. Niektórzy komentują to z dowcipną przesadą: Czy ksiądz jest, czy nie ma, Msza wychodzi. Natomiast mamy też tak zwane „Areas missionarias”, czyli rejony misyjne. Taki rejon misyjny jest „w drodze do bycia parafią”. Czasami nie ma jeszcze kaplic, często nie ma proboszcza, dojeżdża on z innej parafii. Nie funkcjonują jeszcze rady i duszpasterstwa. Jednym słowem wszystko jeszcze się tworzy, rodzi, powstaje i organizuje. Niektóre miejskie parafie są bardzo wielkie, na przykład 30 – 40 wspólnot – kaplic. Inne, jak nasza Chrystusa Króla, bardzo małe, 5 – 10 wspólnot. Nie bardzo wiem co o tym decydowało. Czasami są to historie bardzo skomplikowane, niekiedy po prostu zależy od geograficznego położenia. Mamy trzy parafie poza miastem. Te mają już rozmiary niebotyczne. Na przykład rejon misyjny Nossa Senhora Aparecida – Cacau Pireira, położony po drugiej stronie Rio Negro, ma 81 działających wspólnot – kaplic. W Novo Airao natomiast potrzeba tygodnia, aby dopłynąć do najbardziej oddalonych wspólnot. Nie mniej ksiądz biskup główny nacisk kładzie na duszpasterską pracę w mieście. To dla tego, że tutaj jest coraz więcej ludzi, powstają nieustannie, w wyniku nielegalnych inwazji, nowe dzielnice. Kiedy kiedyś prosiliśmy go o skierowanie do „lasu”, odmówił. Jako powód po prostu powiedział, że potrzebuje nas tutaj.

Sytuacja z księżmi przedstawia się następująco. Mamy 50 diakonów stałych. Wszyscy z nich są w jakimś tam stopniu zaangażowani w pracę duszpasterską. Niektórzy wręcz pełnią funkcje proboszczów. Poza tym w diecezji pracuje 70 księży diecezjalnych. Tylko 33 pochodzi stąd. Reszta to misjonarze z południa Brazylii, z Włoch, Meksyku, Indii, Stanów Zjednoczonych i Polski. Mamy też 77 zakonników. Oczywiście większość z nich to zagraniczni misjonarze. Można zauważyć, że ostatnio zwiększyła się liczba księży diecezjalnych, a zmalała zakonnych. Rośnie też cały czas liczba diakonów stałych.

Ponieważ powołań jest mało, a zależą one głównie od łaski Bożej, więc w całej Brazylii zaczęto wdrażać swoisty projekt powołaniowy. Polega on przede wszystkim na kampanii modlitewnej. W szczegółach wygląda to tak, że katecheci, nadzwyczajni szafarze Komunii Świętej i wszyscy członkowie jakichkolwiek grup modlitewnych stają się animatorami nieustannej modlitwy o powołania. Wśród dzieci z katechezy „krąży” kapliczka z Matką Bożą Nieustającej Pomocy. Każdy na tydzień zabiera ją do domu i modli się tam ze swoją rodziną o powołania. Powinno też powstać w każdej parafii duszpasterstwo powołaniowe. Za jakiś czas zobaczymy, na ile będziemy w tej modlitwie wytrwali. Pan Bóg jest zawsze wierny. Obyśmy i my w tej wierności wytrwali.

Natal 2018

Manaus, 5. 12. 2018

Moje doświadczenia z wielkimi świętami religijnymi w Brazylii nie należą do najlepszych. Bez wątpienia dla tego, że w takich okazjach najbardziej wychodzi z nas, w najgorszym przypadku poganizm lub w najlepszym, najzwyczajniejsza powierzchowność, które to za wszelką cenę chce się ubrać w szatki jakichś tam tradycji. W Brazylii wszystko jest bardzo pomieszane, stąd też uznane za normalne i dozwolone. Wielokulturowość kolonizatorów z prawie wszystkich zakątków świata, wyznających najróżniejsze religie, w połączeniu z niedostateczną katechizacją wśród katolików oraz w zderzeniu z poprawnością polityczną, to wszystko daje zadziwiające efekty. Nie da się też zapomnieć o konsumpcjonizmie, który niszczy już dosłownie wszystko, co duchowe. Często ludzie nie używają określenia Boże Narodzenie. Albo też używając go, po portugalsku jest to jedno słowo Natal, nie rozumieją go jako świętowanie narodzin Chrystusa. Stąd mówi się o odnowieniu świata, święcie świateł i pokoju, itd. Trudno się też oprzeć wrażeniu, że najważniejszym elementem świąt jest kupowanie. Reklamy prawie zawsze kończą się hasłem: „Faça seu Natal feliz!” czyli „Uczyń swoje Boże Narodznie szczęśliwym”, oczywiście kupując reklamowany produkt. Przypuszczam, że podobne spłycenia już są obecne wszędzie. Niestety!

Ponieważ Brazylia w sumie, w jakiejś tam znacznej swojej części, została kiedyś tam przywieziona z Europy, więc większość tradycji świątecznych jest taka sama, albo bardzo podobna, jak u nas. Nawet trudno mi powiedzieć o czymś wybitnie brazylijskim. W naszej parafii mamy pięć pasterek, bo każda z parafialnych wspólnot ma swoją. Te nocne Msze Święte nazywają tutaj „Missa do galo”, czyli „Msza koguta”. Chodzi po prostu o wigilię w sensie liturgicznym. Mamy zawsze wtedy nasze kościoły pełne. Przychodzi sporo ludzi, którzy pojawiają się tylko raz w roku w kościele. Mamy żłobek. Czasami dzieci lub młodzież przygotowują jakąś inscenizację, która jest pokazywana tuż po Mszy. Nie śpiewa się tu kolęd. Wprawdzie istnieją pieśni liturgiczne o treści zgodnej z liturgią okresu Bożego Narodzenia, jednak są one bardzo różne od polskich kolęd. Ciągle za to musimy walczyć z wciskającymi się do naszych kościołów piosenkami typu „Happy Christmas” Johna Lennona lub jeszcze gorszą „Jingle bells”. Po dziesięciu „Bożych Narodzeniach” w Manaus mam już spore doświadczenie w argumentowaniu: „czemu nie powinniśmy w kościele grać i śpiewać tego typu ślicznych piosenek”. Ponieważ nie mamy sosen i świerków, więc nasze kaplice są lekko udekorowane wszelaką iglastą sztucznością. No cóż, w takich mniej istotnych rzeczach idę na kompromisy. Dopiero po „Missa do galo” wszyscy idą do domu, aby zjeść kolację, która w niczym nie przypomina naszej Wigilii. Nie tylko dla tego, że nie ma opłatka. Jest on tu zupełnie nie znany. Oczywiście wszystko zależy od zamożności rodziny. Teraz, kiedy w Manaus mamy masę bezrobotnych i emigrantów, sytuacja w domach większości naszych parafian nie wygląda za wesoło. Ale tradycyjnie na święta przygotowuje się indyka (to tylko u bogatych), kurczaka, pieczeń z udźca wieprzowego (to też tylko u bogatych), ryż z rodzynkami, rabanadę, zapiekanki z mięsa drobiowego, dania z dorsza. Dorsz, czyli bacalhau, jest tutaj wyjątkowym rarytasem i symbolem wszystkiego, co świąteczne. Serwują go i na Boże Narodzenie i na Paschę. Trafia on do Brazylii suszony i solony, strasznie pachnie i jego obróbka, aby przygotować z niego różne dania jest bardzo skomplikowana. Nie mniej uchodzi za wielki rarytas i trafia na stoły świąteczne raczej tylko u najzamożniejszych. Wspomniana zaś rabanada to kawałki bułki namoczonej w mleko, obtoczonej w cukrze z cynamonem i usmażone na tłuszczu. Naszych świątecznych ciast nawet nie ma co tu wspominać. Pojawia się za to sztuczne panettone.

Brazylijczycy święta spędzają rodzinnie. W sumie to żadne odkrycie i nic wyjątkowego, bo prawie wszyscy na świecie tak robią. Nie mniej bardzo sympatycznie to wygląda, kiedy razem przygotowują kolację, umawiają się między sobą, co kto zrobi. Przychodzą na „Missa do galo” i potem całymi, bardzo licznymi rodzinami, razem z wszelkimi ciotkami i wujkami, bliższymi i dalszymi kuzynami, spędzają całą noc Bożego Narodzenia.

Zamach

Manaus, 19.11.2018

Brazylia ma więc wybranego prezydenta, który przygotowuje się do objęcia sterów tego państwa w dniu 1 stycznia. Jak na razie nie ma łatwego życia. Cokolwiek powie, to natychmiast wzbudza histerię. Jeszcze jest tylko prezydentem elektem, a już się go obwinia za wszelkie zło świata. Przejrzałem kilka artykułów, jakie ukazały się w polskiej prasie na temat prezydenta elekta. Prawdę powiedziawszy, to większość z nich pisze o nim nieuczciwie, nawet bardzo nieuczciwie. Fakt, do anioła to mu daleko, ale po tych artykułach można myśleć o Bolsonarze, że jest chorym na umyśle faszystą. Jedynie rzeczowy, na szczęście, był artykuł w Gościu Niedzielnym, z 8 listopada. Wcale mnie to nie dziwi, że świat pisze o nim źle. Chce Brazylii normalnej, uczciwej. Dzisiaj to najwyraźniej największe przestępstwo.

Od samego początku Bolsonaro nie miał łatwo. Był powszechnie blokowany przez wszystkiego media. Pamiętam, jak jednego razu przyleciał do Manaus na jakieś spotkanie. Na lotnisku powitały go tysiące osób. Potem w karawanie setek samochodów został przewieziony do centrum miasta. Żadna z gazet i telewizji nawet o tym nie wspomniała. Natomiast jak do miasta przyleci jakaś tęczowa gwiazdka, to gadają o tym we wszystkich stacjach i piszą we wszystkich gazetach.

Ponieważ obrał w swojej kampanii formę najniższego kosztu, więc nie płacił, bo po prostu nie miał z czego, mediom za czas jemu poświęcany. Dopiero kiedy kampania wyborcza stała się oficjalna, od tego momentu kandydaci mają zagwarantowane darmowe minuty w mediach, zaczął się pojawiać.  Od tego też momentu popularność jego wśród Brazylijczyków, już i tak dosyć wysoka, błyskawicznie rosła, co oczywiście ogromnie martwiło jego przeciwników. Wtedy właśnie doszło do zamachu na życie Bolsonara. Zamach ów po dziś dzień pozostaje nie wyjaśniony, a od samego początku był bardzo tajemniczy. Doszło do niego w stanie Minas Gerais, w miejscowości Juiz de Fora. Brazylijczycy we wszystkim są ogromnie ekspresywni, a więc też i w polityce. Bolsonaro był niesiony ulicami przez tłumy zwolenników. Euforia byłą wielka, ludzie szczęśliwi. Nagle zbliżył się do niego zamachowiec i nożem kuchennym owiniętym w gazetę dźgnął polityka w brzuch. Na początku na filmach, dzisiaj wszystko jest sfilmowane tysiące razy, nie wyglądało to groźnie. Bolsonaro, ponieważ codziennie grożono mu śmiercią, ciągle chodził w kamizelce kuloodpornej. Nóż jednak wsunął się w jamę brzuszną tam, gdzie kamizelka się kończyła. Nie było widać od razu krwi, polityk na początku wydawał się zdumiony, dopiero potem zaczął reagować na ból. Stąd też media komunistyczne pisały, a nawet do dziś tak czynią, że wszystko to było inscenizacją. No cóż, trochę trudno udawać głęboką na 12 centymetrów ranę w brzuchu, poprzecinane jelita, dwie czy trzy operacje i trzytygodniowy pobyt w szpitalach, a potem długą rekonwalescencję w domu. Zamachowcem okazał się niejaki Adelio Bispo de Oliveira. Niby chory psychicznie, próbował zabić kandydata na prezydenta, bo tak mu kazał jakiś bóg. Niby nie było żadnej inspiracji politycznej. Tu właśnie wszystko jest tajemnicze. Adelio był kiedyś członkiem jednej z komunistycznych partii. Podobno się z niej wypisał, bo była za mało komunistyczna. Przez lata całe był bezrobotny. Okazało się jednak, że od miesięcy jeździł za Bolsonaro po wszystkich miastach, gdzie ten odbywał swoje spotkania wyborcze. Takie latanie po Brazylii, goszczenie się po hotelach, posiadanie komputera i kilkunastu telefonów jest jednak nieco kosztowne i jak było stać na to bezrobotnego od kilku lat człowieka? Pytań jest wiele. Nie ma za to do dziś na nie odpowiedzi. Najdziwniejsze zaś jest to, że bronią go aż czterej adwokaci z najdroższej kancelarii prawnej w Brazylii. Nie chcieli zdradzić, kto ich opłaca. Powiedzieli tylko, że jakiś anonimowy dobroczyńca przejęty losem zaszczutego przez prawicę biednego człowieka.

Zdecydowanie Bolsonaro nie jest idealnym kandydatem na prezydenta Brazylii. Pisałem w poprzednim liście o moich zastrzeżeniach co do niego. Ale spośród tych, którzy do wyborów startowali, był najlepszy. W czasach tak wielkiego chaosu, korupcji, demoralizacji i kryzysu, może się okazać, że będzie dobrze rządził tym krajem. Oby tak było.

Bolsonaro

Manaus, 5. 11. 2018

Wybory prezydenckie w Brazylii wygrał Bolsonaro. Prawdę powiedziawszy nigdy jeszcze w moim życiu nie widziałem tak brutalnych wyborów, jak te ostatnie. Wybierano w nich gubernatorów poszczególnych stanów, deputatów federalnych i prezydenta. Walka była bardzo zajadła. Już od dłuższego czasu w Brazylii rosła niechęć do komunistów. Dziwię się, że tak długo to trwało, że aż trzeba było kraju doprowadzonego prawie do bankructwa i upadku moralnego, aby w końcu przejrzeć na oczy. Ostatecznie komuniści przegrali. Mieli tylko zwycięstwa w jednym stanie amazońskim, w Para i całym nordeste, czyli północno-wschodnim, najbiedniejszym rejonie kraju. Ludzie tam po prostu się bali nowej rzeczywistości, bo przez całe lata rządów komunistów właściwie utrzymywani byli przez państwo. Głosowali więc na kandydata komunistycznego. Straszono ich, że jeśli komuniści przegrają, to oni stracą swoje zapomogi.

Wyjaśnianie polityki brazylijskiej zupełnie przerasta moje możliwości. Jest ona chyba najzwyczajniej niewytłumaczalna. Jeśli czytelnik zauważy sprzeczności, to niech po prostu czyta dalej z cierpliwością. Tak tu jest i nic na to nie poradzę. Nowy prezydent Brazylii nazywa się Jair Messias Bolsonaro. Te jego imiona są dosyć symboliczne. Pierwsze, Jair, to na cześć jakiegoś słynnego piłkarza z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, wymyślone było przez ojca. Messias zaś, czyli Mesjasz, to imię wybrane przez matkę, która była, a właściwie jest, bo nadal żyje i ma się dobrze, bardzo religijną kobietą. Nie dziwmy się, że nowy prezydent też jest katolikiem. Jako jedyny z wielu kandydatów na prezydenta jest przeciw aborcji, ale nie dostał oficjalnego poparcia tutejszej konferencji biskupów. Jest uważany za prawicowca i konserwatystę. Głosi pochwałę tradycyjnej rodziny, chociaż nie wiem jak on ją dokładnie rozumie, bo ma już trzecią żonę. Ma pięcioro dzieci. Jest za posiadaniem i noszeniem broni przez wszystkich obywateli. Tego doprawdy bardzo się boję, bo i tak na ulicy tej broni jest zdecydowanie za wiele. Jako jedyny z tutejszych ważniejszych polityków nigdy nie był nawet podejrzany o korupcję. To w brazylijskich warunkach bez wątpienia jest już wystarczającym argumentem dla jego kanonizacji. Jego slogan wyborczy brzmiał: „“Brasil acima de tudo, Deus acima de todos”, czyli Brazylia nade wszystko, Bóg nad wszystkimi. Strasznie go za ten slogan prześladowano, jacyś chorzy dziennikarze wypisywali, że tak też wykrzykiwał Hitler. Tymczasem jest to po prostu zawołanie elitarnego oddziału spadochroniarzy, w którym kiedyś służył Bolsonaro. Ma zresztą stopień kapitana. Na kampanię przedwyborczą wydał 2,5 miliona reałów, co oznacza, że wydał najmniej w historii wolnych wyborów. Jego kontrkandydat komunista wydał dwadzieścia razy więcej. Był niesamowicie wręcz szkalowany. Ponieważ jest człowiekiem prostym i bezpośrednim, więc swoimi wypowiedziami, nie zawsze najszczęśliwszymi, prowokował co nie miara. Od razu widać, że nie ma nawet najmniejszego zamiaru bawić się w poprawność polityczną. W kraju i zagranicą wyzywano go od faszystów, dyktatorów, debili i homofobów. Miesiąc przed wyborami doszło do zamachu na niego i został poważnie ranny nożem w brzuch. To sprawiło, że został w sumie wykluczony z kampanii w jej najważniejszym momencie. Nie na wiele się to zdało i na pewno autorzy tego zamachu byli nieźle wkurzeni na samych siebie, bo Bolsonaro, chociaż musiał ten czas spędzić w szpitalach i potem w domu, tylko na tym zyskał. Zintensyfikował swoją kampanię w Internecie. Sam zamach jest tematem wyjątkowo ciekawym i tajemniczym, może uda mi się o tym napisać osobny tekst. Ostatecznie zwyciężył. Zobaczymy, co uda mu się wyrządzić. Ostatnio BBC opublikowało dane, które pokazują realny obraz sytuacji. I nie daje on powodu do karnawału. Wskaźnik rozwoju gospodarczego w 2017 roku Brazylia miała najniższy ze wszystkich krajów latynoamerykańskich. Oczywiście Wenezuela nie jest w tym zestawieniu uwzględniania. Dług wewnętrzny osiągnie w tym roku 160 bilionów reałów.  Bezrobocie też jest największe. Właściwie to nie, bo gorzej jest jeszcze na Haiti. Tych danych mógłbym podać jeszcze bardzo wiele. Pokazują, że sytuacja jest bardzo trudna i nowy prezydent będzie miał życie trudne. Obejmie prezydenturę pierwszego stycznia 2019 roku. Pierwsze, co zrobił, to zadzwonił do proboszcza katedry w Brasilii, stolicy kraju i siedziby rządu, i uzgodnił Mszę Świętą przed wszystkimi innymi uroczystościami.

Bazylika Wiecznego Boga Ojca.

Manaus, 23. 10. 2018

Tym razem poznajmy Sanktuarium Odwiecznego Boga Ojca, w którym wkrótce zawiśnie największy dzwon świata wyprodukowany w Polsce. Ciągle odkrywam nowe więzy polsko-brazylijskie i te o dzwonie i bazylice są wyjątkowo piękne.

Może najpierw o tym, co mieści się w sanktuarium. Powstało ono z powodu małego, drewnianego medalionu przedstawiającego Koronację Najświętszej Marii Panny. Przedstawia całą Przenajświętszą Trójcę, która wkłada na głowę Maryi koronę. Jakoś jednak najbardziej od samego początku uwagę wiernych skupił na sobie Bóg Ojciec i tak właśnie pozostało. Nie mówi się o Trójcy Przenajświętszej, chociaż o Niej nie zapomniano i miejsce znalezienia medalionu zostało nazwane Trindade, czyli właśnie Trójca Przenajświętsza. Nie mówi się o koronacji Matki Bożej, chociaż to ona jest w centrum tego medalionu. Mówi się o ikonie Przedwiecznego Boga Ojca. Medalion został znaleziony na polu. Pewnego dnia, miej więcej 170 lat temu, małżonkowie Constantino i Ana Rosa pracowali na swoim polu. Constantino motyką zruszał ziemię, aby ją przygotować pod zasiew. Nagle natrafił na coś, co po oczyszczeniu okazało się właśnie medalionem. Był zniszczony, ale dało się rozpoznać poszczególne postacie i co przedstawiał. Constantino zabrał medalion do domu i umieścił w domowym ołtarzyku. Generalnie po dziś dzień każda szanująca się rodzina katolicka w Brazylii ma w swoim domu taki właśnie ołtarzyk, miejsce, gdzie nagromadzone są najróżniejsze święte figury i obrazy. Jak zaczęli się modlić, to zaczęły się też dziać rzeczy niezwykłe. Błogosławieństwo Boże wręcz się materializowało. Doszło do pierwszych cudów. Stąd też szybko znaleziony w polu medalion stał się sławny i chata Constantina e Any Rosy codziennie wypełniała się tłumami wiernych. Było to cudowne, ale dosyć kłopotliwe, bo zupełnie uniemożliwiało zwykłe życie rodziny. Wpadli więc na pomysł, aby zbudować coś na kształt kaplicy tuż obok domu. Tak się też stało. Zrobiono piękny ołtarzyk, a mała kaplica ze ścianami z gliny i dachem z liści palmowych przyciągała tłumy wiernych modlących się do Boga Ojca. Pewnego dnia Constantino postanowił odnowić medalion. Pojechał z nim do oddalonego o 120 kilometrów miasta Pirenopolis, gdzie poprosił tamtejszego artystę Veiga Valle o restaurację płaskorzeźby.  Ten jednak stwierdził, że byłoby to bardzo trudne i poradził, aby medalion zachować takim, jakim był. W zamian zaproponował zrobienie rzeźby dużo większej, przedstawiającej Przenajświętszą Trójcę koronująca Matkę Bożą. Tak się też stało. Kiedy rzeźba była już gotowa Constantino pojechał ją odebrać. Jednak nie miał pieniędzy, aby zapłacić artyście. Oddał mu więc swojego konia i wrócił na piechotę. To wydarzenie dało początek tradycyjnej pielgrzymce, Romaria, do sanktuarium na obchody nowenny przed odpustem. Dzisiaj w tej pielgrzymce biorą udział nieprzeliczone tłumy. Zawsze odwiedzają one dwa miejsca. Kościół główny, Igreja Matriz, gdzie znajduje się medalion oraz bazylikę, gdzie czczona jest rzeźba Boga Ojca. W jednym i drugim miejscu każdy wierny ustawia się w kilometrowych kolejkach do Fita do Bejamento, czyli szarfy ucałowania. Jako, że płaskorzeźba i rzeźba znajdują się wysoko w ołtarzach, to od nich schodzi w dół właśnie owa szarfa. Każdy z wiernych bierze jej koniec, dotyka nią głowy i całuje. Na tym nie koniec jeszcze ze wstążkami. W podziemiach bazyliki znajduje się grota wstawiennictwa. Tam właśnie każdy z wiernych pozostawia swoją wstążkę, która symbolizuje jego modlitwy zanoszone w tym miejscu. Są tam więc całe tony wstążek. W tym wypadku można więc powiedzieć, że widzi się modlitwę tych wszystkich pielgrzymów.

Sanktuarium Przedwiecznego Boga Ojca w Trindade, w Goias, jest jedynym na świecie o takim tytule. W 2006 roku papież Benedykt XVI nadał temu sanktuarium godność bazyliki mniejszej. Obecnie sanktuarium przeżywa wyjątkowy rozwój. Pielgrzymują do niego tłumy wiernych. Ich liczba rośnie z roku na rok. Stąd właśnie pomysł o zbudowaniu nowego sanktuarium. Projekt jest bardzo śmiały i na pewno jeszcze przez wiele lat będzie on realizowany. To właśnie w tej nowej bazylice zawiśnie polski dzwon, Głos Boga Ojca.

Głos Boga Ojca

Manaus, 09. 10. 2018

Wprawdzie chciałem już pisać o aktualnych wyjątkowo dramatycznych wyborach prezydenckich w Brazylii, to jednak postaram się być bardziej cierpliwy i poczekam na ich ostateczną rozgrywkę, czyli drugą turę. Odbędzie się ona 28 października i wszystko wówczas się wyjaśni.

Tematów nie brakuje i dziś zajmiemy się tym największym na świecie dzwonem, co to został odlany w Polsce i będzie wisiał w jednym z sanktuariów Brazylii. Czytaliśmy o tym w ostatnim numerze W Rodzinie, w dziale „Dobre wiadomości…” Warto jednak poznać jego historię nieco dokładniej i umieścić ją w kontekście brazylijskim.

Od czternastu lat najróżniejsi Brazylijczycy nieustannie mnie przekonują, że tutaj wszystko musi być największe, albo przynajmniej na miarę kontynentalnych rozmiarów tego kraju. Ogromnie się zdenerwowali, kiedy świebodziński Chrystus zdyskwalifikował tego z Rio de Janeiro. Nie potrafią do dziś tego przełknąć i aby ukoić swoje obrażone serca zawsze z dumą mówią: „Wasz może i jest większy, ale nasz jest najpiękniejszy.” Nie ma jak z nimi w tej estetycznej kwestii dyskutować.

Wcale mnie nie zdumiało, że nagle wszyscy zaczęli pisać, że największy dzwon na świecie będzie w Brazylii. Też mnie nie zdumiało, że został on wyprodukowany w Polsce, bo przecież jesteśmy w tej dziedzinie niedoścignionymi mistrzami. Będzie on wisiał na ponad stumetrowej wieży sanktuarium Odwiecznego Boga Ojca w Trindade. Coś tam kiedyś o tym miejscu słyszałem, ale nie za wiele i nic konkretnego. Trindade jest w Goias, bardzo daleko ode mnie i raczej trudno mi będzie tam pojechać z jakąś pielgrzymką. Nie mniej na pewno wszelkimi informacjami, jakie zdobędę o tym sanktuarium z czytelnikami W Rodzinie się podzielę. Najpierw może jednak o dzwonie.

Giganta wyprodukowała, jak to już na pewno wszyscy w Polsce wiedzą, słynna firma ludwisarska z Czernicy z okolic Rybnika. W Brazylii pisali, że został on wyprodukowany w Krakowie. To chyba dla tego, że dla wielu tutejszych katolików Kraków jest synonimem samych najświętszych osób, rzeczy i zjawisk. Podobno o możliwość wyprodukowania tego dzwonu biły się największe i najsłynniejsze firmy z całego świata. Jednak ojcowie redemptoryści, bo to oni właśnie opiekują się tym sanktuarium, od razu pojechali do Polski i u nas złożyli zamówienie. Podobno dzwon też miał być na początku stutonowy.  Jednak ostatecznie zaplanowano go na 55 ton. Po wielu modlitwach, projektach, testach, symulacjach, konsultacjach i pracach narodził się Vox Patris, czyli Głos Ojca. Ma średnicę 4,5 metra i lekko ponad 4 metry wysokości.  55 ton waży sam dzwon. Jego zawieszenie będzie ważyło kolejne 12 a serce będzie miało 2 tony. Aż trudno mi to sobie wszystko wyobrazić. Chyba jeszcze bardziej fascynująca była sama jego produkcja. Dzwon odlewa się za jednym razem. Na pewno ktoś tę produkcję udokumentował. Nie mniej spróbujmy sobie wyobrazić jak zdołano przetopić prawie sześćdziesiąt ton metalu, jak to za jednym razem wlano do gigantycznej formy. Na pewno wielu inżynierów nieźle się napracowało i nagłowiło przy tym projekcie.

Głos Ojca ma podobno przepiękny, głęboki dźwięk. Zrobiono już bowiem pierwsze testy. Wiadomo, że będzie rozbrzmiewał przez siedem minut i to jest dowodem na jego unikalność i wielkość. Ma już też zrobione zdobienia. Są to płaskorzeźby, które przedstawiają historię sanktuarium Odwiecznego Boga Ojca. O tym jednak napiszę w kolejnym liście.

Dzwon już prawie gotowy, a jego dzwonnica jeszcze nie. Przypuszczam, że ona też będzie jakimś architektonicznym arcydziełem. Będzie nie tylko musiała wytrzymać wagę dzwonu, ale też pomieścić ogromny mechanizm do jego rozbujania. Podobno przewidziane są jakieś cztery wielkie silniki.

#salvamoslasdosvidas

Manaus, 15. 09. 2018

Przyznam, że Polska, jeśli chodzi o sprzeciw wobec gender i walkę o obronę życia, uchodzi za przykład. Stąd też cały czas z głębokim niepokojem obserwowałem to, co się działo do tej pory w Brazylii i w całej Ameryce Południowej w kwestii obrony życia. Wystąpienia zwolenników aborcji były coraz bardziej agresywne. Propagowanie aborcji odbywało się dosłownie wszędzie i miało to zawsze poparcie państwa, wszelkich wpływowych instytucji i znanych osobistości. Odbywało się to w szkole, na uniwersytecie. Pokazywano to jako postępowe i konieczne, aby rozwiązać problemy tego kraju. Nawet popierani przez Kościół Katolicki politycy otwarcie opowiadali się za aborcją i nic tragicznego w tym nie widziano. Miałem wrażenie, że nikt nic nie robi, sprawa jest przegrana, trzeba pogodzić się z tym, co jest, spuścić głowę i odejść. Na szczęście Argentyna pokazała, że jest inaczej i to bardzo inaczej. Za Argentyną na pewno pójdą i inne kraje.

Jak to się stało, że Argentyna, która boryka się z tak wieloma problemami, zwłaszcza z korupcją i uzależnioną od kaprysów wielkich kapitałów rozchwianą ekonomią, tak odważnie i mocno była w stanie wypowiedzieć się za życiem i wygrała walkę, która w sumie wydawała się już prawie przegrana? Bez wątpienia jest to ogromnie ciekawa historia.

Najpierw połączono siły. Tutaj do walki o życie stanęli dosłownie wszyscy, dla których jest ono darem Boga. Katolicy i ewangelicy wszelkich możliwych Kościołów. To właśnie ewangelicy wymyślili akcję: „Salvemos las dos vidas” czyli „Uratujmy dwa życia”. Chociaż nie popieram części tej akcji mówiącej o środkach antykoncepcyjnych, to druga część, która podkreśla wartość życia matki i życia dziecka, była doskonałym pomysłem. Czemu doskonałym, skoro dla nas jest to oczywiste? Bo wytrąciło to z rąk zwolenników aborcji ich najcięższe i najczęstsze argumenty oraz zdemaskowało całą ich manipulację. Mówią oni zawsze o życiu kobiety. Podkreślają, że ona jest tu ofiarą, porzuconą i bezbronną, bez pomocy. Tymczasem akcja „Salvemos las dos vidas” pokazała, że istnieje możliwość ocalenia dwóch żyć. Istnieje już bardzo wiele form pomocy matce i jej jeszcze nienarodzonemu dziecku. Kobiety w ciąży, nawet te w najbardziej skomplikowanych sytuacjach, nigdy nie były i nie są pozostawione samym sobie.

Zadbano też o propagandę, reklamę czy też pijar tegoż przedsięwzięcia. Wszelkie prawdziwie wolne media nadawały, bardzo pięknie zrobione, materiały o życiu, jego wartości i nienaruszalności. Oczywiście wielkie i wpływowe media pozostały na usługach politycznych poprawności. Na szczęście w dobie Internetu i mediów społecznościowych stają się one coraz bardziej bezsilne. Stąd też coraz częściej się mówi o potrzebie kontroli Internetu. Wszyscy wiemy, o co tu tak naprawdę chodzi. Wyjątkowo piękna była pewna brazylijska piosenka stworzona już wiele lat temu przez jedną z członkiń katolickiej ewangelizacyjnej wspólnoty Cancao Nova. Teraz piosenka ta, o tytule „Direito de nascer”, czyli „Prawo do narodzenia się”, została nagrana w wersji międzynarodowej, głównie hiszpańskojęzycznej. Poszczególne fragmenty tej piosenki śpiewają znani piosenkarze z najróżniejszych krajów Ameryki Łacińskiej, ale pojawiają się też i inne kraje. Polski, niestety, nie dostrzegłem. Ale są nasi sąsiedzi Litwini. Piosenka ta stałą się hymnem, śpiewano ją na wszelkich demonstracjach i odniosła ona sukces w Internecie. Ci, którzy marzą o cenzurowaniu sieci na pewno byli bardzo zaniepokojeni ilością jej odtworzeń. Cała ta historia sprawiła, że w manifestacjach za życiem brało udział bardzo dużo ludzi młodych.

Do akcji przyłączyli się najróżniejsi specjaliści, naukowcy, zwłaszcza lekarze. Obalali jeden po drugim argumenty aborcjonistów. Ich wystąpienia były perfekcyjnie przygotowane. Był to poważny cios dla zwolenników aborcji. Do tej pory oni mieli monopol w tej dziedzinie.

Zaczęto też waloryzować polityków. No, może i różnie to można nazwać, jednak zawsze chodziło o pokazanie, że wyborcy są świadomi i patrzą na głosujące ręce polityków. Po miastach jeździły samochody z bilbordami, na których były napisy: „Panie Prezydencie! Obiecał Pan chronić każde życie!”, „Panowie rządzący, to nie wy decydujecie o życiu nienarodzonych. Tylko Bóg!”, „Panie senatorze! Głosując za życiem ma pan mój głos!”.

Chyba wszystkie kraje Ameryki Południowej stanęły z Argentyną do tej walki. Skoro Argentyna ją wygrała, to na pewno podobnie będzie i w innych krajach.

Pamiętacie, jak pisałem o zamieszkach, które zostały wywołane przez rozwścieczonych zwolenników aborcji w noc, kiedy to projekt ją dopuszczający został odrzucony przez senat argentyńskich. Doszło też wówczas do demolowania kościołów i profanowania świętych obrazów i figur Matki Bożej. Symbolem stał się obraz – mozaika Matki Bożej z Gwadelupe, który został oblany czerwoną farbą. Ktoś wpadł na świetny pomysł i czerwone plamy zamieniono w róże. To tak, jakby powtórzył się cud z różami, a Matka Boża swoim płaszczem okryła i ochroniła te wszystkie nienarodzone maleństwa.