Autobusem w Manaus.

Manaus, 25. 09. 2017

Często jestem pytany, czy u nas jest bezpiecznie. No cóż, nie zawsze wiem, jak odpowiedzieć. Bo wszystko zależy od skali, sytuacji, miejsca, czasu. Ja sam jeszcze nigdy nie byłem napadnięty. Raz wprawdzie byliśmy już w sytuacji dosyć groźnej. Pewnej nocy zostałem obudzony przez mojego Anioła Stróża. Wyraźnie czułem, że coś się dzieje dziwnego, niepokojącego. Nie zapalając światła wyszedłem z pokoju i zaraz po chwili usłyszałem delikatny hałas. Już chciałem go zignorować i wrócić do łóżka. Pomyślałem, że to po prostu jakaś ćma walczy z lampą, która jest umieszczona po zewnętrznej stronie drzwi. Kiedy jednak uważniej spojrzałem na drzwi, a obudzony w środku nocy każdy zazwyczaj potrzebuje momentu koncentracji, aby zacząć wszystko widzieć i słyszeć lepiej, zauważyłem, że były one nienaturalnie wybrzuszone i że to one tak właśnie delikatnie trzeszczały. Zawrzał we mnie gniew, bo wiedziałem od razu, że to ktoś od zewnątrz starał się je wyważyć. Krzyknąłem i złodziej zaraz uciekł. Ja zaś musiałem następnego dnia zamówić nowe drzwi, bo te już były bardzo nadwyrężone i na pewno kolejnego testu wytrzymałości nie przetrwałyby.

Tak to właśnie, ten jeden, jedyny raz, otarłem się o niebezpieczeństwo. Natomiast nasi parafianie mogą opowiedzieć już nieco więcej. Niestety, czasami są to opowieści wyjątkowo dramatyczne. Najwięcej zaś takich dramatów zdarza się w autobusach. Bandyci upodobali sobie zwłaszcza właśnie publiczne środki transportu i jak na razie, działają w nich zupełnie swobodnie. I nie chodzi tutaj o drobnych złodziejaszków, którzy po cichu wyciągają komuś portfel z tylnej kieszeni spodni.

W naszym mieście, pewnie tak jest w całej Brazylii, mamy kilka typów autobusów. Są państwowe i prywatne. Te ostatnie należą do różnych firm, najczęściej wynajmowanych przez fabryki, aby dowozić pracowników. Państwowe linie mają zawsze po dwa typy pojazdów. Wielkie, przegubowe autobusy poruszają się pomiędzy terminalami, które znajdują się w różnych punktach miasta. W terminalu można zawsze się przesiąść na mniejszy autobus, który porusza się po różnych częściach dzielnicy. Normalnie taki system pozwala na szybką orientację, ale w Manaus to nie działa. Wszystkie te autobusy mają bardzo skomplikowane trasy i kiedy trzeba czasami jakiemuś naszemu gościowi wyjaśnić, jak ma dojechać do jakiegoś tam punktu w mieście, to nie umiem tego zrobić. Z wielu powodów. Raz, że są bardzo dziwnie oznakowane. Dwa, że nie ma zawsze wyraźnie oznaczonych przystanków. Wszyscy oczywiście wiedzą, gdzie taki autobus jedzie i gdzie się zatrzymuje. Dla nas jednak pozostaje to ciągle czymś trudnym do zgłębienia. Jeśli jadę autobusem, to dochodzę do głównej arterii komunikacyjnej naszej części miasta i tam wsiadam do głównej linii. A potem znów idę do mego celu. Nigdy nie przesiadam się na mniejsze autobusy, które zagłębiają się w wewnętrzne części dzielnic. Nawet nie zawsze wiadomo którymi drzwiami wsiadać do autobusu. To znaczy wiadomo, przednimi albo tylnymi. Wszystko zależy od tego, gdzie jest umieszczony kołowrotek. Nie mam tutaj biletów. Wsiadając do pojazdu trzeba zapłacić za przejazd i przechodzi się przez taki właśnie kołowrotek. Stąd też każdy autobus ma kierowcę i tak zwanego cobradora, czyli poborcę opłaty. On to właśnie uruchamia kołowrotek, aby umożliwić przejście dalej, w głąb autobusu.

Generalnie wszystkie te autobusy są w fatalnym stanie technicznym. Często, w nocy, a tutaj już mamy ciemno od 18.00, można natknąć się na takie autobusowe widmo, które nie ma nawet jednego światełka. Co oczywiście nie przeszkadza mu pomykać dziarsko ulicami z zawrotną prędkością. Zawsze, kiedy coś takiego widzę, dostaję zawału serca. Tym bardziej, że z ich hamulcami też różnie bywa. Bandyci napadają na wszelkie typy autobusów. Polega to na tym, że wchodzą jako „normalni” pasażerowie. Kiedy pojazd ruszy, to wtedy wyciągają broń i przykładając ją do głowy jakiemuś wybranemu pasażerowi, zbierają od ludzi wszystko, co przedstawia jakąkolwiek wartość.  Takich napadów ostatnio jest w Manaus, mniej więcej jedenaście na dobę. Czy to dużo? W Rio de Janeiro jest ich dziennie 110. Stąd można by powiedzieć, że w Manaus nie mamy wcale tak złe. Wszystko właśnie zależy od skali, sytuacji, miejsca, czasu.

Wyniszczanie Indian.

Manaus, 12.09.2017

Bez wątpienia z wielu tragicznych ludzkich historii najbardziej smutna jest ta indiańska. Indianie, którzy są pierwotnymi mieszkańcami obu Ameryk, praktycznie są już na wymarciu. Wyniszcza się ich we wszelkim tego słowa znaczeniu. Doszło do tego, że kiedy Indianie przenoszą się do miast, to robią wszystko, aby nie wydało się, że są Indianami. Czasami jest to nawet zupełnie możliwe. Ponieważ w Brazylii jest teraz dużo ludzi pochodzenia azjatyckiego, więc zamiast przyznawać się do swych indiańskich korzeni mówią, że mają w sobie domieszkę krwi japońskiej, koreańskiej, chińskiej. Nie ma gorszej obelgi niż powiedzieć do kogoś „indio”, czyli właśnie Indianinie. W naszym seminarium duchownym jest kilku kleryków z odległych gmin i diecezji naszego stanu, w tym z Sao Gabriel da Cachoeira. Są Indianami, ale nigdy nie wolno tego zauważyć, zagadać, zapytać o cokolwiek, bo zaraz są wielkie obrazy. Taka mieszanka poprawności politycznej, uprzedzeń, głupoty ludzkiej i bezsilności. Po części to rozumiem, po części nie. Jako rasa przeszli i przechodzą dalej przez morze upokorzeń. Jednak my nie zamierzamy do tych prześladujących ich ludzi dołączać, a jednak jesteśmy, już przez samo pochodzenie z Europy i białą skórę, wrzucani automatycznie do jednego worka.

Ostatnio doszło do kilku wydarzeń, które, niestety, włączają się w to wyniszczanie Indian. Najpierw to, że obecny prezydent Michel Temer wydał dekret likwidujący jeden z najcenniejszych rezerwatów, jakie znajdują się na terenie Amazonii. Jest tam wszystko, co dał nam Pan Bóg w naturze. Dziewiczy tropikalny las z niezbadanymi jeszcze gatunkami roślin i zwierząt, zamieszkiwany przez kilka plemion. W tym takie, które w praktyce nie utrzymują kontaktów z cywilizacją. W ziemi, pod lasem zaś znajdują się najróżniejsze skarby w postaci obfitych złóż złota, miedzi, tantalu, manganu, żelaza. Jakimś tajemniczym zbiegiem okoliczności jako pierwsza gotowa do wydobywania tego wszystkiego, już w dniu ogłoszenia prezydenckiego dekretu, okazała się jakaś firma kanadyjska. Najwyraźniej wszystko było wcześniej zaplanowane, a być może nawet poszły za tym jakieś gigantyczne łapówki. Amazonia musi pozostać nienaruszona. O ile można jeszcze w takich kategoriach się wyrażać, bo ona jest już bardzo naruszona, wycięta, przekopana i wyeksploatowana. Wycinanie drzew w Amazonii powoduje nieodwracalne zmiany na całej ziemi. Las tropikalny jest bardzo delikatny. Kiedy się patrzy na te olbrzymie drzewa, na ścianę zieloności, to trudno sobie wyobrazić wykarczowanie tego. Tymczasem, kiedy zetnie się jedno drzewo, inne lecą za nim jak domino. Na dodatek pod cienką warstwą liści właściwie nie ma gleby. Natychmiast dochodzi do erozji, woda wypłukuje w piasku wąwozy. Zaraz też jest w tych miejscach susza, a więc nadchodzi śmierć. Indianie tam mieszkający, prędzej czy później, wymrą.

Druga wiadomość, dużo bardziej tragiczna, to wymordowanie Indian z plemienia zupełnie nie utrzymującego kontaktu z cywilizacją. Zabito w bestialski sposób dziesięć osób, w tym kobiety i dzieci. Dokonali tego tak zwani garimpeiros, czyli mężczyźni, którzy nielegalnie zajmują się wydobywaniem złota w dżungli. Plemiona indiańskie są bardzo małe, czasami właściwie to jest jedna rodzina. Plemię, o którym mowa, w sumie jeszcze nie zbadane, mogło mieć góra pięćdziesiąt członków. Trzeba więc tu mówić o zagładzie. Zwarzywszy, że w głębi Amazonii bardzo często dochodzi do takich sytuacji, ale świat o tym nigdy się nie dowiaduje, to wszystko staje się jeszcze bardziej tragiczne.

Nie wiem, czy ktoś ma pomysł na to, jak uratować Indian i Amazonię. Bo jak do tej pory, to nikomu się to nie udaje.

Wenezuela I

Wiadomo, że Wenezuela przeżywa bardzo głęboki kryzys. Ponieważ jest to sąsiad Brazylii, a za czasów poprzedniego, komunistycznego rządu, a dokładniej za rządów pana prezydenta Luli i pani prezydent Dilmy, był to jeden z największych sojuszników, więc ciagle się tutaj mówi o tym kraju. Najpierw to, że są tam kłopoty z demokracją i to raczej bardziej winną stroną jest oczywiście opozycja. Potem delikatnie ostrzegano Maduro, prezydenta Wenezueli. W międzyczasie wychodziły na jaw wielkie afery o gigantycznych inwestycjach, jakie rząd Brazylii, poczynił w Wenezueli. Oczywiście, były to prezenty od jednego towarzysza dla drugiego, za które zapłacił podatnik brazylijski. Na dodatek Wenezuela winna jest najróżniejszym brazylijskim firmom sumy wprost niewyobrażalne.

Nie ma się więc co dziwić, że wielu Wenezuelczyków ucieka z kraju. Oczywiście, najwięcej ich pojawia się w stanie Roraima, który graniczy z Wenezuelą. Tam dochodziło już do najróżniejszych sytuacji. Kwitł handel przygraniczny, dawało to nawet Brazylijczykom szanse na dobry biznes. Potem granica była zamknięta, co spowodowało wiele tragedii. Niektórzy Brazylijczycy zostali uwięzieni po tamtej stronie. W kocu ruszyła lawina emigrantów. Bardziej bogaci i lepiej wykształceni obrali, jako swoja nową ojczyznę, Panamę, Ekwador lub Chile. Wielu też, przez Roraimę dotarło do Amazonas, do Manaus. Kiedy kilka miesięcy temu wyrabiałem sobie na policji federalnej nowe dokumenty na kolejne lata, to spotykałem tam tłumy Wenezuelczyków, którzy składali wnioski o przyznanie im statusu uchodźcy. Byli bardzo źle traktowani przez funkcjonariuszy policji. Nie znali jeszcze portugalskiego, a ich hiszpański najwyraźniej drażnił federalnych. W sumie to jeden drugiego zrozumie, nie jest to takie trudne, jeśli jest dobra wola. Tam niestety jej najwyraźniej nie było.

Tak było z białymi emigrantami. Natomiast zupełnie inna sytuacja jest z Indianami z plemienia Warao. Ci pewnego dnia, jak to powiedzieli dziennikarzom, stwierdzili, że „Wenezuela się skończyła” i ruszyli na południe. Całymi rodzinami opuszczali swoje rezerwaty. To tak, jakby w ich duszy odezwały się pradawne obyczaje. Nie przejmowali się granicami i paszportami. Dawniej, jak brakowało pożywienia, to plemiona przenosiły się po prostu w inne miejsca lasu. Tym razem dotarli do Manaus i zamieszkali w miejskiej dżungli, w której najwyraźniej jakoś się tam odnajdowali. Porozbijali swoje obozowiska w najróżniejszych punktach miasta, a zwłaszcza pod wiaduktami i mostami. Rozpalali ogniska, gotowali jedzenie, robili pranie i suszyli je, gdzie popadło. Wszędzie biegały radosne dzieciaki. Wszędzie też rozrzucali tony śmieci. Od razu nasz diecezjalny Caritas, wraz z osobami z duszpasterstwa Indian i duszpasterstwa emigrantów otoczyli ich opieką. Na dodatek, co w sumie bardzo mnie zdziwiło, bardzo pozytywnie i szybko zareagowała prefektura. Być może obawiano się jakiejś epidemii. W swoich różnych, wolno stojących z powodu kryzysu budynkach, umieściła Indian. Postawiono im też pewne warunki. Między innymi chodziło o to, że nie mogli więcej żebrać na ulicach, mieli lepiej pilnować swoje dzieci, poddać się badaniom lekarskim, a po zrobieniu dokumentów, mieli ofiarowanymi im przez rząd transportami powrócić do Wenezueli. To ostatnie chyba się jednak nie udało. Wielu, obładowani, z licznymi pakunkami, wsiadało radośnie do autobusów, które miały ich przez Boa Vista dowieźć do granicy. Jednak po jakimś czasie powrócili, już bez pakunków, za to ze swoimi kolejnymi krewnymi. Jak na razie, problem nie został rozwiązany. Wszystko też wskazuje na to, że w Wenezueli też on jeszcze będzie miał swoje kolejne odsłony.

Powroty…

Już jestem w Manaus. Podróż, jak zawsze, odbyła się z niewielkimi przygodami. Moje samoloty nigdy nie latają tak, jak to w momencie kupowania biletu jest planowane, więc kilkugodzinne opóźnienia zupełnie nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. A ponieważ zawsze mam co robić, więc wykorzystałem skrupulatnie lotniskowe nadgodziny na modlitwy i lektury. Raz jeszcze dziękuję wszystkim, którzy w Polsce mnie przyjęli z wyjątkową gościnnością, życzliwością i hojnością. Bóg zapłać wszystkim!

W parafii od razu włączyłem się w wir zajęć, bo w niedzielę, a więc dwa dni po moim powrocie, mieliśmy bierzmowanie. To ma swoją, prawie dwuletnią historię. W zeszłym roku, kiedy to miało się ono odbyć w naszej parafii, ówczesny ksiądz biskup pomocniczy naszej diecezji Dom Mario Antonio został mianowany ordynariuszem diecezji w Rorarmie. Ponieważ właśnie na ten dzień, w którym zaplanowane było nasze bierzmowanie, wyznaczył objęcie swojej diecezji, więc my wypadliśmy z kalendarza. A nowe miejsce znalazło się dopiero po roku. Zresztą ksiądz biskup kilka razy tę datę jeszcze zmieniał. Stąd też do sakramentu przystępowało aż 113 naszych katechumenów. Celebracji przewodniczył i sakramentu udzielał nasz nowy biskup pomocniczy Dom Edimilson Tadeu. Jest on salezjaninem, więc w Manaus na pewno czuje się wyśmienicie, bo to miasto salezjańskość ma w swoich genach. Sama uroczystość trwała dosyć długo. Dom Tadeu z każdym bierzmowanym chwilę rozmawiał. Z kościoła wyszliśmy dopiero po trzech godzinach.

W Brazylii podczas mojej nieobecności dokonało się wiele zmian. Niestety, na gorsze. Chaos, bezrobocie, inflacja, przestępczość – to wszystko najwyraźniej bije coraz to nowe rekordy. Politycy jakby potracili już zupełnie wstyd i rozum. Jakby prześcigali się w szaleństwach. Powracając do Manaus wpadłem w sam środek nadzwyczajnej kampanii przedwyborczej na gubernatora. Dotychczasowy, Jose Melo, został odsunięty od władzy, jak to się tutaj mówi: „skasowany”, za kupowanie głosów wyborców. W sumie to nic nowego i wszyscy to robią, ale on zaprzągł do tego arcydzieła demokracji policję, która lekko przypominała różnym ludziom, na kogo mają głosować, a na kogo nie. Rzecz nabrała jeszcze większego rozgłosu za sprawą zielonoświątkowców. Kościoły te poparły masowo kandydaturę Melo, jednak kiedy on nie wywiązywał się z obietnic, to zaczęły się sypać donosy. Pojawiły się nagrania rozmów i wideo z materiałem, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości, iż wybory były bardzo zmanipulowane i kupione.

Manaus bez steru to jeszcze nie wszystko. W międzyczasie wystąpiono o odsunięcie od władzy nowego prezydenta Brazylii oskarżając go o przyjęcie łapówek. Jak na razie sprytnie się z tego wywinął. Kilka dni temu zaś został skazany na 9 i pół lat więzienia były prezydent Brazylii Lula. Oskarżony był o bardzo wiele, głównie o kierowanie przez dziesięciolecia całym schematem łapówek, za które, podczas swoich rządów kupował poparcie najróżniejszych polityków. Oczywiście używał do tego pieniędzy podatników, zwłaszcza państwowej firmy Petrobras, zajmującej się wydobywaniem, obróbką i handlem ropy naftowej oraz gazu. Jednak dowody na to były dla sędziów zawsze niewystarczające. Skazano go za przyjęcie łapówki, w sumie niewielkiej, jakieś trzy miliony złotych. Jedynie z tego nie zdołał się wymigać. Ma też zakaz, przez 19 lat, obejmowania stanowiska publicznych. Oczywiście wyrok nie jest prawomocny i najprawdopodobniej nie zostanie wtrącony do więzienie nigdy. Nie mniej skazanie Luli jest wyjątkowe. Lula jest jednym z najważniejszych symboli Brazylii. To tak, jakby nasz Wałęsa, chociaż dzisiaj to już nie wiem, czy to porównanie ma jakikolwiek sens. Lula przez lata walczył o prawa robotników. Wybrany prezydentem wyprowadził (podobno) miliony ludzi z nędzy. Kiedy namaszczona przez niego Dilma został odsunięta od władzy, to okazało się, że te miliony na powrót w nędzy się znalazły. Jak to wszystko zrozumieć?

Aparecida i sztuka.

Aby w miarę wyczerpać, a przynajmniej na jakiś czas zamknąć temat Matki Bożej z Aparecida, trzeba jeszcze napisać o Jej wpływie na kulturę i sztukę. Powstało wiele piosenek, muzykali i sztuk teatralnych oraz filmów. Powieści i poezji, oczywiście też powstało bardzo wiele i niemożliwe jest o tym wszystkim nawet napomknąć.

Bez wątpienia najbardziej znaną piosenką o Matce z Bożej z Aparecida jest utwór Romaria. Powstał chyba w 1977 roku, w ulubionym przez Brazylijczyków gatunku sertanejo, czyli brazylijskim country. Autorem jest bardzo popularny muzyk sertanejo Renato Teixeira. Słowa tej piosenki, są jakby modlitwą jakiegoś vaqueiro, czyli pastucha. Życie nasze, pełne pracy, planów, marzeń, ale także grzechów i błądzenia. Stąd autor tej piosenki prosi, aby Matka Boża z Aparecida oświeciła jego drogę, jego życie. Dla tego przybył do sanktuarium i klęczy u stóp Matki. Piosenka jest bardzo prosta, piękna i przejmująca. Często jest śpiewana przez najróżniejszych artystów brazylijskich. Nawet stała się swoistym hymnem pielgrzymów do Aparecida. Zdarza się też, że jest ona wykonywana w finale Mszy odpustowej 12 października. Ten moment ma iście hollywoodzką oprawę, bo Matka Boża w feretronie jest wynoszona do jej normalnego miejsca w bazylice, z sufitu spadają płatki róż i konfetti, ludzie rzucają kwiaty, a jakaś znana wielka gwiazda, z trudem panując z emocji nad swoim głosem śpiewa właśnie Romaria.

Filmów o Aparecidzie powstało bardzo wiele. Chyba najsłynniejszym a jednocześnie najnowszym, sprzed kilkunastu lat, jest „Aparecida: O Milagre” czyli „Aparecida: Cud”. Zaangażowano do niego same wielkie sławy aktorskie. Opowiada historię, rzekomo prawdziwą, o pewnym biznesmenie, który stracił wiarę, kiedy jego ojciec zginał podczas budowy sanktuarium. Chociaż jest bogaty to oczywiście bardzo nieszczęśliwy. Nie rozumie się z synem, żyje w separacji z żoną i ma kochankę, która też mu przysparza mnóstwa bólu i problemów. Pewnego dnia, po kolejnej kłótni, syn wsiada na motor, pędzi nocą z zawrotnymi prędkościami  i oczywiście dochodzi do wypadku. Szans żadnych na przeżycie nie ma. Leży w szpitalu cały połamany. Wtedy to nasz biznesmen jedzie do swej matki, która nadal mieszka w Aparecida u stóp sanktuarium i tam dowiaduje się, dlaczego jego ojciec pracował z takim oddaniem przy budowie. Chodziło o to, że urodził się jako bardzo słaby i chory, także bez szans na przeżycie. Jego ojciec uczynił obietnicę Matce z Aparecida. Jeśli dziecko przeżyje, to on, za darmo, będzie pracował przy budowie bazyliki. Tak też się stało. Wtedy to przypomniał sobie słowa swego ojca, który cierpliwie uczył go, że od Boga wszystko zależy, że On jest Panem naszego życia, że Jemu musimy zawsze okazywać wdzięczność. Cokolwiek się z nami dzieje, to zawsze On jest nad tym wszystkim. Wtedy nasz bohater błąka się nocą po okolicy i staje się świadkiem, jakby w jakiejś mistycznej wizji, cudownego połowu ryb. Zostaje jakby przeniesiony trzysta lat wstecz i oczywiście widzi, jak to rybacy z rzeki wyciągają figurkę Matki Bożej. W pewnym momencie z wiarą woła Boga i Boża Matkę i oczywiście wtedy dokonuje się cud. Jego syn, w sposób zupełnie niewytłumaczalny, nie tylko jest ocalony, ale nawet wychodzi potem ze szpitala na własnych nogach.

Sztuka sztuką a życie życiem. Ja już miałem okazję kilka razy słuchać podobnych historii. Nie potrzeba do tego było wielkiej poezji, bo ludzie w najprostszy sposób zawsze umieli wyrazić swoją wdzięczność Bogu. Zawsze też z wielką wiarą dawali świadectwo o tym, że Maryja jest naszą Matką!

Cuda w Aparecidzie.

Chojnice, 13. 05. 2017

Aparecida nigdy nie była miejscem objawień maryjnych. Często się o tym zapomina. Sama już nazwa Matki Bożej z Aparecidy sugeruje takie objawienie, bo słowo „aparecida”, znaczy pojawiona, objawiona, pojawiająca się. Już to zresztą wyjaśniałem. Natomiast bez wątpienia Aparecida jest miejscem bardzo wielu cudów. Właściwie to od cudów wszystko się zaczęło. Tę historię otwierają tak zwane „pierwsze cuda” i jest ich dziewięć. Są to cudowne zdarzenia z połowem ryb, świecami, niewidomą dziewczynką, niewolnikiem, jeźdźcem ateistą, uratowanym chłopcem i myśliwym.

Połów ryb. Też już o tym pisałem, teraz tylko w wielki skrócie, dla przypomnienia. Zaraz po wyłowieniu z rzeki cudownej figurki, jej naprawieniu i po modlitwach, jakie rybacy odmawiali w zaimprowizowanym oratorium, doszło do cudownego połowu ryb. Rybacy, w okresie, kiedy to ryb prawie w rzece nie było, wyciągali z wody takie ich ilości, że aż nie byli w stanie sami sobie z tym poradzić. Wystarczyło i na przyjęcie dla nowego gubernatora, i dla wszystkich w wiosce i okolicach. Ten cud jest pierwszy i najważniejszy. Jest swoistą katechezą. Kto jest wierny Bogu, tego Bóg nigdy, zwłaszcza w potrzebie, nie opuści. Matka Boża pojawia się, kiedy lud jest w trudnej sytuacji i spieszy z pomocą.

Cud ze świecami był już mniej spektakularny, nie mniej bardzo ciekawy. Filip, jeden z rybaków, którzy znaleźli figurkę, zatrzymał ją w swoim domu. Zorganizował nawet specjalną mini kaplicę. Chciał też zatrzymać Matkę Bożą dla siebie. Kiedy tłumy ludzi przychodziły się modlić, nie był z tego bardzo zadowolony. Wówczas Matka Boża mu wytłumaczyła, poprzez znak ze świecami, że nie może być tylko w jego domu i dla jego rodziny, Ona pojawiła się dla wszystkich. Kiedy więc Filip zapalał świece, te gasły, choć nie było żadnego wiatru. Kiedy chciał je ponownie zapalić, one zapalały się same. Dopiero uspokoiły się wtedy, kiedy do kaplicy wolny dostęp otrzymali wszyscy, którzy chcieli się modlić.

Po latach, kiedy kaplica w Aparecida stała się miejscem pielgrzymkowym, doszło do cudownego uzdrowienia pewnej niewidomej dziewczynki. Pielgrzymowała ona ze swoją matka do Matki Bożej. Możemy sobie wyobrazić, jak szła powoli, prowadzona przez swoją mamę. Nagle, w miejscu, skąd już można było w oddali dostrzec kaplicę, dziewczynka nagle stanęła i pokazują ręką spytała: „Mamo, czy to jest tamten domek, ta kaplica z Matką Bożą?” Matka oniemiała, bo dziewczynka nagle odzyskała wzrok.

Pewnego dnia z jednej z fazend zbiegł niewolnik. Oczywiście zaraz zaczął się za nim pościg. Kiedy go złapano, zakuto w kajdany, łańcuchy, pobito i prowadzono z powrotem do fazendy. Czekał go straszny los, bo generalnie zawsze ucieczka była surowo karana. W najlepszym przypadku biczowaniem, w najgorszym, aby dać innym nauczkę, śmiercią w męczarniach. Fazendeiro ze swoim odzyskanym niewolnikiem przechodzili w pobliżu kaplicy z Matką Bożą Aparecida. Niewolnik zaczął błagać swego właściciela, aby ten pozwolił mu się choć chwilę pomodlić. Otrzymawszy pozwolenie upadł przed ołtarzem, chwile się pomodlił i kiedy wstawał, z jego rąk i nóg opały kajdany i łańcuchu. Właściciel, który widział to wszystko, oniemiał, a potem wyzwolił niewolnika, który dalej u niego, już jako wolny człowiek pracował. Podobno stali się nawet wielkimi przyjaciółmi. A kajdany dzisiaj można oglądać w sali wotywnej. To dowód na to, że Matka Boża chce, aby wszyscy jej synowie byli ludźmi wolnymi od jakichkolwiek zniewoleń.

Ne wszyscy od razu byli czcicielami Maryi. Niektórzy nawet sobie z pobożności maryjnej drwili. Kiedyś jakiś człowiek chciał sobie zakpić z wszystkich czcicieli Maryi. Chciał wjechać na koniu do kościoła. Jednak kiedy kopyto końskie dotknęło pierwszego stopnia schodów, nagle jakby się przykleiło. Koń, unieruchomiony i przestraszony, wykonał jakieś gwałtowne ruchu i zrzucił jeźdźca. Ten po takim sprowadzeniu na ziemię nie miał innego wyjścia jak właśnie uwierzyć.  Cuda z myśliwym i chłopcem to dwa przypadki uratowania z wielkiego niebezpieczeństwa. Takich cudów zresztą jest bardzo wiele, a nawet kilku moich parafian mi opowiadało o tym, jak Matka Boża z Aparecida dokonała w ich życiu niezwykłych ingerencji, cudownie ratując im życie. Jedno jest pewne, Ona zawsze się pojawia, kiedyś ktoś jej pomocy przyzywa. Nigdy nikogo nie opuściła w potrzebie!

 

Nowe Sanktuarium.

 

Tym razem może opowiem o bazylice Narodowego Sanktuarium w Aparecida. Chodzi tu o nowe sanktuarium, bo tak ciągle się o nim mówi. Jest to już trzecia w kolejności świątynia zbudowana dla Matki Bożej z Aparecida. Właściwie powinienem napisać „budowana”, bo jej konstrukcja cały czas jeszcze trwa. Mówi się tym kościele „nowe sanktuarium”, bo kiedyś zaczęto tę budowę za miastem, w zupełnie nowym miejscu. Dziś oczywiście to już jest w mieście, bo wraz z nowym sanktuarium powstał cały olbrzymi kompleks. Jest to po prostu miasto pielgrzyma, w sumie to tak właśnie nawet się o tym mówi. Na początku minionego  wieku ruch pielgrzymów stał się tak wielki, że ojcowie redemptoryści zdecydowali się wówczas na budowę nowego sanktuarium. Po prostu nie było innego wyjścia. O projekt poproszono pewnego brazylijskiego architekta Benedita Calixta Neto. Ponieważ w Brazylii wszystko jest ogromne, więc i on stworzył projekt, który właśnie posiada takie gigantyczne, brazylijskie  rozmiary.

Prace zaczęto w 1952 roku. Najpierw przez dwa lata przygotowywano miejsce pod fundamenty. Chyba przestraszono się nieco tymi wykopami, bo potem prawie przez rok nie robiono nic. W sensie ścisłym budowa świątyni rozpoczęła się dopiero w 1955 roku. Najpierw budowano nawę północną, potem wieżę. Na jej konstrukcję elementy metalowe podarował ówczesny prezydent Brazylii Juscelino Kubitschek. Było to na pewno za namową jego żony. Po wieży przyszła kolej na kopułę centralną. Potem zbudowano kaplicę świec, nawę południową, wschodnią i w końcu zachodnią. Nie wspominam tutaj o licznych kaplicach. Sam budynek sanktuarium ma powierzchnię 72 tysięcy metrów kwadratowych. Długi jest na 173 metry i szeroki na 168. Cały kompleks zaś ma ponad półtora miliona metrów kwadratowych. Bez wątpienia jest to istny gigant. Wieża ma 107 metrów wysokości, kopuła 70 metrów. Nawy zaś ą wysokie na 40 metrów każda. Pod kopułą znajduje się 25 tysięcy metrów kwadratowych prezbiterium. Cóż za wspaniałe liturgie można zrealizować na tak wielkiej przestrzeni! Bez problemu bazylika mieści 30 tysięcy osób. Jest też przygotowana na celebracje na zewnątrz, gdzie jest miejsce dla 300 tysięcy pielgrzymów. Wokół bazyliki mamy jeszcze wzgórze z drogą krzyżową, parking, 400 sklepów i liczne restauracje. Na parkingu jest miejsce dla 2000 autobusów i tylko dla 3000 samochodów osobowych. Jest nawet miejsce dla koni, bo wielu pielgrzymów przybywa do sanktuarium używając jeszcze tego tradycyjnego środka lokomocji. Cały ten kompleks funkcjonuje dzięki 2000 pracowników. Rocznie przyjmuje ponad 12 milionów pielgrzymów. Zapewne w tym roku ta liczba będzie znacznie przekroczona.

O dekorację wnętrza bazyliki poproszono najsłynniejszego brazylijskiego artystę sakralnego Claudio Pastro. Nie doczekał niestety końca wszystkich prac, bo w zeszłym roku zmarł. Nie mniej to on jest autorem imponujących mozaik.

Bazylika to oczywiście przede wszystkim miejsce modlitwy. To wspaniałe celebracje dla wielkich tłumów. Jest też miejsce dla modlitwy w ciszy i skupieniu. Służą temu liczne kaplice. Refleksji także pomagają sale pełne wotów. Są tam fotografie uzdrowionych osób, tabliczki z podziękowaniami. To miejsce wypełnione Bożą obecnością. Z sanktuarium wyjeżdża się z pewnością bycia kochanym przez Bożą Matkę. Z Nią nic już nie jest trudne, ani straszne. Z Nią wszystko staje się prostsze. To doświadczenie jest dane każdemu pielgrzymowi.

Figura z Aparecidy.

Manaus, 22.04.2017

Chciałbym jeszcze napisać kilka zdań o figurce Matki Bożej z Aparecidy. Najpierw może o wrażeniu, jakie się ma, kiedy widzi się po raz pierwszy cudowną figurę. Nowa bazylika w Aparecidzie jest wyjątkowym gigantem. Na jej obejście potrzeba nie tylko dużo czasu, ale też sił fizycznych. O samej budowli, a właściwie o kolejnych sanktuariach, na pewno już wkrótce napiszę nieco więcej. Nie mniej, jak się wchodzi to tego sanktuarium, to oczywiście zaraz szuka się ołtarza z Maryją. Nie ma go. W pierwszym momencie można być nieco zawiedzionym i zdezorientowanym. Potem dopiero dostrzegamy, że cudowna figura znajduje się nad wejściem głównym, w maleńkiej niszy, ginąc zupełnie w tamtych wielkich przestrzeniach. Taka mała! Jest to rzeczywiście wyjątkowo maleńki punkcik. Jednak to ona przyciąga uwagę całej katolickiej Brazylii. Aby się dostać w pobliże cudownej figury, trzeba użyć bocznych schodów, iść oczywiście za strzałkami, zgodnie ze wskazywanym kierunkiem. Cierpliwie odstać w kolejkach. Przechodząc pod Maryją raczej nawet nie można się zatrzymywać. Wszechobecni świątynni porządkowi zaraz reagują, gdy ktoś chce dla siebie nieco więcej czasu. Tak przynajmniej jest w momentach pielgrzymich szczytów. Chodzi oczywiście o to, aby nie torować przepływu tłumów. Kolejki chyba tutaj nigdy się już nie kończą. Jest to jeden moment spotkania z Maryją Aparecida. Moment, który, jak to się później okazuje, zmienia całe życie wielu ludzi. Moment, który już niejednemu dał wieczność.

Figurka Matki Bożej z Aparecidy została prawdopodobnie wyrzeźbiona przez benedyktyna o imieniu Agostinho de Jesus. Jest dosyć mała, zaledwie 40 centymetrów. Chociaż z tymi danymi to już jestem trochę zdezorientowany, bo ciągle znajduję jakieś nieco odmienne informacje. Nie mniej jest to maleństwo. Nie jest ona ani bardzo oryginalna, ani jakimś wyjątkowym dziełem sztuki. Zwykła, prosta rzeźba w glinie. Chociaż uczeni mówią, że jest to rzeźba barokowa. Jest to jednak barok bardzo skromny. Dziś z trudem można rozpoznać rysy twarzy, zarys fałdów płaszcza ze spinką, włosów, kwiatów we włosach, diademu. W XVII wieku robiono podobno takich rzeźb bardzo wiele. Na przykład identyczna znajduje się w narodowym sanktuarium Argentyńczyków, w Lujan. Kiedyś prawdopodobnie była pomalowana. Kolor figury, podobnie jak rozmiar, też jest dla mnie swoistą tajemnicą. Mówi się, że jest ona czarna. Tak też najczęściej jest przedstawiana. Oryginalnie jest brązowa. Natomiast w opisie konserwatorów określa się jej kolor jako cynamonowy!  Na dodatek wyjaśniają, że niby zostało to spowodowane wpływem palących się i kopcących niemiłosiernie świec w kaplicach, gdzie byłą przechowywana. Dziś ma oczywiście przyozdobione drogocennymi kamieniami i perłami koronę i królewski płaszcz. Jednak sama figura materialnie to symbol ubóstwa. Duchowo zaś jest znakiem wyjątkowego bogactwa. Figura sama w sobie już nas może wiele nauczyć.

Taką figurkę Matki Bożej z Aparecida można spotkać dosłownie wszędzie. Jest ona w każdym katolickim domu. Niektórzy chwalą się posiadaniem „oryginalnej kopi”, tak to się tutaj nazywa. Oczywiście chodzi o faksymile. Coś takiego sprzedaje tylko oficjalny sklep sanktuarium. Kopia jest numerowana, zaopatrzona w certyfikat i najtańsza kosztuje coś około 500 zł. Jest jeden sposób, aby dostać taką figurę za darmo. Rektor sanktuarium ma taki obyczaj, że wysyła ją każdemu nowo mianowanemu biskupowi. Po za tym, we wszelkich sklepach z dewocjonaliami jest ona najczęściej sprzedawanym produktem. Oczywiście są takich figurek najróżniejsze rozmiary. Miniaturki i giganty. Najczęściej robiona jest z syntetycznej żywicy, ale oryginał jest gliny. Właśnie to stało się w pewnym momencie wielkim problemem. W 1978 roku, pewien protestant, pochwycił stojącą na ołtarzu figurę i chciał się z nią niepostrzeżenie wydostać z kościoła. Ktoś to zauważył, doszło do pogoni za złodziejem i w jakimś tam miejscu został dogoniony. W tamtym momencie, widząc, że nie da rady uciec ze zdobyczą, cisnął figurkę o ziemię. Gliniana, krucha rzeźba rozpadła się na dwieście fragmentów. Zrekonstruować ją było bardzo trudno, ale dokonała tego pewna artystka, dla której stałą się to okazją do głębokiego duchowego doświadczenia.

300 lat Aparecidy.

Manaus, 10. 04. 2017

Brazylia już od trzech lat przygotowuje się na 300-lecie pojawienia się Matki Bożej z Aparecida. Już kiedyś szczegółowo opisywałem tę historię. Wszystko zaczęło się w 1717 roku. Biedni rybacy zostali zobowiązani do dostarczenia ogromnej ilości ryb na bankiet wydawany z okazji nominacji nowego gubernatora. Już sama ich ilość, jaką sobie na to przyjęcie zażyczono, była szokująca. Jednak problem był o wiele większy, bo wówczas w rzece ryb nie było. Rybacy wiele razy wypływali, noc w noc, bez końca zarzucali sieci i nic. Jednego razu wyłowili z rzeki figurkę Matki Bożej. Była bez głowy. Wysupłali ją z sieci i oczyścili. Zastanawiali się, co to może oznaczać. Potem zarzucili sieć jeszcze raz i udało im się wyciągnąć głowę tejże figurki. Już to było swoistym cudem, bo figurka Maryi była bardzo mała, a więc takie skompletowanie całości poprzez wyciągniecie odłamanej głowy z dna rzeki wręcz niemożliwe. Zabrali do domu, porządnie oczyścili, naprawili i pomodlili się gorliwie. Następnego dnia, kiedy zarzucili sieci, ryb było tak wiele, że nie wiedzieli, jak sobie z tym nadzwyczajnym urodzajem poradzić. Ten cud zapoczątkował całą listę niezwykłych wydarzeń i w taki sposób Matka Boża Aparecida weszła w historię Brazylii. Na zawsze. Na całego. Na co dzień. We wszelkie dziedziny życia tego kraju. Jest obecna w każdym domu i każdym miejscu publicznym. Jej imię noszą miliony brazylijskich kobiet i nawet co niektórzy mężczyźni. Mamy tutaj Aparecidas i Aparecidos. Nawet najbardziej agresywni antymaryjni tutejsi zielonoświątkowcy siedzą cicho jeśli chodzi o Matkę Bożą z Aparecidy. Jej pozycja jest niekwestionowana. Jest po prostu Matką tego narodu. Matką, która zawsze pomaga. Jej imię Aparcida oznacza „pojawiona” (tak to odważę się przetłumaczyć), bo pojawiła się, gdy lud Jej potrzebował. Pojawiła się ciągle pojawia. Każdy ma tutaj swoje nabożeństwo do Aparecidy i wszyscy mogą opowiedzieć o swoich z nią, oczywiście nadzwyczajnych, doświadczeniach.

Nie ma więc w tym nic dziwnego, że przygotowania do jubileuszu 300-lecia przyciągnęły uwagę wszystkich. Nasza parafia też przyjęła pielgrzymująca po kraju figurę Matki Bożej. Gościła ona u nas cały tydzień. Teraz zaś najważniejsze rzeczy dzieją się w maryjnej stolicy Brazylii, w Aparecida. Każdego dnia realizowana jest tam wielka celebracja, bo w sumie codziennie jakaś diecezja dociera tam ze swoją pielgrzymką. Oczywiście i nasza amazońska diecezja też się tam wybiera. Dokona się to w połowie lipca. Kulminacją wszystkich obchodów będzie zaś wielka narodowa celebracja w uroczystość Matki Bożej z Aparecida, czyli dwunastego października. W naszej parafii wyjątkowo maryjnie będziemy w tym roku przeżywać nasz odpust. Będzie to już wprawdzie zakończenie roku maryjnego, ale naszą tradycja jest, aby co roku nasz odpust, a właściwie dziewięciodniowe rekolekcje parafialne, realizować zgodnie z głównymi duszpasterskimi tematami.

Przygotowania do jubileuszu to nie tylko modlitwy. Zaopatrzono nas w bardzo dobre materiały duszpasterskie. Robiliśmy więc i jeszcze zrobimy rekolekcje maryjne, różnego rodzaje formacje, a zwłaszcza katechezy. Przy okazji propagujemy najróżniejsze rodzaje maryjnej pobożności. W tym ostatnich latach bardzo wielu ludzi zainteresowało się, i wielu nawet tego dokonało, konsekracją Matce Bożej według „Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny” św. Ludwika Marii Grignon de Monforta. A trzeba przyznać, że to forma pobożności bardzo wymagająca.

Bez wątpienia Matka Boża z Aparecida jest wśród nas. Czujemy jej obecność w tym kryzysowym czasie i to dodaje nam siły i nadziei. Ona nam mówi: „Zróbcie wszystko co On wam powie” i wiemy, że tylko będąc posłusznymi Chrystusowi godnie przetrwamy te trudne doświadczenia. Ona, Aparecida, jest z nami.

 

Szkoła Wiary.

Manaus, 28.03.2017.

 

escoladafeblog

Dzisiaj chciałbym napisać kilka słów o naszej Szkole Wiary. Tak, mamy na terenie naszej parafii najprawdziwszą szkołę katolicką i w zeszłym miesiącu wypuściła ona w świat swoich pierwszych absolwentów. Balu na zakończenie wprawdzie nie było, ale uczciliśmy to małym poczęstunkiem. Natomiast radość była bardzo wielka, na miarę co najmniej zdanej z sukcesem matury.

Najpierw jednak może o tym, czemu taka szkoła powstała. W Brazylii jest pełno prywatnych szkół katolickich. Mamy przedszkola, podstawówki, gimnazja, szkoły średnie i uniwersytety. Niestety, w żaden sposób nie przekłada się to na wyższy poziom wiedzy religijnej. Muszą one, aby mieć pozwolenie na działalność, rygorystycznie przestrzegać neutralności. W praktyce oznacza to, że mogą uczyć wszystkich religii, ale katolickiej nie. Dochodzi jeszcze do tego szaleństwo poprawności politycznej. Nawet gdyby te katolickie szkoły czegoś tam katolickiego uczyły, to i tak nasi parafianie do takich nie chodzą, bo są płatne. Jedyną nadzieją na przekazywanie wiedzy religijnej jest parafialna katecheza. Tutaj też nie mamy wielkich sukcesów. Ponieważ pracujemy tylko w oparciu o wolontariuszy, więc nawet z tymi najbardziej wytrwałymi i gorliwymi, ciągle mamy kłopoty. Raz przyjdzie, raz nie. Raz się przygotuje do katechezy, dwa razy nie. Z reguły są to ludzie bardzo młodzi. Próbujemy w nich nieustannie inwestować, ale związane jest to z bardzo wysokim ryzykiem. Bo już tak się kilka razy zdarzyło, że wysyłaliśmy takich kandydatów na katechetów do szkoły katechetycznej. Nasza parafia za tę szkołę oczywiście płaciła. Niestety, po ukończeniu formacji nagle się okazywało, że ci ludzie musieli się przeprowadzić w inny koniec miasta. W ten sposób ciągle pozostawaliśmy z brakami katechetycznymi. Wprawdzie inwestycja nie szła na marne, bo oni na pewno podejmowali swoje katechetyczne obowiązki w swoich nowych wspólnotach. Nie mniej dla nas problem kontynuował nierozwiązany. Manaus jest na dodatek miastem wielkim, zupełnie niewydolnym komunikacyjnie. Dojazd do centrum, a właśnie tam zawsze odbywają się wszelkie kursy, szkolenia, formacje i szkoły, trwa całe godziny. Stąd powstał pomysł, aby zrobić taką naszą prywatną, małą, sympatyczną, parafialną, rodzinną szkołę religijną. Chociaż głównie myśleliśmy o katechetach, to zaproszeni zostali do niej wszyscy chętni. Tak uformowała się spora grupa naszych pierwszych studentów. Szkołę zaczęło aż siedemdziesiąt osób. Po dwóch latach skończyło ją zaledwie trzynastu. Nie mniej było warto. Znów mamy sporą grupę studentów, którzy zaczęli nowy rok z wielka radością i zaangażowaniem.

Nasza Szkoła Wiary funkcjonuje teraz trzy razy w tygodniu, oczywiście wieczorami. Wykładana jest w niej dogmatyka katolicka, historia Kościoła Katolickiego, Biblia, liturgika. Łącznie 250 godzin zajęć. Jak na razie tylko tyle, ale mam nadzieję, że już i to nam bardzo pomoże.

Generalnie to nasi parafianie są bardzo chętni do takich rzeczy. To bardzo budujące i mobilizujące. W sumie to ja nieustannie uczę się od naszych parafian. Bóg działa w swoim Kościele!

Nossa Senhora de Aparecida i karnawał.

Manaus, 8.03.2017.

W tym roku karnawału w Brazylii miało prawie nie być. Wiele prefektur zapowiadało zlikwidowanie zabaw z powodu kryzysu. Nie mniej pokazy szkół samby odbyły się, chociaż nie bez problemów i dramatów. Nie wiem, czy kryzys ma tu coś do znaczenia, ale tego roku miało miejsce bardzo wiele wypadków. Jak nigdy wcześniej pojazdy alegoryczne (carros alegoricos) co chwila się psuły, na kogoś i na coś najeżdżały albo po prostu się rozsypywały. Doszło też w tym roku do kilku skandalów z powodu wykorzystywania wizerunków katolickich. W karnawale motywy religijne są zawsze obecne. W tym też katolickie. Oczywiście niedopuszczalne jest ich użycie w sposób niegodny. Jednak coś takiego nieustannie się zdarza. Na przykład w tym roku archidiecezja z Rio de Janeiro zaprotestowała przeciwko użyciu wizerunku Chrystusa. Jedna ze szkół samby miała na swym wozie figurę, która z jednej strony przedstawiał Pana Jezusa, a z drugiej jednego z bożków makumby. Na szczęście usłuchali protestów i nie użyli tego wizerunku w paradzie finalnej. Natomiast jak rozsądzić sprawę tej godności czy nie, kiedy jakaś szkoła samby chce wyrazić swoje uznanie, wiarę i cześć. Tu mamy wiele dyskusji i poglądów. Karnawał to bez wątpienia przestrzeń i czas bardzo wątpliwe moralnie. Jest przy tej okazji bardzo dużo grzechu, publicznego, demonstrowanego i nawet wielu z tego powodu najwyraźniej czują się dumnymi, jakby nie wiadomo co tam osiągnęli. Wydaje się, że właśnie to widział święty Paweł, kiedy mówił w Liście do Filipian: „Wielu bowiem postępuje jak wrogowie krzyża Chrystusowego. …Ich losem – zagłada, ich bogiem – brzuch, a chwała – w tym, czego winni się wstydzić.” Ciągle się tu dyskutuje, czy można czy nie katolikom uczestniczyć w karnawale. Zwolennicy katolickiego udziału w karnawale przypominają słynne słowa Dom Heldera Camary, który miał o tym taką oto opinię: „Karnawał to radość ludowa…Grzeszy się bardzo w karnawale? Nie wiem, co jest gorsze przed Bogiem: przesada tu lub tam popełniona przez uczestników karnawału, czy faryzeizm i brak miłosierdzia ze strony tych, którzy uważają się za lepszych i bardziej świętych od ludzi, którzy biorą udział w karnawale.” Zupełnie inne stanowisko zajmuje w tej sprawie ksiądz Jonas Abib, założyciel Cancao Nova, czyli jednej z największych wspólnot charyzmatycznych Brazylii, a być może i całego świata. Na pytanie o to, czy katolicy mogą brać udział w karnawale on odpowiedział tak: „A można przejść drogą pełną błota i się nie pobrudzić?” Stad też wielu katolików w Brazylii podczas karnawału udaje się na rekolekcje. U nas też, choć w tym roku było bardzo prosto i skromnie, swoje zwyczajowe rekolekcje ma nasze parafialne Oratorium.

Sporów o to, czy można, co można i na ile można mamy tak naprawdę na tony. W tym roku wiele szkół samby zdecydowało się, w trzechsetną rocznicę wyłowienia z rzeki Paraiba figury Matki Bożej z Aparecidy, upamiętnić to właśnie wydarzenie. Najwięcej szumu było wokół prezentacji szkoły samby o nazwie Unidos de Vila Maria z Sao Paulo. Szkoła ta już od roku 2015 przygotowywała się do wystąpienia z show poświęconym 300-leciu Aparecidy. Wszystkie prace odbywały się z pomocą i pod nadzorem komisji kościelnej powołanej przez kardynała Odilo Pedra Scherera. On wielokrotnie zapewniał, że artyści wybrali ten temat będąc motywowani pobożnością maryjną. Przedstawiono historię znalezienia cudownej figury, pierwsze cuda, rozwijający się kult, powstanie sanktuarium i ważniejsze postacie.  Nie widziałem tego przedstawienia, ale podobno było bardzo piękne. Nie mniej w klasyfikacji zajęli ostatnie miejsce. Też i w Manaus jedna ze szkół o nazwie Mocidade Independente de Aparecida podjęła ten sam temat. Nawet udało im się namówić, aby defilował wraz z nimi nasz Dom Sergio. Też tego nie widziałem, bo karnawał spędziłem w domu.

Strajk policjantów w Vitória.

Manaus, 22. 02. 2017

Kryzys w Brazylii ma swoje kolejne odsłony. Już teraz nie są to liczby, jakieś tam tajemnicze wskaźniki ekonomiczne, groźna inflacja, mroczne bezrobocie i czerwony, ujemny wzrost gospodarczy. Dochodzi do desperacji tak wielkiej, że na pewno nie może już być gorzej. Najpierw jeden z policjantów z Rio de Janeiro strzelił sobie w głowę. Tragedia! Mógłby ktoś powiedzieć, że zdarza się to z jakąś tam frekwencją w najróżniejszych stronach świata. On jednak zrobił to podczas transmisji na żywo przez Facebook, wyjaśniając wcześniej motywy tego desperackiego czynu. Od lat jego policyjna pensja, a powszechnie uważa się je tutaj za bardzo wysokie, nie była aktualizowana o inflację. Od kilku też lat wypłacana była z opóźnieniem, w ratach. Od sierpnia nie otrzymywał jej wcale. Długi, nieopłacone rachunki, dobijający się z każdej strony wierzyciele, zniszczone życie rodzinne. Nie da się dalej tak żyć. Po prostu nie ma za co. Strzał w głowę i wszystko się skończyło. Media jakoś dziwnie nie pokazywały zbytnio tego wideo. Też szybko sprawa ucichła. Niektórzy dziennikarze pisali jedynie o słabym, zupełnie nieprzygotowanym do pełnienia tak odpowiedzialnej społecznie funkcji człowieku, któremu ktoś nieroztropnie dał broń do ręki.

Policjant ten stał się symbolem. Dzięki niemu nagle Brazylia, a być może i jakaś tak część świata, usłyszała o czymś, co w mediach było przemilczane. Okazało się, że w takiej samej sytuacji znajduję się dziesiątki tysięcy ludzi w stanie Rio de Janeiro. Dokładnie to samo dzieje się z innymi policjantami, nauczycielami, lekarzami, urzędnikami wszelkich instytucji stanowych. Nagle dostrzeżono zamknięte od miesięcy szkoły, uniwersytety, muzea, biblioteki. Stan od lat nie wypłacał regularnie pensji swoim pracownikom. Od sierpnia nie wypłaca jej wcale. Jak żyć? A jeszcze tak niedawno mieliśmy w Brazylii wspaniałą olimpiadę i kilka lat wcześniej spektakularny mundial. Wszystko było takie kolorowe.

Wkrótce potem do kolejnych tragedii doszło w Vitorii, stolicy stanu Espirito Santo, który sąsiaduje z Rio de Janeiro. Powody te same. Pewnego dnia matki i żony policjantów rozpoczęły okupację bram wjazdowych wszystkich policyjnych jednostek. Policjanci więc nie mogli wyjechać na służbę. Kobiety wpuszczały przychodzących na zmianę, ale już nikt nie wychodził. Oczywiście wszystko to było zaplanowane przez samych policjantów. W taki właśnie sposób rozpoczęli oni strajk, który jest zabroniony przez konstytucję. Mówili, że oni to i nawet chcieli bardzo wyjść na służbę, ale jak to zrobić nie rozjeżdżając przy tym koczujących na wjazdach kobiet. Efektem były dwa tygodnie istnej apokalipsy dziejącej się na ulicach Victorii. Tłumy rabowały sklepy. Szturmowano banki. Ludzie barykadowali się w domach. Oczywiście nic nie funkcjonowało. Puste ulice przerażały. Jak mogło do czegoś takiego dojść w tym przepięknym, nadmorskim mieście. Jest ono w sumie niewielkie, coś około 400 tysięcy mieszkańców. W warunkach latynoamerykańskich daje to gwarancję spokoju i sielskości. Na dwa tygodnie zamieniło się jednak w piekło. Na ulicach, przy okazji napadów, zostało zamordowanych 127 osób. Sytuację opanowało dopiero wojsko. Jak tak dalej pójdzie, i do tego typu protestów przyłączą się inne stany i miasta, to wojska też zabraknie. Kraj wydaje się nie mieć rządu.

Przy okazji tego wszystkiego, co działo się w Vitorii, można poczynić najróżniejsze refleksje. Na przykład o łatwości, z jaką ludzie stają się przestępcami. Sklepy pustoszyli wszyscy, nie jacyś tam „zawodowi” złodzieje. Nagle ktoś, kto normalnie nigdy takich rzeczy nie czynił, rzucał się i rabował, co popadło. To jeszcze bardziej czyni to zdarzenie apokaliptycznym.

Bunt więźniów w Manaus.

Manaus, 10.02.2017

Kilka dni temu przyjechali do nas goście z Polski i na dzień dobry zapytali o więzienne bunty w naszym mieście. Nawet nie wiedziałem, że tak głośno było o Manaus w Polsce.

W Brazylii, jeśli ktoś, kto normalnie nie należy do notorycznych przestępców zostaje z jakiegoś tam powodu aresztowany, to rodzina w tym momencie robi dosłownie wszystko, aby został on jak najszybciej z tego aresztu lub więzienia wyciągnięty. Szuka się na gwałt adwokatów, którzy doskonale wiedzą, jak się w środowisku więziennym poruszać. Zaraz powiedzą co i ile kosztuje. Rodzina oczywiście staje na głowie, żeby pieniądze zdobyć. Trochę się zawsze temu dziwiłem, bo z jednej strony ciągle naiwnie wierzę w sprawiedliwość. Myślałem, że jak niewinny, to sprawa się wyjaśni, a jak winny, to przecież odpowiedzieć za swoje uczynki musi. Tymczasem, jak to często bywa, sprawa nie jest taka prosta. Jeśli ktoś trafia tu do więzienia, to bez wątpienia trafia do piekła. Jeśli trochę w nim pobędzie i cudem przeżyje, to wyjdzie z niego diabłem. Oczywiście zasada ta nie dotyczy białych kołnierzyków. Ci nawet jak ukradną miliardy, to często nawet nie widzą więziennych krat. A jeśli już, to dla nich więzienia są też jakby inne.

Ostatnio w Manaus doszło do walk w kilku tutejszych więzieniach. Łącznie zostało zabitych 60 osób. Nie zabiła ich interweniująca policja. Te śmierci to owoc walk pomiędzy dwoma mafiami. Trudno to sobie wyobrazić, ale na kilkanaście godzin strażnicy więzień tracili zupełnie kontrolę nad więzieniami. Więźniowie walczyli ze sobą, używając przy tym nawet karabinów, mordując się, a potem pastwiąc nad ciałami. Jak to wszystko stało się możliwe? To jest właśnie prawdziwe misterium.

Kiedyś próbowaliśmy w naszej parafii stworzyć duszpasterstwo więźniów. Grupa zapaleńców, bardzo zresztą maleńka, po należytych przygotowaniach udała się do jednego z więzień, poza miasto, gdzie miała spotkać się z przetrzymywanymi tam mężczyznami. Niestety, wszystko skończyło się szybciej niż ktokolwiek przypuszczał. Po tym, jak każdy z ewangelizatorów został rozebrany do naga i wnikliwie przeszukany, nikt nie miał odwagi, by kontynuować tę pracę. No cóż, nie dziwię się temu. Natomiast dziwię się ogromnie, kiedy nagle widzę w telewizji więźniów latających po dachach więziennych budynków nie tylko z nożami, ale właśnie z pistoletami i nawet karabinem. O najnowszych modelach komórek już nie wspomnę. Jak to zostało tam wniesione?

Tło tych krwawych wydarzeń do dziś pozostaje niewyjaśnione. Niektórzy dziennikarze próbowali informować w Internecie o rzeczach dosłownie niewiarygodnych. Z tego, że nagle zostali uciszeni, natychmiast zwolnieni z pracy po jakimś jednym nieostrożnym zdaniu, można wnioskować, że chyba coś na rzeczy musiało być. W sprawę są ponoć zamieszane osoby najwyżej postawi w stanie Amazonas. Ale, jak to zawsze w takich sytuacjach bywa, nigdy nie dowiemy się prawdy.

Podczas rebelii z więzień pouciekali skazani. Podawaną oficjalnie liczbę wielokrotnie zmieniano, coraz bardziej ją zwiększając. To też dosyć ciekawe. Miało się wrażenie, że zarządzając więzieniami w ogóle nie wiedzieli ilu mają tam osadzonych i kto dokładnie tam przebywał. Nie mniej ci co pouciekali urządzili jednego dnia w Manaus dzień terroru. Przemieszczali się z miejsca na miejsce napadając i rabując sklepy i ludzi na ulicach. W mieście wybuchła straszna panika. Oficjalnie policja temu zaprzeczyła mówiąc, że ktoś rozsiewał plotki. Jednak do dziś w Internecie można spotkać filmy i zdjęcia dokumentujące tę niby plotkę.

Jakby jeszcze temu było mało, gubernator stanu obwieścił, że rząd będzie wypłacał odszkodowania rodzinom zamordowanych więźniów. No cóż, szkoda każdego człowieka i śmierć każdego z nich jest bez wątpienia tragedią. Doszło jednak do sytuacji, która budzi wiele pytań o sprawiedliwość.

Manaus było niestety tylko początkiem. W kilku kolejnych stanach wkrótce potem miały też miejsca wewnątrz więzienne walki pomiędzy gangami.

Noworoczne przesądy.

Manaus, 30. 12. 2016

Pamiętam, że kiedyś, kiedy na mszę kończącą stary rok szedłem ubrany, jak to często mi się przecież zdarza, w czarne spodnie i czarną koszulę z koloratka, kilka osób skomentowało mój ubiór, że niby niewłaściwy. Przyznam, że na początku nie zwróciłem na to uwagi, jakby nie rozumiejąc, o co ludziom chodziło. Pomyślałem sobie, że jeszcze mój portugalski jest bardzo słaby i nie rozumiałem, co tak naprawdę do mnie mówili. Nie mniej zaciekawiło mnie to, bo niby czarny kolor miał zapowiadać zły rok. Dopiero z czasem odkryłem, że chodziło tu o przesądy. Brazylijczycy mają ich tysiące. Oczywiście my, Polacy, też nie jesteśmy w tej kwestii świeci, ale jednak Brazylia jest pod tym względem bardzo przed nami. Oczywiście najwięcej takich przesądów uaktywnia się na koniec roku i Nowy Rok. Sam się dziwię, skąd nagle ci ludzie czerpią te wszystkie przekonania. Mówią o magii, jaką daje się odczuć w momencie zmiany roku. Podobno jest to wyśmienity moment na nałapanie dobrej energii. Pewnie też jest jakiś pomysł na jej zmagazynowanie. Nagle wszyscy stają się ekspertami od mody, jedzenia, zachowania, dekoracji domów. Ubawić się tym można nieźle. Na przykład, aby mieć pieniądze, trzeba zjeść soczewicę. Co w sumie nie jest takie proste, bo w Amazonii ona nie rośnie w każdym ogródku. Stąd moje zdumienie, skąd nagle ta noworoczna soczewica.  Są jeszcze inne pokarmy, które dają szczęście. Jednym z nich, co w sumie też jest nieco dziwne, mięso wieprzowe. Normalnie Brazylijczycy jedzą wołowinę. Słyną z niej na pół świata i nieustannie grozi nam wybuch wojny pomiędzy Brazylią, Argentyną i Urugwajem o to, czyja wołowina jest smaczniejsza. Spory na ten temat nie mają końca. Wieprzowina jest mało używana, właściwie nawet to się nią pogardza. Jednak w Nowy Rok staje się niczym kawior i szampan, szlachetna. Jeśli ktoś ma ją na stole, to znaczy, że będzie mu się dobrze powodziło. Nigdy bym nie przypuszczał, że od świni może tak wiele zależeć.

Jest jeszcze sporo jedzenia szczęśliwego, ale przejdźmy do ubiorów. Wiemy już, że czarny kolor to nie jest najlepszy pomysł na noworoczne kreacje. Obowiązkowym jest biały. Stąd na naszą mszę kończącą stary rok wszyscy przychodzą ubrani na biało. Biały oznacza światło, czystość, dobro. Mamy śnieg w kościele. Niby wszystko miło i sympatyczne, ale jak się pomyśli, że ta eksplozja bieli związana jest z umbandą, macumbą i candomble, a więc z satanizmem, to już nie wydaje się takie miłe. Mówią też, że te białe ubiory powinny być nowe, aby szczęście zadziałało. Rzeczy używane pewnie raczej je odstraszają.

W Nowy Rok trzeba też bardzo hałasować. Zasada w tym momencie obowiązująca jest bardzo prosta: więcej hałasu, więcej szczęścia. Stąd już od rana w Sylwestra od huku można oszaleć. A im bliżej północy, tym gorzej. Dla nas to ogromny problem, bo trudno jest normalnie sprawować Mszę Świętą. Jednak nie poddajemy się. Co roku organizujemy adorację eucharystyczną, przebłagalno-dziękczynną, a po niej Msze Świętą. Chyba powoli coś tam do ludzi trafia, bo z roku na roku mamy coraz więcej uczestników tychże celebracji.

Bardzo smutnym jest to, że wielu katolików o północy bierze udział w zabawie organizowanej nad brzegiem Rio Negro. Zabawa sama w sobie nie byłaby tu czymś złym, ale chodzi tu o coś zupełnie innego. O północy całe towarzystwo skacze w wodzie ileś tam razy, co też niby przynosi szczęście, rzuca w wodę kwiaty, jedzenie i na plaży zapala świece. To jest kult umbandyjskiej bogini Yemanja. Smutne to wszystko. Jedyne, co nam dodaje otuchy, to budząca się powoli świadomość, że te wszystkie przesądy to grzech i bardzo przeszkadzają żyć w wolności i godności Synów Bożych.

 

Zmarł ksiądz Józef Maślanka.

 

20161010_134048_1

Manaus, 02. 02. 2017

W święto Trzech Króli, w szpitalu Joao Lucio, który znajduje się na terenie naszej parafii, zmarł ks. Józef Maślanka, pallotyn, legendarny misjonarz Amazonii. Już kilka razy o nim pisałem. Przypomnę tylko, że urodził się w 1933 roku. Wyświęcony został na kapłana w Ołtarzewie w 1959. Do Brazylii przyjechał w 1971 roku, najpierw do Mato Grosso, a potem, do Amazonii. Sławna jest ta jego podróż do Manaus, bo odbył ja autostopem. Jeśli chodzi o Amazonię, to dróg dzisiaj jest jeszcze niewiele, więc albo to były jakieś pełne błota, trudno przejezdne trakty, albo po prostu pływanie łódkami, barkami i tratwami. Znając nieco tę rzeczywistość z dzisiaj, nie umiem sobie wyobrazić jak to się odbywało czterdzieści pięć lat temu. Ks. Józef ostatecznie zdecydował się na pracę w Novo Airao. Musimy pamiętać, że parafia ta miała wówczas jedną dziesiątą terytorium Polski. Dziś jeszcze do najdalszej wspólnoty płynie się barką dwa tygodnie. Dwa tygodnie w jedną stronę w górę rzeki Rio Negro. Ks. Józef Maślanka ma nie tylko wyjątkowe zasługi na polu ewangelizacji. Jest on też twórcą systemu oświaty w rejonach Novo Airao.

Ostatni lata ksiądz Józef przeżywał w ciszy swojego domu. Wyobrażam sobie, jak to przesiadywał często na werandzie, patrzył na Rio Negro i wspominał swoje niezliczone misyjne wyprawy stateczkiem o imieniu Santa Maria do Rio Negro. Udało się nam go jeszcze przed śmiercią odwiedzić. Zjedliśmy z nim obiad, trochę porozmawialiśmy. Widać było już wtedy, że był jakby nieobecny. Już też nie podjął swojej ulubionej dyskusji o eschatologii. Najwyraźniej wiedział, że wkrótce wszystko to sobie sprawdzi osobiście. Podziwialiśmy opiekę, jaką nad nim roztoczył ksiądz Stanisław. Opiekował się księdzem Józefem jak kochający syn ojcem. Nie spodziewaliśmy się, że będzie to nasze ostatnie spotkanie.

Jego pogrzeb był już następnego dnia po śmierci. W Brazylii tak się to odbywa. Ciała zmarłych są grzebane jak najszybciej, niekiedy nawet w dniu śmierci, najpóźniej dnia następnego. Stąd często wiadomość o śmierci nie dociera do wszystkich. Tym razem było nieco inaczej, bo właśnie na dzień 7 stycznia zaplanowane było poświęcenie kaplicy św. Franciszka z Asyżu. Została ona wybudowana przez księdza Stanisława Krajewskiego, który jest aktualnie proboszczem w Novo Airao. Przybyło więc wielu ludzi, a większość była zaskoczona. Bo jechali na poświęcenie nowej kaplicy, a tu okazało się, że jest pogrzeb ich wieloletniego proboszcza, duszpasterza wielu pokoleń. Mszę sprawował ksiądz biskup pomocniczy Dom Jose. Przybyli pallotyni z Manaus. Dom Jose w homilii podkreślał zasługi zmarłego misjonarza dla całej Amazonii, nie tylko dla parafii Novo Airao. Po Mszy Świętej, tuż przed zamknięciem trumny, wszyscy żegnali się z księdzem Józefem. Trwało to bardzo długo. Był to też moment wyjątkowo smutny. Wielu ludzi bardzo płakało. Widać było, że byli zżyci z księdzem Józefem. Potem zaś, ku naszemu zaskoczeniu, parafianie zdecydowali, że poniosą trumnę swego proboszcza na cmentarz. To było bardzo wzruszające. Droga była długa, ludzie zmieniali się co chwila, nie dla tego, że szybko się męczyli, ale dla tego, że każdy chciał nieść trumnę. Został pochowany w „kwaterze polskiej”, pomiędzy dwoma grobami Polaków, którzy zmarli w Novo Airao.

Zapamiętam księdza Maślankę zwłaszcza dzięki jego optymizmowi. Ciągle powtarzał, że skoro Bóg stworzył ludzi i świat, to są dobrzy. Dobro widział w każdym człowieku.

 

Paulo Evaristo Arns

pauloManaus, 29.12.2016

Rok 2016 dla Brazylii bez wątpienia nie był najlepszy. Nawet co niektórzy mówią lub piszą o nim jako o najgorszym w historii tego olbrzymiego, kraju. Uważam, że to przesada. Nie mniej generalnie widać jakieś wielkie przygnębienie, coraz powszechniejszy brak nadziei. Jeśli Brazylijczycy rezygnują z zabaw, a co się ostatnio z jakąś tam częstotliwością zdarza, to dowodzi, że sytuacja jest poważna. Do tej pory mogli obyć się bez wielu rzeczy, ale bez zabawy nigdy!

W takich okolicznościach jeszcze boleśniejsze są odejścia wielkich ludzi, bo wraz z nimi wydaje się, że oddala się to co mogłoby być lepsze. W grudniu zmarł w Brazylii, w wieku 95 lat, kardynał Paulo Evaristo Arns. To bardzo ciekawa postać. Jeden z najwybitniejszychBrazylijczyków, jeden z najważniejszych hierarchów katolickiego kościoła brazylijskiego. Dla wszystkich niezwykły człowiek. Dla biedaków z Sao Paulo ojciec i brat. Z płaczem żegnali go dosłownie wszyscy: wierzący i ateiści, katolicy i protestanci, politycy ze wszelkich możliwych partii, prawicowi i komuniści, bogaci i biedacy, Brazylijczycy, Argentyńczycy, Chilijczycy. Dosłownie wszyscy. Takiego pogrzebu to już dawno nie było w Nowym Świecie.

O księdzu kardynale Arns wspominałem już kiedyś. Było to wówczas, kiedy pisałem o tragicznej śmierci, podczas trzęsienia ziemi na Haiti, doktor Zildy Arns. To była jedna z jego sióstr, założycielka Pastoral da Crianca, katolickiej organizacji, która w Brazylii ocaliła życie milionom dzieci. Ksiądz kardynał pochodził zresztą z bardzo licznej rodziny, miał dwanaścioro rodzeństwa, z której wyszło dwóch zakonników i trzy siostry zakonne. Czego dokonał, co go tak wsławiło? Najbardziej to, że w sposób niezwykły kierował diecezją Sao Paulo, chyba w jego czasach najludniejszą diecezją świata. W czasach dyktatury wojskowej założył Komisję Sprawiedliwości i Pokoju, która miała na celu obronę praw człowieka i demokracji. Stąd do niego lgnęli komuniści, których ukrywał i bronił, którym pomagał, jak tylko mógł. Schronienia u niego szukali nie tylko Brazylijczycy, ale także i komuniści chilijscy, argentyńscy, urugwajscy. W czasach junty wojskowej to właśnie komuniści w Ameryce Południowej byli prześladowani, więzieni, torturowani. Pewnie te odmienne historie na zawsze uniemożliwią nam zrozumienie się. Bo kiedy ja mówię Brazylijczykom, że w Polsce to komuniści prześladowali, torturowali, zabijali, to oni nie mogą w to uwierzyć. W głowie im się to nie mieści. Kardynał Arns o swojej działalności na rzecz obrony praw obywatelskich napisał tak w jednej ze swoich książek: „Jezus nie był obojętny wobec niszczonej godności człowieka, wobec potrzeb najsłabszych, najbiedniejszych, ofiar niesprawiedliwości. Zawsze okazywał się w sposób konkretny solidarny z biedakami. Walczył z niesprawiedliwością, z hipokryzją, nadużyciami władzy, chciwością bogaczy, obojętnością wobec biednych. Z tego wszystkiego trzeba będzie się rozliczyć w dniu ostatecznym.” Dla księdza kardynała nie była to więc polityka, ale po prostu Ewangelia.

Papież Franciszek, kiedy dowiedział się o śmierci kardynała Arns, napisał takie oto słowa: „Obrońca biednych i zmarginalizowanych, Dom Paulo, nigdy nie ugiął się przed możnymi tego świata i mówił, że jego kościół, biedny i ogołocony, musiał iść na peryferie ludzkie i geograficzne. Brazylia, Ameryka Łacińska, świat cały pamiętają o kardynale Arns.”

Kardynał Paulo Evaristo Arns w swoim herbie miał napisane: „Ex Spe in Spem”. To pewne, że ten, kto w Bogu pokłada nadzieję, nigdy się nie zawiedzie. To staje się duchowym testamentem kardynała i lekcją, jaką nam daje. Jęli ktoś ufa Bogu, pokona każde zło!

Viva Cristo Rei

GEDC1271

Manaus, 05.12.2016

                Kiedy na świecie powoli zamykały się Bramy Miłosierdzia w naszej parafii amazońskiej zbieraliśmy się na naszą przed odpustową nowennę. Tym razem miała ona nieco inny charakter, było w niej coś rzeczywiście nowego. W tym roku, z powodów ekonomicznych, nie urządziliśmy w sierpniu naszych parafialnych rekolekcji. Może ktoś być nieco zdumiony takim wyrażeniem, że z „powodów ekonomicznych” nie odbyły się rekolekcje. Urządzaliśmy je tutaj w nieco inny sposób, który wymagał jakichś tam nakładów. Ponieważ kryzys w Brazylii jest coraz większy, więc rozpaczliwie oszczędzamy na wszystkim. „Zamieniliśmy” więc rekolekcje na całodobową adorację Najświętszego Sakramentu, a tegoroczną nowennę przemieniliśmy w dziewięć wieczorów skupienia i modlitwy. Oczywiście tematem było Boże Miłosierdzie i nowennowe rozważania cały czas wokół tego tematu krążyły. Efekt, mam przynajmniej takie wrażenie, był wspaniały. Uczestnictwo parafian bardzo żywe i budujące. Chyba znów zaczynamy się nieco rozwijać, bo ponownie doświadczyliśmy lekkiego dokuczania ze strony sekt zielonoświątkowych. Starali się, jak to już kiedyś bywało, naszą procesję zagłuszyć. Nie mniej wszystko odbyło się bez większych problemów i nawet deszcz nie był nam straszny. A amazońskie ulewy czasami mogą nieco wystraszyć lub przynajmniej zniechęcić nawet najbardziej wytrwałych.

                Dla mnie tegoroczna nowenna miał innych charakter bo była bardzo smutna z powodu księdza Piotra Marksa. Najpierw z Krakowa dotarła do mnie wiadomość o ciężkim stanie, w jakim się znalazł. Zaszturmowaliśmy do nieba z modlitwami. Jednak plany Boga były inne i dwa dni później nadeszła wiadomość o jego śmierci. Był on jednym z tych moich kolegów kapłanów, którzy naszej misji bardzo pomagają. Była to czasami pomoc materialna oraz wyjątkowa duchowa. Miał właśnie jakiś niezwykły dar duchowego mi towarzyszenia. W niewytłumaczalny sposób, w momentach trudnych i pełnych problemów, nagle dzwonił do mnie i po kilku słowach rozmowy wszystko stawało się łatwiejsze. On też zawsze zachęcał mnie do wytrwałego propagowania Bożego Miłosierdzia. Przypuszczam, że nasza Msza Miłosierdzia i apostolat chorych ze stałym dyżurem w szpitalu nie miałyby miejsca, gdyby nie on. Sam Miłosierdziu Bożemu całkowicie się poświęcił. Bez wątpienia jego Apostolat Ratunku Konającym to ogromny wkład w rozpowszechnianie kultu Bożego Miłosierdzia. Umarł w wigilię święta Matki Bożej Ostrobramskiej. Matka Miłosierdzia zabrała tego apostoła Miłosierdzia do nieba.

                Rok Miłosierdzia się zakończył i wszyscy robią jakieś podsumowania. U nas może nie było jakichś wielkich akcji i działań, jednak są rzeczy, które bez wątpienia są owocami tego błogosławionego czasu. Najpierw jakiś ogólny postęp w duchowości. Widać, że ludzie garną się do Boga. Bardzo go pragną. Orędzie Bożego Miłosierdzia sprawia, że w naszym Kościele odnajdują swój dom, swoją rodzinę. Kolejni żyjący w niesakramentalnych związkach zdecydowali się na ślub kościelny. Grupa katechezy dla dorosłych jest w teraz wyjątkowo duża. Mamy kilku powracających z sekt, którzy niczym ewangeliczny syn marnotrawny pojawili się u nas pełni skruszenia. W tym roku udało się nam też dotrzeć do bardzo wielu chorych z modlitwą, spowiedzią i Sakramentem Chorych. To bardzo silny znak Bożego Miłosierdzia. Udało się nam też nieco rozszerzyć naszą działalność charytatywną. To w sumie jest jakiś cud, bo mamy mniej możliwości materialnych. To sam Jezus sprawia, że mnoży się to, co mamy, aby pomóc wielu potrzebującym.

                Bramy Miłosierdzia wprawdzie się pozamykały, ale nadal Ono płynie szeroką rzeką do wszystkich, którzy go potrzebują. Niech Pan Bóg będzie za to wszystko uwielbiony.

Radio Rio Mar

logo

Manaus, 8. 11. 2016

Wczoraj nasza diecezja amazońska otrzymała koncesję na nadawanie na częstotliwości FM. To oznacza prawdziwą rewolucję w nowoczesnej ewangelizacji. Z tym, że bardzo spóźnioną rewolucję. Wprawdzie w Brazylii, ma się takie wrażenie, jest katolickich telewizji i rozgłośni radiowych dużo, to w porównaniu z wszelkiego rodzaju sektami jest to po prostu dramatycznie mało. Nie umiem tego wyjaśnić. Jakoś się tak dziwnie dzieje, że my, katolicy, nigdy nie mamy na takie rzeczy pieniędzy i dla nas zawsze wszystko jest jakoś dziwnie trudne. Na przykład nasze diecezjalne radio już od dawna starało się o koncesję na nadawanie na falach ultrakrótkich. Niestety, zawsze było przy koncesjach pomijane i zapominane. W mieście i okolicy dostawali takie koncesje wszyscy, tylko nie my. Na szczęście w końcu przyszła i nasza kolej. Jestem pewien, że diecezja będzie umiała to jak najlepiej wykorzystać. Jest ona bowiem na to bardzo dobrze przygotowana, bo posiada już swoje radio od roku 1954. Nazywa się ono Radio Rio Mar – Rzeka Morze. To oczywiście od Amazonki, bo ona jest tak szeroka, że często nie widać drugiego brzegu i wtedy to już tylko przychodzi skojarzenie z morzem, jak się na nią patrzy. Raz jest morze, raz jest rzeka.

Oczywiście radio Rio Mar nadawało do tej pory, i w sumie jeszcze nadaje i nadawać będzie, na falach średnich. To sprawia, że trudno jest słuchać tego radio w mieście. Jakość dźwięku fatalna, głos przychodzi i odchodzi, coś jakby radio Wolna Europa za czasów komunistycznych w Polsce. Natomiast rozgłośnię tę słychać bardzo dobrze w Amazońskim interiorze, setki kilometrów od Manaus. Stąd też na pewno ta częstotliwość i forma nadawania pozostanie. Dla tego też radio Rio Mar ma już ogromne zasługi dla ewangelizacji w Amazonii. To od ponad sześćdziesięciu lat do tych miejsc, gdzie bardzo rzadko dopływał misjonarz, docierało Słowo Boże, transmisje Mszy Świętych, homilie księdza biskupa, katechezy, wiadomości z katolickiego świata. Jest w Manaus taki jeden ksiądz, który dawał raz świadectwo swojego powołania i powiedział, że jest ono owocem tegoż radia. Jest to historia pasjonująca, dla mnie wręcz niewyobrażalna. Urodził się w bardzo dalekim amazońskim interiorze, w rodzinie katolickiej, bardzo pobożnej. Największym marzeniem jego rodziców było iść kiedyś na Mszę całą rodzina. W sumie nic trudnego, jednak jak się mieszka w rozlewiskach amazońskich rzek, daleko od kościoła i jest się bardzo biednym, to nie jest już to takie łatwe. Do kaplicy mieli 12 godzin łódką. Łódź była niewielka, nie mieściła wszystkich członków rodziny. Ksiądz tylko raz w miesiącu przypływał do tejże kaplicy. Na dodatek przez pół roku z powodu niskiego stanu wód nie dało się po rzece pływać. Coś więc tak prostego jak pójście na Mszę Świętą całą rodziną było ich największym marzeniem. Słuchali więc radia jak czegoś najdroższego na świecie, co też nie odbywało się nieustannie, bo nie było tak łatwo zdobyć baterie do odbiornika. Czasami myślę sobie o drodze tego księdza do kapłaństwa. Na pewno jego Msza Prymicyjna była prawdziwym amazońskim świętem, największym z dotychczasowych.

Przypuszczam, że takich historii mógłbym się nasłuchać od bardzo wielu amazońskich katolików. W zalewie sekt radio Rio Mar pomagało utrzymać im katolicką tożsamość, pewność kościelnej wspólnoty. To wspaniały dorobek. Dobrze, że teraz będzie to można kontynuować w mieście, przecież tutaj mieszka obecnie najwięcej Amazończyków do ewangelizowania.

Gdyby ktoś przejeżdżał lub przepływał w pobliżu to nasze radio Rio Mar będzie nadawało na 103,5 UKF. Polecam!

 

Wybory 2016

Manaus, 8. 11. 2016

Od polityki nie da się uciec. Przynajmniej takie można mieć wrażenie. W USA wybory i każdy, chce, czy nie, musi o tym słuchać. Nawet w naszej Amazonii ciągle się o tym mówi. Papugi o tym każdego ranka skrzeczą. Być może dla tego, że Amerykanie mają swoje biznesy ulokowane wszędzie, więc też i w Manaus. Mam jednak wrażenie, że tym razem kandydaci, jak to często się tutaj mówi, na najważniejszego prezydenta świata, inspirowali się na politykach brazylijskich. Oczywiście daleko jeszcze Amerykanom do Brazylijczyków. Ostatnio w Brazylii też mieliśmy wybory, na prefektów i radnych miejskich. Jak zawsze wszelkie chwyty były dozwolone, tylko że tym razem dołożył się jeszcze do tych wszystkich dowolności sam sąd najwyższy. Kiedyś pisałem o tak zwanej „ficha suja”, czyli brudnej kartotece. Kościół katolicki przez wiele lat zabiegał o uchwalenie prawa, które uniemożliwiałoby politykom skazanym za różne przestępstwa kandydowania w jakichkolwiek wyborach. Po latach zbierania podpisów, potem ogromnych wysiłków w parlamencie udało się niewielkiej grupie w miarę uczciwych polityków doprowadzić sprawę do końca i wprowadzono „ficha suja”. Problem w tym, że teraz właśnie sąd najwyższy zawiesił funkcjonowanie tego prawa. Doszło więc do tego, że w ostatnich wyborach działy się rzeczy rzeczywiście niepojęte. Na prefektów i radnych kandydowali ludzie, którzy niekiedy byli po prostu najzwyczajniejszymi przestępcami. W jednym z miast prefektem został wybrany człowiek, który siedzi w więzieniu.

Wybory w Brazylii są rzeczywiście bardzo różne od naszych. Najpierw to, że są obowiązkowe. Jeśli ktoś, kto ma już prawo do głosowania nie robi tego, to nie tylko płaci karę, ale też może to poważnie skomplikować jego życie. Zwłaszcza boją się tego biedni, bo wtedy tracą dostęp do wszelkich zapomóg. Właśnie te zapomogi, nazywane tutaj „bolsa”, są w ogóle wielkim wyborczym straszakiem. Ostatnio komuniści wygrywali wybory głównie właśnie dzięki tym zapomogom. Zawsze straszyli, że jak przyjdą inni, to nie będą tych pieniędzy wypłacać. W taki sposób kupowali sobie poparcie. Jednak mandat i utrata zapomogi to nie jedyne konsekwencje postawy niedemokratycznej, jak to się tutaj określa brak obecności przy urnie wyborczej. Można nie dostać paszportu, nie wolno brać udział w konkursach na pracowników państwowych, w egzaminach na państwowe wyższe uczelnie, itp. Właściwie wszystko to, co jest związane z działalnością państwa staje się dla krnąbrnego obywatela niedostępne.

Inna różnica to taka, że kilka dni przed wyborami i kilka po nich niewolno nikogo aresztować. Prawo to pochodzi jeszcze z dawnych czasów, kiedy to możni i wpływowi, aby uniemożliwić głosowanie na innego kandydata niż oni sami, aresztowali zawsze na czas wyborów takich obywateli, którzy mogli mieć jakieś inne poglądy polityczne i chcieli głosować na kogoś innego. Po wyborach byli oczywiście z reguły zwalniani, choć nie zawsze było to takie oczywiste. Dziś skutkiem tego prawa jest prawdziwa eksplozja przestępczości w okolicach wyborów. Najlepiej w tych dniach w ogóle nie wychodzić z domu.

Obowiązek głosowania sprawia, że frekwencja jest wyśmienita. Jednak ludzie muszą stać po kilka godzin w kolejkach do urn. Z bliska nie wygląda to tak miło.

Trudno jest nam zrozumieć to wszystko. Wydaje się, że Brazylijczycy najzwyczajniej chcą, aby ich kraj był rządzony przez złodziei i morderców. W niby wolnych wyborach ciągle przecież na nich głosują. Korupcja jest tak wielka i wzajemne zależności do tego stopnia głębokie, że nic w takiej sytuacji nie jest proste.

Dziś zakończy się hałas z powodu wyborów amerykańskich. Nie wiem zaś kiedy zakończy się chaos z wyborami brazylijskimi. Bez wątpienia nasz Kościół ma tutaj wiele do zrobienia wychowując swoich synów i córki do uczciwości. Uczciwość, jedynie ona uleczy wszelkie polityczne choroby.

Ad Gentes

Manaus, 26.10.2016

Ojciec Święty Franciszek w orędziu na tegoroczny Światowy Dzień Misyjny napisał do nas wszystkich między innymi: „Nie wyczerpał się ewangeliczny nakaz: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (Mt 28, 19-20). Co więcej zobowiązuje nas wszystkich, w aktualnych sytuacjach i wyzwaniach, abyśmy poczuli się wezwani do ponownego misyjnego „wyjścia”… wyjścia z własnej wygody i zdobycia się na odwagę, by dotrzeć na wszystkie peryferie potrzebujące światła Ewangelii”. Są to słowa inspirujące i ponaglające. Bez wątpienia misje są dla nas wszystkich najważniejsze, lub przynajmniej powinny być. Kiedy się to odkrywa, wiara nasza staje się bardzo żywa, doświadczenie Kościoła ogromnie głębokie. Kiedy katolik umie być misyjny, wtedy podejmuje odpowiedzialność za Kościół. Kościół nie jest już więcej dla niego jakąś tam instytucją, ale staje się „moim Kościołem, moją wspólnotą, moim życiem”. Oto dlaczego misje powinny być dla nas najważniejsze.

Z Polski, według danych z internetowej strony Dzieła Pomocy Ad Gentes, wyjechało na misje 2040 misjonarzy. Może się to wydawać sporo. Jednak w porównaniu z Włochami i Hiszpanią jest to bardzo mało. Oczywiście najwięcej polskich misjonarzy pracuje w Afryce, a zaraz potem w Ameryce Południowej. W niej zaś najwięcej w Brazylii. To pewnie raczej z powodu tego, że jest to po prostu największy kraj latynoamerykański. Mamy tutaj aż 147 misjonarzy zakonnych, 55 księży fidei donum, 49 sióstr zakonnych i jedną misjonarkę świecką. W naszej diecezji Manaus mamy z Polski jedną siostrę zakonną, trzech zakonników i dwóch fidei donum. Można powiedzieć, że diecezja pelplińska jest tu górą, bo właśnie aż dwoje misjonarzy jest z Pelplina, siostra Bożena Stencel, pochodząca ze Stężycy i ja.

Ilość zagranicznych misjonarzy w Brazylii z roku na rok maleje. Ci najstarsi powoli wymierają. Młodych zaś jest coraz mniej. Nawet widać to ostatnio jeszcze bardziej w naszej diecezji. Mimo, że misjonarzy zagranicznych jest nadal najwięcej, to jednak tych nowych nie przybywa. Ostatnio nawet kilku zrezygnowało i powróciło do swych krajów. Na szczęście lekko poprawia się sytuacja z klerem rodzimym. Jednak daleko jeszcze jej do normalności. Długo jeszcze Manaus będzie potrzebowało kapłanów z zewnątrz.

Katolicka Brazylia przyjmuje misjonarzy, ale też i sama ich wysyła. Wprawdzie są to ilości bardzo niewielkie. Najwięcej jest sióstr zakonnych. To głównie za sprawą powiązań językowych z dawnymi koloniami portugalskimi. Wiele sióstr Brazylijek jedzie do Angoli lub Mozambiku. Mają wtedy ułatwione zadanie, bo język jest przecież ten sam.

W Manaus mamy też „misje w misjach”. Niektóre zgromadzenia zakonne, na przykład redemptoryści, wspólnoty kościelne, jak na przykład Odnowa w Duchu Świętym, organizują wyprawy misyjne do naszego, w granicach naszej diecezji, interioru, albo udają się do Roraimy. To są zawsze prawdziwe wyprawy misyjne. Trwają długo, kilka tygodni. Wiążą się z wielkimi niewygodami i wyrzeczeniami. Są też niebezpieczne, chociażby na dosyć powszechną malarię.

Nasza parafia swego czasu myślała nad zaadoptowaniem jakiejś wspólnoty po drugiej stronie Amazonki. Nawet tam jeździliśmy z naszymi bardziej zaangażowanymi w ewangelizację parafianami. Jednak, jak na razie, nic z tego nie wyszło. Natomiast misyjnym, ewangelizującym, wychodzącym do ludzi musi być każdy z członków naszej parafialnej wspólnoty. Stąd nasze duszpasterstwa i grupy nieustannie gdzieś tam wędrują.  Staramy się pamiętać, że nakaz misyjny jeszcze się nie wyczerpał. To zaś jest naszym wspaniałym doświadczeniem, bo nic tak nie odnawia, ożywia i sił dodaje, jak ewangelizowanie. Misje są dla nas najważniejsze!

100 lat Papieskiej Unii Misyjnej

Manaus, 12. 10. 2016

                W Brazylii dzisiaj mamy wielkie święto. To uroczystość Matki Bożej z Aparecidy. W przyszłym roku będzie już trzysta lat, jak Nossa Senhora Aparecida towarzyszy Kościołowi brazylijskiemu, bowiem cudowne pojawienie się figury Matki Bożej miało właśnie miejsce w 1717 roku. Mamy w sumie cięgle wiele jubileuszy, a świat misji ma wśród nich także i swoje wyjątkowo istotne. Nie można przecież nie wspomnieć o 100-leciu Papieskiej Unii Misyjnej. Już kiedyś o tym jednym z papieskich dzieł Misyjnych pisałem ze szczegółami, więc może tym razem tylko kilka rzeczy dla przypomnienia.

                Wszystko zaczęło się od ojca Pawła Manny, dziś już błogosławionego. Był on długoletnim misjonarzem, ale ze względów zdrowotnych musiał powrócić do swych ojczystych Włoch. Nigdy się z tym nie pogodził i postanowił zrobić coś, aby w przyszłości misjonarze mieli zawsze możliwie jak największą pomoc ze strony swoich lokalnych kościołów. Aby w chorobie nie byli osamotnieni, a w przypadku konieczności powrotu do swych rodzinnych krajów ich misje mogli podjąć i kontynuować kolejni misjonarze. W tym celu założył Unię Misyjną Duchowieństwa zatwierdzoną przez papieża Benedykta XV właśnie w 1916 r. W 1956 r. papież Pius XII wyniósł ją do rangi Dzieł Papieskich. Te i inne inicjatywy misyjne sprawiły, iż papież Jan XXIII nazwał o. Pawła Mannę „Kolumbem” przedsięwzięć misyjnych. Ten Kolumb Misji rzeczywiście na takie miano zasłużył, bo wymyślił tak wiele wspaniałych przedsięwzięć, że bez wątpienia można je postrzegać w kategoriach odkrywania nowych światów. Nie mniej, co jest chyba w tym wszystkim najbardziej istotne, stał się na zawsze wspaniałym kierownikiem duchowości misyjnej i ewangelizacyjnej kapłanów. Zarówno tych, co na misje wyjeżdżali i wyjeżdżają, jak i tych, co duszpastersko pracowali i pracują w swych diecezjach. W misyjnym dziele wszyscy są tak samo ważni. Ci, co wyjeżdżają, nie zrobią nic, bez tych, co zostają. A ci, co zostają, zrobią więcej, będą przy tych, co na misje się udają. W swoich zapiskach o. Manna tak pisze: „Kapłani w pierwszym rzędzie muszą być zorientowani w działalności misyjnej Kościoła. Od księży bowiem zależy, czy katolicy włączą się gorliwiej w sprawy misyjne… Być katolikiem, a zwłaszcza kapłanem i nie włączać się w dzieło rozkrzewiania wiary, znaczyłoby nie rozumieć nic z Ewangelii”. Błogosławiony o. Paweł Manna wierzył, że przyjdzie czas kiedy wszyscy kapłani włączą się w to wielkie dzieło. Mogę potwierdzić, że wielu kapłanów z naszej pelplińskiej diecezji to realizuje. O. Manna napisał także tak: „Drodzy kapłani Jezus zapragnął was mieć do swojej dyspozycji; powierzyć waszym dłoniom, waszej gorliwości i wspaniałomyślności kwestię swojej chwały… Jezus potrzebuje was, waszego działania, waszego zaangażowania i waszej odwagi… On zapragnął waszego serca – szlachetnego, wielkiego i wspaniałomyślnego”.

                W listopadzie 2004 roku, w homilii wygłoszonej podczas beatyfikacyjnej o. Pawła Manny św. Jan Paweł II powiedział tak: „Także w ks. Pawle Mannie widzimy szczególne odbicie chwały Bożej. Całe swe życie poświęcił on sprawie misji. Na wszystkich stronach jego pism obecny jest żywy Jezus — centrum życia i racja działalności misyjnej. W jednym z listów do misjonarzy pisze: «Misjonarz jest niczym, jeśli nie jest uosobieniem Jezusa Chrystusa (…). Jedynie misjonarz, który wiernie naśladuje Jezusa Chrystusa (…) może odtworzyć Jego obraz w duszach innych». Nie ma bowiem misji bez świętości, jak podkreśliłem w encyklice Redemptoris missio: «Duchowość misyjna Kościoła prowadzi do świętości. (…) Trzeba wzbudzić nowy zapał świętości wśród misjonarzy i w całej wspólnocie chrześcijańskiej».

Niech więc dzieło ojca Pawła Manny nie tylko trwa, ale niech się dynamicznie rozwija. Chodzi przecież o tak wiele, bo o nasze i o innych zbawienie.

Farma Nadziei w Manaus.

Manaus, 27. 09. 2016

Rok w parafii wyznaczają nie tylko okresy liturgiczne, odpusty i święta, ale także różne małe i wielkie tradycje. Jedną z takich tradycji w naszej parafii, a zwłaszcza dla Oratorium, jest wyjazd do Fazenda da Esperanca. Wprawdzie w tym roku miało go nie być, kryzys narzucił nam daleko posuniętą dyscyplinę we wszelkich wydatkach, nawet tych niewielkich, to nasze oratoryjne dzieciaki prosiły i przymilały się, jak tylko mogły i umiały. Uległem! Towarzystwo do Fazendy pojechało i wróciło szczęśliwe co nie miara.

Cóż to jest ta Fazenda. Już kiedyś, bardzo dawno, przy okazji wizyty papieża Benedykta w Brazylii o tym pisałem. Fazenda da Esperanca, Farma Nadziei, jest miejscem, gdzie ludzie uzależnieni, zwłaszcza młodzi, odzyskują swoją wolność. Jej powstanie związane jest z rowerem. Może jednak z kazaniem pewnego misjonarza franciszkańskiego.  Pewien młodzieniec o imieniu Nelson codziennie jeździł do pracy swoim starym rowerem. Podobno już bardzo zdezelowanym i coraz trudniej go było naprawiać. Wstawał wcześniej, aby jeszcze zdążyć być na Mszy, którą codziennie celebrował w parafialnym kościele wspomniany już franciszkanin, ojciec Hans Stapel. Pewnego dnia misjonarz, w swojej krótkiej, codziennej  homilii zacytował słowa świętego Jana od Krzyża: „Gdzie nie ma miłości tam ty okaż miłość i Miłość tam napotkasz”. Nelson codziennie wracając z pracy, już w sumie nocą, zawsze przejeżdżał przez ulice pełne najróżniejszej biedy. Zwłaszcza w jednym miejscy, za rogiem jednego ze sklepów z „mydłem i powidłem” młodzi ludzie, którzy sami byli narkomanami, handlowali narkotykami. Inni młodzi przychodzili je tam kupować i zaraz za sklepem, w zaroślach, natychmiast ich używali. Nie trzeba opisywać jak tragiczne było to miejsce. Nelson już jak jechał do pracy i myślał nad usłyszanym kazaniem, postanowił, że wracając  zatrzyma się, aby pogadać z handlarzami narkotyków. Tak się tez stało. Zatrzymał się, chociaż bał się okropnie. Zaczął im mówić, że mogą odmienić swoje życie dzięki Ewangelii, że ona da im siłę do życia bez narkotyków. Na to jeden z chłopaków, widząc rower, poprosił o pożyczenie im go. Nelson wiedział, że może już swego starego gruchota nie zobaczyć, co w sumie dosyć skomplikowałoby jego życie. Nie miałby jak jeździć do pracy. Jednak pożyczył. Poszedł do domu. Chłopaki w tym czasie objechali rowerem różnych odbiorców i sprzedali narkotyki. Potem zaczęli rozmawiać o naiwnym Nelsonie i nabijać się z niego, bo oczywiście roweru nie mieli wcale zamiaru oddawać. Jednak jeden z nich, Angelo, od samego początku tej historii z rowerem zachowywał się jakoś dziwnie. W pewnym momencie chwycił rower i pojechał do domu Nelsona. Oddają rower zapytał: „To jak to jest z tą całą Ewangelią?” Wtedy obaj poszli do proboszcza i po rozmowie z nim już na plebanii zostali. Tak właśnie zrodziła się Fazenda. Ktoś potem podarował misjonarzowi swoje gospodarstwo, na którym gromadziło się coraz więcej narkomanów w Ewangelii szukających siły do życia w wolności. Dziś Fazenda da Esperanca to ogromna wspólnota wspólnot. Jest ich wiele, rozsiane są po całej Brazylii. Mamy także takie dwie pod Manaus. Jedna męska i druga żeńska. Kiedy się wchodzi do męskiej, to jeszcze przed bramą widać wielkie rzeźby. Przedstawiają one Nelsona i Angelo oraz oczywiście rower. Zaraz za bramą zaś napotykamy napis: „Od tego miejsca zaczyna się droga nowego życia”. Ludzie, którzy są w Fazenda da Esperanca uwalniają się od nałogów poprzez modlitwę i pracę. Nie ma w sumie tam żadnych terapii odwykowych. To jest właśnie najdziwniejsze dla wszelkiego rodzaju specjalistów w tej dziedzinie. Żyją w małych wspólnotach, kilka osób, są za siebie nawzajem odpowiedzialni. Pewnie, że wielu odchodzi. Jednak wielu pozostaje i trwa w wolności.

Fazenda da Esperanca zawsze w okolicach liturgicznego wspomnienia świętego Franciszka organizuje swoje święto. Ta w Manaus ma w tym roku piętnaste urodziny. Oczywiście punktem centralnym jest Msza, ale są też teatry, gry, zabawy, jedzenie i generalnie wszystko to, co nasze Oratorium lubi. Zawsze jest tam jeden lub dwóch z naszych do odwiedzenia. W sumie to rozumiem, że tak bardzo chcą tam jechać.

Sytuacja w Brazylii.

Manaus, 13. 09. 2016

Ostatnio wiele osób pytało mnie o to, co tak naprawdę dzieje się w Brazylii. W Polsce media donoszą o głębokim kryzysie. No cóż, kryzys jest i każdy to widzi. Jednak wyjaśnić o co w tym wszystkim chodzi, to nie wiem, czy będę umiał, bo sytuacja jest rzeczywiście skomplikowana. Może najpierw o ekonomii. To dziwne, że kraj, który był uważany za wspaniale się rozwijający, nagle został opuszczony przez inwestorów, dolar zdrożał w ciągu kilku dni trzykrotnie, inflacja się rozszalała i bezrobocie osiągnęło najwyższe z możliwych wysokości. Uważam, że wyjaśnienie na to wszystko jest tylko jedno: szaleni politycy! A tych tutaj, zresztą jak i wielu innych miejscach świata, nie brakuje. Nie mniej dumna Brazylia została w Ameryce Południowej ośmieszona, bo jako jedyna, nie licząc oczywiście Wenezueli, boryka się z gigantycznymi kłopotami. Jakimś dziwnym trafem kraje sąsiednie radzą sobie wyśmienicie.

W Brazylii od ponad piętnastu lat rządzili komuniści. Mówiło się tutaj o nich same najlepsze rzeczy. Prezydent Lula, niegdyś przewodniczący komunistycznej Partii Robotników, człowiek o życiorysie wyjątkowo bogatym w więzienia, strajki, wiece, pochody, manifestacje i uliczne walki, w sumie do teraz jest uważany za świętego. Opowiada się ciągle, że miliony Brazylijczyków wyprowadził ze skrajnej nędzy. No cóż, może i w jakiejś mierze tak było. Jednak publiczne pieniądze były rozdawane na lewo i prawo, co oczywiście gwarantowało sukces polityczny. Partia Robotników ze swoim prezydentem była popierana przez znaczną część społeczeństwa. Tak zagwarantowali sobie wielokrotny sukces wyborczy. Nie było natomiast znaczących inwestycji w opiekę zdrowotną, edukację i bezpieczeństwo. Na dodatek okazało się, że manipulowano przy ekonomii okrutnie. Przez lata fałszowano wskaźniki ekonomiczne. Kiedy skończyły się publiczne pieniądze nagle wszystko się zawaliło. Po Luli prezydentem została pani Dilma Rousseff. Tej jeszcze udało się w pierwszej kadencji zupełnie nieźle kontynuować wirtualne sukcesy swego poprzednika. Jednak w drugiej kadencji poległa. Uruchomiono wobec niej procedurę impeachmentu. Nie zdołała się wybronić i kilka tygodni temu została odsunięta. Odeszła wykrzykując hasła o zamachu stanu, swej niewinności i rychłym powrocie, bo przecież walka trwa!

Druga sprawa, która zadecydowała o kryzysie, to korupcja. To w sumie nic nowego i nic wyjątkowego. Kraje Ameryki Południowej słyną z korupcji. Ta brazylijska jednak osiągnęła stan tak perfekcyjny, że aż dech zapiera. Prawdziwie mistrzowska robota. Okazało się, że chyba nikt z polityków, ze wszelkich możliwych partii, nie pozostał uczciwy. Kradli i brali łapówki wszyscy. Nieustannie dochodziło do sytuacji, które były wyjątkowo tragikomiczne. Jednego dnia pewien polityk przed kamerami opowiadał o swoim nieskazitelnym sumieniu, drugiego dnia wybuchała medialna bomba z informacjami o jego kontach w Szwajcarii, łapówkach i kłamstwach.

Trzecia rzecz, która zadecydowała o politycznym kryzysie jest zgorszenie podwójnym życiem. W tym też nie ma nic nowego i wyjątkowego. W sumie to wszelkie dyktatury mają to do siebie, że posiadają wiele twarzy. Jednak w końcu ludziom cierpliwość się skończyła. Jak długo można słuchać pani prezydent, która opowiada, że jest prosta i zwykła, skromna i w ogóle taka, jak miliony brazylijskich kobiet, i zaraz potem widzieć w mediach, że zatrzymuje się w najdroższych hotelach świata, gdzie nawet najbogatsi szejkowie zastanawiają się, czy ich na to stać, że wydaje miliony na głupoty. Nic tak nie boli, jak doświadczenie bycia wykorzystanym. To właśnie dzisiaj czują miliony Brazylijczyków.

Mam tylko taka nadzieję, że to bolesne doświadczenie zawodu będzie miało efekt oczyszczenia i pomoże dojrzeć Brazylijczykom. W sumie, to wszyscy tego nieustannie potrzebujemy: dojrzałości aby nie dać się zmanipulować!

Kongres Eucharystyczny w Belem.

Manaus, 02.09.2016

Kiedy wracaliśmy ze Światowych Dni Młodzieży, to w Brazylii, a dokładniej w Belem, a więc też w Amazonii, zaczynał się XVII Narodowy Kongres Eucharystyczny. Powiem szczerze, że żałowałem bardzo, iż nie udało mi się w tym wydarzeniu także uczestniczyć, jednak nie można mieć wszystkiego. Nie mniej z naszej parafii pojechały na ten kongres dwie osoby, z Neokatechumenatu, więc mam relacje z pierwszej ręki. Ich podróż była prawdziwą pielgrzymką. Było długo i z pielgrzymimi niewygodami. Z Manaus zorganizowano wyjazd statkiem z 270 pielgrzymami na pokładzie. Podróż trwała w obie strony 14 dni. Spanie w hamakach, w dwóch wspólnych salach. Dla naszych pielgrzymów kongres zaczął się już właściwie na statku, bo codziennie mieli oni nie tylko Mszę Świętą, ale też najróżniejsze inne modlitwy, konferencje i przede wszystkim nieustanną adorację Najświętszego Sakramentu.

Belem, które w tym roku stało się siedzibą kongresu eucharystycznego, to stolica stanu Para. Jest w sumie mniej więcej takim samym, co wielkości, miastem jak Manaus. Leży w delcie Amazonki. Belem, co po polsku oznacza Betlejem, jest w sumie bardzo dobrze przygotowane na przyjmowanie ogromnej liczby pielgrzymów i turystów. To siedziba drugiego co do wielkości sanktuarium maryjnego w Brazylii. Tu też odbywa się co roku słynny na pół świata odpust zwany Cirio de Belem. Zorganizowanie i goszczenie pielgrzymów – uczestników kongresu nie było żadnym problemem.

Belem stało się prawdziwym domem Chleba. Podczas kongresu we wszelkich wydarzeniach uczestniczyły tłumy. Zwłaszcza wielka liczba wiernych brała udział w Mszach Świętych i Adoracjach. Sprawowane one były na tamtejszym stadionie sportowym, słynnym Mangueirao. Tematem kongresu były następujące słowa: „Eucharystia i dzielenie się w Amazonii misyjnej.” Może nie do końca udolnie tłumaczę to zdanie, bo w oryginale portugalskim użyte jest słowo partilia. Oznacza ono właśnie dzielenie się tym, co się ma, solidarność, pomoc, hojność, miłosierdzie. W nawiązaniu do Roku Miłosierdzia i w duchu kongresu jedna z Eucharystii sprawowana była z udziałem najbiedniejszych, ludzi z ulicy, nędzarzy. Potem zaproszono ich na obiad. Był też dzień pojednania, kiedy to w wszelkich możliwych miejscach sprawowano nabożeństwa pokutne i sakrament spowiedzi. Przystępowało do sakramentu pokuty ogromnie dużo ludzi. Jako pierwsi do konfesjonałów uklękli biskupi i księża. Przyznam, że jak na Brazylię, tak strasznie sponiewieraną przez teologie wyzwolenia, która robiła wszystko, aby te Sakramenty zniszczyć, to są to prawdziwe cuda.

Msza na zakończenie kongresu celebrowana była na placu przed sanktuarium maryjnym, przed bazyliką Matki Bożej z Nazaretu. Potem w procesji udano się do katedry i Fortu Żłóbka Betlejemskiego. To oczywiście tez moje tłumaczenie, ale właśnie tak owo miejsce się nazywa. Tu w sumie, czterysta lat temu, narodziło się miasto. Stąd ksiądz arcybiskup Belem, Dom Alberto Taveira Correa, powiedział tak: „Tutaj to miasto wraca do swych początków. Tutaj, czterysta lat temu było ufundowane. Tutaj odnawia swoją więź z Chrystusem.”

My w naszej parafii, aby duchowo połączyć się z kongresem, urządziliśmy także całodobową adorację Najświętszego Sakramentu. Był to dla nas wyjątkowo błogosławiony czas. Wprawdzie wielu bało się ogromnie nocy, bo ostatnio w naszym mieście jeszcze bardziej rozszalała się przestępczość, ale na szczęście nic złego nikomu się nie stało. Więcej, mimo, że była to noc z soboty na niedzielę, a więc czas wielkich fest, okolica naszego kościoła pogrążona była w jakimś wyjątkowym spokoju i ciszy. Było to zauważone dosłownie przez wszystkich. Eucharystia wszystko zwyciężała!

 

Powrót z JMJ Cracóvia 2016

Dotarliśmy do Manaus. Nasza pielgrzymka z okazji spotkania w Krakowie była dosyć długa, nawet niektórzy żartowali pytając, czy byliśmy też po drodze na Antarktydzie. Nie byliśmy na niej, bo jej temperatury na pewno byłyby dla nas śmiertelne.

Już w momencie finalnym Mszy Rozesłania na Polach Miłosierdzia usłyszeliśmy, że Światowe Dni Młodzieży się nie kończą, ale tak naprawdę to dopiero się zaczynają. Wiemy o tym od dawna, stąd nie dziwi nas to, że co chwila ktoś do tych Dni nawiązuje. Ja też będę to czynił wielokrotnie, bo wydarzyło się tak wiele, że trudno będzie nam po prostu o tym nie mówić i nie pisać.

Kilka tygodni przed Dniami Młodzieży pisałem o tym, co Brazylijczycy o Polsce więdzą, co o naszym Kraju sądzą i jak sobie go wyobrażają. Teraz, po powrocie z naszej pielgrzymki, mam jeszcze więcej na ten temat spostrzeżeń. W sumie są to same miłe i bardzo nas radujące uwagi.

Może najpierw o Polskim Kościele, parafiach i kościołach. Mieliśmy podczas naszego pobytu w Polsce przepiekne doswiadczenia. To sprawiło, że moi parafianie mówili z podziwem: „Ten Kosciół jest taki żywy.” W sumie to nie wiem jak to się stało, że mieli oni tylko o brazylijskim, może bardziej latynoamerykańskim Kościdele opinię jako o jedynie dynamicznym, żywym Kościele. Nie mniej, to co widzieli i doświadczyli sprawiło, że zdanie zmienili. Właściwie to zmuszeni byli zmieniać zdanie co chwila, bo okazało się, że poza Brazylią i Manaus świat istnieje, jest wielki i piekny. A ludzie są wszędzie wspaniali.

Przyjeło nas kilka parafii, a zwłaszcza mieliśmy mozliwość doświadczyć życia wspólnot wiary w Chojnicach i Borzyszkowach. Wszędzie Msze były dla naszej małej grupy głębokim doświadczeniem. Jedno z czytań zawsze było po portugalsku, czasami nawet jakieś wezwanie z modlitwy powszechnej. Na koniec były pytania i dzielenie się wrażeniami.

Młodzież z mojej amazońskiej parafii najpierw postrzegała różnice, co w sumie jest normalne, ale też i podobieństwa. Widzieli polski Kościół bardzo żywy, aktywny. Udział wiernych był dla nich fascynacją. Mówili, że wszystko było tak bardzo duchowo głębokie, perfekcyjnie zorganizowane. Zdumiewali się ciszą w świątyniach, ogromną ilością Mszy świętych sprawowanych w niedziele, księżmi i siostrami zakonnymi poubieranymi w swoje duchowne stroje. Cleisona, który w naszej parafii jest koordynatorem ministrantów, fascynowała liturgia, szaty i sprzęty. Niby w sumie nic nowego, bo przecież wiele z tych rzeczy mamy w Manaus, ale to, co w Polsce, było „takie piękne”. Co chwila robił zdjęcie jakimś dzwonkom, gongom, trybularzom, procesyjnym krzyżom. Po raz pierwszy na żywo usłyszeli organy. Nigdy na oczy nie widzieli takiego instrumentu zamontowanego w kościele. Zwłaszcza te w katedrze pelipńskiej były wielkim szokiem, ale to nikogo, kto zna naszą katedrę, nie dziwi. Wszystkie kościoły wydawały się istnym cudem. Nowe i zabytkowe. Jeśli chodzi o te zabytkowe, to wszystkie były starsze niż Brazylia. Dziwili się więc, jak to możliwe, że takie trwałe. Podziwiali czystość naszych świątyń i kwiaty, jakimi były udekorowane. W Amazonii, chociaż jest to miejsce wiecznej zieleni i wszystko rośnie w szalonym tempie, kwiat jest czymś rzadkim. Natomiast kwiaty w wazonie, to luksus. Stąd pięknie przyozdobione nasze kościoły były istną sensacją.

Chciałbym w tym liście serdecznie podziękować tym wszystkim, którzy nam pomogli zrealizować ten pielgrzymi projekt. Wdzięczni jesteśmy za wsparcie materialne, duchowe, dobre rady i wskazówki. Za przyjęcie, goszczenie i wspólnie spędzony czas. Bóg zapłać wszystkim! Bez Was tego wielkiego wydarzenia na pewno by nie było!

Boże Ciało 2016

Manaus,
06.06.2016

Piszę miejsce i datę tego mojego listu, tak dla
późniejszej łatwiejszej organizacji, i od razu mi się przypomina, że to
rocznica pobytu Św. Jana Pawła II w naszej Diecezji Pelplińskiej.  Już siedemnaście lat minęło. Tak szybko, a jednocześnie
tak wiele się wydarzyło ważnych rzeczy. Czas rzeczywiście należy do Boga i jest
on nam dany do wypełnienia go dobrem.

W czasie od ostatniego listu mieliśmy Boże Ciało.
W naszej amazońskiej diecezji to tak zwany dzień jedności. Takich dni jedności
mamy zdefiniowanych przez nasze diecezjalne statuty kilka. Jest to na przykład
uroczystość Niepokalanego Poczęcia, Niedziela Zesłania Ducha Świętego i właśnie
Boże Ciało. W te dni jesteśmy zapraszani przez księdza biskupa aby razem, jako
kościół diecezjalny, celebrować daną uroczystość. W praktyce oznacza to po
prostu to, że wszyscy udajemy się w jedno miejsce wyznaczone na celebrację i
nie organizuje się niczego „konkurencyjnego” w tym samym momencie w jakiejś
innej części miasta. To taka tutejsza tradycja, a z duchowego punktu widzenia
bardzo istotna. Kiedy zgromadzimy się tłumnie w jakimś miejscu, doświadczając
wcześniej ścisku w autobusach, gorąca wczesnego popołudnia tropikalnego Manaus,
słońca lub deszczu, to ma to smak pielgrzymki i doświadczenia duchowe są
rzeczywiście mocne. Czujemy się Kościołem! Po raz kolejny, jako Lud Boży dane
nam jest przeżyć Tajemnicą Bożej Obecności! Przyznam, że to jest doświadczenie
niezwykłe! Bardzo to mnie buduje i zawsze na takie dni jedności idę z radością.
Nasi ludzie też i w sumie nikogo wcale nie trzeba za bardzo namawiać.

Tego roku wszystko zaczęło się Mszą Świętą o 16.00
na Praca do Congresso. Już tak było w zeszłym roku i pisałem o tym szerzej, bo
to miejsce i jednocześnie fakt historyczny ogromnie istotny dla Manaus, więcej,
dla całego brazylijskiego kościoła. Tutaj odbył się czterdzieści jeden lat temu
jeden z najważniejszych brazylijskich kongresów eucharystycznych. Pamiątką tego
wydarzenia jest brazylijska Piąta Modlitwa Eucharystyczna, która jako taka występuje
tylko w tutejszej wersji Mszału. Ksiądz arcybiskup Sergio Castriani mówił w
swej homilii między innymi, przypominając temat tegorocznej uroczystości:
„Eucharystia jest źródłem Miłosierdzia, życia, odpowiedzialności, solidarności
i komunii. Nie pozwólmy nigdy, aby nam ukradziono tę wiarę, tę pewność
rzeczywistej obecności Jezusa w tajemnicy tego Sakramentu.” A ponieważ sytuacja
w Brazylii z dnia na dzień coraz gorsza i ludzie naprawdę bardzo na tym
cierpią, widzę codziennie, że tracą nadzieję, ksiądz arcybiskup dalej nas
nauczał, że ocalenie mamy właśnie w Eucharystii. Bo jeśli ktoś zacznie się do
Niej zbliżać, Ją przyjmować, to będzie to owocem i kontynuacją jego nawrócenia.
A wraz z nim nawróci się i nasz brat, potem wielu innych. Może rzeczywiście, a
przecież już tak wiele razy bywało w historii wielu narodów, że obecny kryzys
polityczny i gospodarczy sprawi, że ten lud wróci do Eucharystii. Oby, bo na
pewno mu tego ogromnie potrzeba.

Po Mszy odbyła się procesja. Może nie za długa,
lekko ponad dwa kilometry. Tłumy znów były wielkie i uczestnictwo ludu po raz
kolejny budujące. Generalnie doświadczenie bardzo głębokie. Nasi ministranci
byli pod wielkim wrażeniem. Opowiadali mi potem, jeden przez drugiego, o swoich
doświadczenia. To są nad wyraz piękne i głębokie doświadczenia Kościoła,
Wspólnoty Wiary. 

Zesłanie Ducha Świętego 2016

Manaus, 23. 05,
2016

Uroczystość Zesłania Ducha Świętego jest we wszystkich kościołach świata
wielkim wydarzeniem. Natomiast w Manaus to już urasta ona do wyjątkowych
wymiarów. Chyba nawet zacząłem rozumieć coś z klimatu pierwotnego kościoła,
kiedy to pierwsi chrześcijanie celebrowali Pięćdziesiątnicę tak, jak Paschę. To
nawet widać do dziś bardzo wyraźnie w liturgii, kiedy się patrzy na Wigilię i
celebrację Zesłania tak, jak one są, czyli na jedną całość. A jak już neokatechumenat
łączy te dwie celebracje, przynajmniej liturgię Słowa, podczas swojej
wigilijnej Eucharystii, to wszystko staje się proste i jasne. Pascha Jezusa
trwa! Piszę te słowa, aby po prostu wykrzyczeć z radości, że mieliśmy cudowne
Zesłanie Ducha Świętego. Radość jest tym większa, bo tak naprawdę nic jej nie
zapowiadało. Wręcz przeciwnie, sytuacja Brazylii staje się coraz trudniejsza,
i, co jak do tej pory nie zdarzało się w sercach tego karnawałowego narodu,
zaczyna go dopadać zniechęcenie. Wiele wspólnot z peryferii i tym bardziej z okolicznych
wiosek nie zorganizowało wyjazdu na Pentecostes, jak to tutaj popularnie
mówimy. Okazało się, że 5 złotych, bo tyle mniej więcej kosztował „na głowę”
autobus, było problemem. Obawialiśmy się, że tym razem uczestnictwo będzie
bardzo słabe. Chociaż wiemy doskonale, że nie o liczby chodzi, to jednak jakieś
tam znaczenie na pewno to ma. Kiedy Kościół gromadzi się w Wieczerniku, Duch
Święty zstępuje.

W pewnym sensie liczby stały się nawet bardzo symboliczne i zaczęły znaczyć
dużo więcej, niż tylko ilości. Zaczęły zdradzać intencje. Sekty
zielonoświątkowe od lat głoszą koniec Kościoła Katolickiego w Brazylii. Nawet
niektóre tutejsze pastorki, panie biskupie, (jak w sumie byłby rodzaj żeński od
biskupa?) oficjalnie przekazały otrzymane od Pana Boga proroctwa. Według nich
Kościół Katolicki w Brazylii się kończy, są to jego ostatnie momenty. Nasza
celebracja Pięćdziesiątnicy tradycyjnie odbywa się na sambodromie, czyli w
miejscu, gdzie normalnie odbywają się finały karnawałowego szaleństwa. To jest
długa budowla, są tam widownie, które mieszczą około sto tysięcy miejsc
siedzących. Oczywiście nie ma tam foteli, ale po prostu beton, tak uformowany,
że da się siedzieć niczym na schodach. Po za tym jest jeszcze pomiędzy tymi
widowniami tak zwana „pista”, czyli jezdnia, po której w karnawale przechodzą
ze swoimi prezentacjami poszczególne szkoły samby. Tego roku, co zresztą dzieje
się już od kilku minionych lat, zapełniliśmy znów cały sambodrom. Oczywiście
zarówno widownie jak i miejsca na bieżni. Tymczasem w poniedziałek wszystkie
gazety napisały, że Pięćdziesiątnicę świętowało mniej więcej około pięćdziesiąt
tysięcy katolików. Takie pisanie nie miałoby najmniejszego znaczenia, gdyby nie
pewien drobny fakt. Wszystkie te dzienniki należą lub zależą od zielonoświątkowców.
Tak już zawsze jest, że jak oni liczą nas, to zawsze jest to liczba bardzo
mała. Jak zaś liczą siebie, to nagle trzymilionowe miasto urasta do wielkości
miasta Meksyk. Sytuacja stała się nawet dosyć komiczna, bo kiedy ogólne
brazylijskie media, a nawet międzynarodowe, zaczęły pisać we wtorek o
największej w Brazylii celebracji Zesłania Ducha Świętego w Manaus, to nasze
dzienniki lokalne, które wcześnie w swych tytułach artykułów zamieszczonych w
Internecie miały „50 tysięcy”, nagle poprawiły na „100 tysięcy”.

Oczywiście temat tegorocznego Pentecostes musiał być związany z Rokiem
Miłosierdzia. Modliliśmy się: Duch Święty źródłem życia i miłosierdzia. Dom
Sergio, nasz ksiądz arcybiskup, powiedział w kazaniu, że dla Brazylii to
Zesłanie Ducha Świętego ma szczególne znaczenie. Duch Święty nas utwierdza w
pewności, że dla tego kraju, tak bardzo ostatnio niszczonego najróżniejszymi
przejawami zła, cały czas jest nadzieja. Brazylia się nawróci, odrodzi, stanie
się święta. 

Brazylijczycy o Polsce

Manaus, 02. 05.
2016

Jeśli chodzi o wiedzę Brazylijczyków o Polsce to obecnie jest ona, tak to na
mój prywatny użytek oceniam, wyśmienita. Uważam, że zawdzięczamy to świętemu
Janie Pawle II, świętej Faustynie i obecnie Światowym Dniom Młodzieży. Oczywiście
taka wiedza inspirowana katolickimi świętymi, jeśli już, spotykana jest tylko wśród
katolików. Inni, dla których sprawy naszego kościoła nie mają znaczenia
pozbawieni są takiej inspiracji. Nie ma więc co się dziwić, że zdarza się
jeszcze co jakiś czas, że zszokuję się jakimś pytaniem o Polskę i polskie
sprawy. Najpierw o położenie: „Gdzie ta Polonia się znajduje? W Europie?
Poważnie? A mówicie po angielsku czy po niemiecku?” No cóż, my Polacy też nie
zawsze wszystko wiemy o Brazylii. Kiedyś na lotnisku w Warszawie, kiedy już z
odebranymi walizkami chciałem niepostrzeżenie przemknąć przejściem dla tych, co
to nic nie mają do zadeklarowania na cle, zostałem nagle zatrzymany przez pana
celnika i zapytany skąd leciałem. Kiedy wyjaśniłem gdzie zaczęła się moja
podróż, pan celnik wykrzykną: „Manaus? A gdzie to jest? W jakiejś Azji?” No
cóż, to mnie przygotowało na późniejsze podobne reakcje i pytania o położenie
Polski ze strony Brazylijczyków. Już kilka razy oni też chcieli szukać naszego
kraju w jakiejś tam Azji. Zabawne jest też to, że kiedy pytają o moje
pochodzenie i ja odpowiadam: „Polonia!”, to niekiedy oni rozumieją to jako
Bolonia albo Kolonia. Nieporozumień jest więc ciągle bardzo wiele. Teraz, kiedy
niektórzy młodzi ludzie wybierają się do Krakowa, zainteresowanie Polską
wyraźnie się wzmogło. Nie wiem za bardzo skąd oni czerpią te najróżniejsze
informacje, ale czasami mam już mało cierpliwości, aby wyjaśniać, że nie jemy
tylko wyłącznie kapusty i kartofli. Jest też kilka bardzo wstydliwych dla nas
stereotypów, jakie krążą w Brazylii o Polsce i Polakach. Jest to na szczęście
bardziej znane na południu, a że Brazylia to kraj w sumie kontynentalny, więc
na amazońską północ nie zawsze te miej przyjemne wiadomości docierają.

Zapewne to właśnie dzięki Światowym Dniom Młodzieży w minionym roku w
tutejszych mediach pojawiły różne programy o Polsce. Oczywiście głównie o
profilu turystycznym. Pokazano nasz kraj bardzo ładnie, nie ukrywam, ogromnie
mi się to spodobało. Były też informacje w Internecie o naszym panu prezydencie
Andrzeju Dudzie, który podniósł Hostię. Pisano o tym z wielkim szacunkiem.
Ostatnio zaś znalazłem też artykuły o cudach eucharystycznych w Polsce. W
ostatnich zaś dniach pisano o obchodach 1050 rocznicy Chrztu Polskiego Narodu. W
kilku miastach Brazylii, w stolicy Brasilii, w Rio de Janeiro, oczywiście
Kurytybie i w kilku jeszcze innych miejscach obchodzono tę rocznicę uroczystymi
mszami dziękczynnymi. W Brasilii taka Eucharystia dziękczynna odprawiona
została przez trzech polskich księży biskupów, z udziałem wielu Polaków z panem
ambasadorem Andrzejem Marią Braiterem na czele. 
Pan ambasador przepięknie powiedział o wyjątkowo ważnych  konsekwencjach chrztu i o roli Kościoła
Katolickiego w dziejach Polski. Na tej mszy została też wspomniana emigracja
polska w Brazylii. To bez wątpienia będzie jeszcze tematem moich listów.
Wprawdzie pierwszy udokumentowany przypadek polskich emigrantów pochodzi z
połowy XVI wieku, to za właściwą emigrację uznaje się tych, którzy zaczęli
przybywać do Brazylii w połowie XIX wieku. Stąd mówi się coraz częściej o
przygotowaniach do obchodów 150 rocznicy polskiej emigracji. W jakiejś mierze
chyba się już te przygotowania zaczęły, bo Polska pojawia się w Brazylii coraz
częściej. Ostatnio za sprawą wielu najróżniejszych artystów. Być może wkrótce,
zaraz po powrocie z Polski, będziemy też słyszeć o polskich sportowcach
błyszczących złotymi medalami na olimpijskich podiach. A moi młodzi pielgrzymi
na Światowe Dni Młodzieży  uczą się mówić
dzień dobry i dobranoc. Pewnie na tym poprzestaniemy, bo nauczyciel ze mnie
chyba nie jest najlepszy. Postaram się być wytrwalszym tłumaczem. 

Kronika parafialna

Manaus,
25.04.2016

Tym razem chciałbym
przedstawić garść informacji z naszego parafialnego podwórka. W finale
Wielkiego Postu i w Wielkanoc działo się tak wiele wspaniałych rzeczy, że
pominięcie tego milczeniem byłoby chyba nawet grzechem. Najpierw to, że w
diecezji mamy nowego biskupa pomocniczego. Dla ludzi stąd to wyjątkowe
zdarzenie, bo został nim ksiądz Jose Albuquerque z tutejszej diecezji, a
dokładnie z Manaus. Tutaj się urodził w 1968 roku, wychował, wykształcił i
pracował. Przez ostatnie lata był rektorem tutejszego seminarium duchownego.
Jak wspomniałem, dla kościoła amazońskiego to radość wyjątkowa. Została ta
wiadomość ogłoszona w przedostatnim tygodniu Wielkiego Postu i właściwie stała
się niczym radość Zmartwychwstania. Czemu tak wiele tego cieszenia się? No cóż,
dla wspólnoty Kościoła każda nominacja biskupia, także i każde kapłańskie i
diakońskie święcenia to już motyw wystarczający do radości. Ale dla
Amazończyków to coś wyjątkowego z pewnego, dosyć trudnego do właściwego
wyjaśnienia powodu. Mniej więcej chodzi tu o swoisty kompleks spowodowany
niewątpliwą krzywdą, jaką tutejszemu ludowi wyrządzono. Otóż byli tacy w
historii co uważali, że w Amazonii powołań nie ma, bo być nie może. Nie może,
bo tutejsi ludzie nie są w stanie sprostać tak wielkiemu powołaniu, jakim jest
kapłaństwo. O biskupstwie to już w ogóle mowy być nie mogło. Wszyscy wiemy, że
takie myślenie jest po prostu głupie. Nie mniej tak bardzo zakorzeniło się w
tutejszej mentalności, że cały czas utrudnia powołania. Dla księży stąd jest to
wielki problem, ból, tabu. Czują się jakoś gorsi, jakby drugiej kategorii. W
rzadkich chwilach szczerości wybuchają żalem i pretensjami. Tylko do kogo? Ja
takich rzeczy przecież nie wymyśliłem i tak nie myślę. Nawet wcześniej nie miałem
pojęcia o takim absurdalnym ocenianiu ludzi stąd. Nie mniej fakt, że jestem
Europejczykiem i bardzo białym, stawia mnie w kręgu przynajmniej tych
podejrzanych. W takich okolicznościach nominacja jak najbardziej amazońskiego
biskupa dla mnie też stała się powodem do radości. Dla historycznej uczciwości
trzeba zaznaczyć, że w Manaus już raz był amazoński z pochodzenia biskup
pomocniczy. Był nim Dom Jacson Damasceno. Jednak zaraz po nominacji ciężko
zachorował i po roku zmarł. Oczywiście pamięta się go tutaj nieustannie. Nawet
liczne szkoły noszą jego imię. Miejmy nadzieję, że teraz Manauaras będą
odważniejsi w podejmowaniu powołań.

W parafii też wszystko w tym roku było wyjątkowe. Rok Miłosierdzia pomógł
nam bardzo w ewangelizacji. Kolejna grupa ludzi, tym razem są to osoby, które
praktycznie w ogóle nie miały jakiegokolwiek związku z Kościołem, dołączyła do
neokatechumenatu. Piękna sprawa, robi się nam coraz tłoczniej na Drodze, dzięki
Bogu. Wspaniałym też doświadczeniem stały się dla nas spowiedzi. Pamiętam, że
osiem lat temu nikt nawet nie myślał o spowiadaniu się. Tym razem, było to 19
marca, urządziliśmy dzień parafialnego pojednania. Spowiadaliśmy jak za dawnych
dobrych czasów w Polsce. To znaczy jak byłem wikariuszem jeszcze w Kraju.
Zaczęliśmy w sumie jeszcze przed Mszą o szóstej rano i właściwie zakończyliśmy
prawie o północy. Byłem absolutnie szczęśliwy. Triduum Sacrum też biło w tym
roku wszelkie rekordy. Wcale mi tu nie chodzi tylko o tłumy, chociaż te też
były zdumiewające, ale bardziej o zaangażowanie. Rzeczywiście uczestnictwo
naszych parafian w Wielkim Tygodniu było dla mnie budujące i wzruszające. Bez
wątpienia takim „naj” stał się tym razem dla nas Wielki Piątek. Z powodu
wielkiej liczby uczestników sama adoracja Krzyża trwała dwie godziny. Drogę
Krzyżową, którą tutaj tradycyjnie, z inscenizacjami poszczególnych scen
ewangelicznych, mamy po liturgii wielkopiątkowej, praktycznie zaczęliśmy tym
razem o zmroku. Nieco to skomplikowało całą sytuację, bo nie mieliśmy
przygotowanego oświetlenia. Ale na szczęście przeżycia były tak silne, że chyba
tylko ja się tym brakiem iluminacji przejąłem. Ostatecznie Chrystus, jak co
roku, został ukrzyżowany na Colina do Aleixo, a po trzech dniach
Zmartwychwstał. Paschę znów przeżywałem dwa razy. Ta neokatechumenalna zyskała
w tym roku jeszcze lepszą oprawę liturgiczną dzięki naszym diakonom stałym. Tak
to, dzięki łasce Bożej, rośniemy, a w tym wielkim bożym dziele mają też swój
udział Ci wszyscy, którzy nam nieustannie pomagają. Czyż Kościół Chrystusa nie
jest wspaniały! 

Helder Camara

W tych dniach
Brazylię obiegła niezwykła wiadomość. Przynajmniej dla katolików stała się ona
wyjątkowa. Cancao Nova, a więc największa informacyjna multimedialna platforma
katolicka podała, że Dom Helder Camara został przez Stolicę Apostolską
ogłoszony sługą bożym. Oznacza to, że może on być za jakiś czas beatyfikowany i
kanonizowany. Wiadomość ta spowodowała szok. Z jednej strony euforia jednych
katolików, piszących na forach internetowych „wreszcie”, a z drugiej strony
inni, też katolicy, wyrażali swoje daleko idące niezadowolenie i oburzenie.
„Jak można kanonizować heretyka i marksistę?” – pytali. Niektórych komentarzy
nie odważyłbym się nawet tłumaczyć. No cóż, do kanonizacji, jeśli nawet do niej
dojdzie, jest jeszcze bardzo daleko. Nazywać zaś dom Heldera Camarę „marksistą”
jest na pewno nieuczciwe. Podobna sytuacja zdarzyła się, kiedy tak samo stało
się z Dom Oskarem Romero. Dziś już nikt w kwestii Romero taki rozgorączkowany
nie jest. Okazało się, po gruntownych badaniach dokumentów, pism i wypowiedzi
tego południowo – amerykańskiego biskupa męczennika, że padł on ofiarą
manipulacji i chciano, aby Kościół miał go za marksistę. Tymczasem było po
prostu głęboko ewangeliczne życie. Tak to jest w tym świecie, co w sumie nie
jest żadną nowością, że kiedy ktoś chce żyć według Ewangelii, to jest od razu w
oczach tego świata wariatem. W sumie też podobnie, chociaż w tamtym momencie z
radości nie posiadali się, powiedzmy tutaj w taki sposób: „tradycjoniści”,
kiedy to ogłoszono pośmiertne pojednanie się z Kościołem księdza Cicero. Te
wszystkie trzy postaci bez wątpienia są niezwykłe. W swoim czasie i określonych
okolicznościach żyli Ewangelią, stali się bohaterami wiary. Chciano ich
zniszczyć, ale okazuje się, że prawda zawsze zwycięża. Na pewno będę jeszcze o
nich pisał, nawet już kiedyś pojawiali się w moich listach. Teraz jednak wróćmy
do biskupa Camary. Kim był, że tak wielkie po dziś dzień budzi emocje? Czemu
jedni go kochają? Inni zaś nazywają heretykiem? Ponieważ wszystkiego na raz
powiedzieć się nie da, więc dziś tylko kilka danych biograficznych.

Dom Helder Camara
był jednym z najbardziej sławnych biskupów brazylijskich. Kochany do szaleństwa
przez wszystkich biednych. Przykład ewangelicznego życia. Święty! Miał dostać
nagrodę pokojową Nobla. Był do niej nominowany cztery razy. Dziś może już to
nie jest w sumie nic wielkiego, ale wówczas byłoby to wielkie wyróżnienie,
uznanie i nagroda. Dyktatura wojskowa wówczas rządząca Brazylią, zadziałała
wszędzie na najwyższych szczeblach, aby do tego nie doszło.

Pełne nazwisko
naszego sługi bożego to Helder Pessoa Camara. Urodził się w 1909 roku w Recife.
Miał liczna rodzeństwo, był jedenastym dzieckiem. Jego ojciec był
dziennikarzem, krytykiem teatralnym i funkcjonariuszem pewnej wielkiej firmy
handlowej. Matka zaś nauczycielką. Podobno już bardzo wcześnie wykazywał chęci
pozostania księdzem. To w sumie nie było za bardzo po myśli jego ojca, co jest
nawet typowe, przynajmniej mam takie wrażenie, u wszystkich ojców
brazylijskich. Kapłaństwo jest takie fajne, „to wspaniałe poświęcenie i
zaszczyt, ale jeśli chodzi o mojego syna to oczywiście: nie!” – często coś
mniej więcej takiego czytam i ostatnio nawet usłyszałem od jednego z naszych
parafian, kiedy to rozważaliśmy przez moment wariant kapłański dla jego
jedynego syna. Jednak mały Helder księdzem został. Piszę „mały”, bo w tej
historii jest to dosyć symboliczne. Wstąpił do seminarium w Fortalezie, które
wówczas prowadzone było przez lazarystów i posiadało famę bardzo dobrego, ale
surowego, mając zaledwie lat piętnaście. Święcenia kapłańskie zaś przyjął w
wieku dwudziestu dwóch lat. Oczywiście wszystko odbyło się ze specjalnym
pozwoleniem Stolicy Apostolskiej. Oczywiście działał od razu pastoralnie,
ewangelizując, katechizując, ucząc, a wręcz nawet organizując edukację w stanie
Ceara. Na polu pastoralnym i socjalnym jego działalność była tak wielka, że aż
nie sposób tego wszystkiego, co uczynił, wyliczać. Biskupem został w 1952. Jego
biskupie zawołanie brzmiało: „W Twoich rękach.” Zorganizował Konferencję
Biskupów Brazylijskich. Zasłynął w czasach dyktatury jako wielki obrońca praw
człowieka. Głosił Kościół ubogi, solidaryzował się z każdą nędzą, zwłaszcza tą
materialną. Zmarł jako nędzarz w 1999 roku. Dziś Kościół w Brazylii zaczyna
pracę na jego procesem beatyfikacyjnym. 

Nowy biskup w Sao Raimundo Nonato

Manaus,
30.03.2016

Na początku marca
została podana do wiadomości publicznej wiadomość, że ksiądz biskup Edward
Zielski został przez Ojca Świętego Franciszka mianowany biskupem diecezji Sao
Raimundo Nonato w Paui, co oznacza, że opuszcza diecezję Campo Maior. Już
dziesiątki listów poświęciłem księdzu biskupowi Edwardowi, wiele mu zawdzięczam
i nie sposób, w takiej sytuacji, tej zmianie nie poświęcić tego listu.

Bez wątpienia
diecezja Sao Raimundo Nonato w kategoriach misyjnych to wielkie wyzwanie. Nie mniej
ksiądz biskup Zielski pytany przez dziennikarza odpowiedział najzwyczajniej:
„Misjonarz nie unika zadań, jakie Kościół mu powierza. Ojciec Święty wezwał
mnie w 2000 roku, aby służyć jako biskup w Campo Maior, a teraz mnie powołuje
do diecezji Sao Raimundo Nonato. ” Potem zaś, kiedy dziennikarz napomknął o
wiele trudniejszych, niż w Campo Maior, realiach w Sao Raimundo Nonato, ksiądz
biskup szczerze i natychmiast odparł, że nie obawia się wyzwań i trudności
związanych z nowym miejscem. No cóż, ksiądz biskup Edward pracował już w
rejonach równie suchych i biednych, więc nie jest to dla niego nowością.

Diecezja Sao
Rajmundo Nonato od czerwca zeszłego roku była bez biskupa. Z jednej strony
takie wielomiesięczne, a czasami nawet kilkuletnie wakaty w diecezjach
brazylijskich, to rzecz normalna. Dzieje się tak zwłaszcza w rejonach biednych
i oddalonych. A tak właśnie jest z tą nową diecezją.

Jeśli chodzi o
geografie, to Sao Raimundo Nonato położone jest w głębi stanu Paui, w części
określanej jako półpustynia. Chociaż kiedy się jedzie tamtejszymi drogami, to
ma się wrażenie, że to już jest najzwyczajniejsza pustynia. Wszystko suche,
spalone, czerwona ziemia, pył i ludzkie osiedla niezmiernie rzadkie. Diecezja
rozciąga się na obszarze prawie czterdziestu tysięcy kilometrów kwadratowych. Ludności
zaś jest około 156 tysięcy. Głównie zajmują się rolnictwem i hodowlą zwierząt.
Zwarzywszy na warunki klimatyczne, można sobie wyobrazić, jaki jest poziom rozwoju
gospodarczego tego miejsca. Jeśli zaś chodzi o ciekawostki, to w tamtym rejonie
znajduje się Park Narodowy Sierra de Capivara. Miejsce słynne z tego, że
znaleziono tam najstarsze w Ameryce Południowej, sprzed pięćdziesięciu tysięcy
lat, ślady człowieka i jakieś tam inne prehistoryczne rewelacje. Nie mniej,
turyści raczej tłumnie tam nie jadą, no chyba tylko tacy, co to uwielbiają
ekstremalne warunki.

Diecezja Sao
Raimundo Nonatu powstała, jeszcze jako prałatura, w 1960 roku. Natomiast w
diecezję została przekształcona w 1981. Ksiądz biskup Zielski jest już piatym
biskupem tejże diecezji. Według danych z 2014 roku pracowało tam, licząc księży
diecezjalnych i zakonnych 30 kapłanów oraz 8 diakonów stałych. Parafii zaś było
28.

Ksiądz biskup
Edward Zielski swoja nową diecezję objął w dniu 2 kietnia, w przeddzień Święta
Miłosierdzia. Zważywszy na to, że ksiądz biskup jest nie tylko gorliwym
czcicielem, ale też wielkim propagatorem Bożego Miłosierdzia, to taka data jest
bardzo znacząca. Ufamy, że z pomocą Bożego Miłosierdzia także i w Sao Raimundo
Nonato uda mu się, mimo trudnych warunków, zrealizować wiele  pięknych projektów ewangelizacyjnych,
wzbudzić nowe powołania, wykształcić kapłanów i jeszcze bardziej rozpalić wiarę
tamtego ludu. W Campo Maior udało mu się tego dokonać, więc też można się
spodziewać tego samego w Sao Raimundo. Nam zaś pozostaje się tylko modlić za
księdza biskupa i wypraszać mu wiele Bożych łask. 

Ks. Eugeniusz Klawikowski

Manaus, 15. 03.
2016

Do naszego grona
polskich misjonarzy amazońskich właśnie dołączył kolejny kapłan. Jest nim
ksiądz Eugeniusz Klawikowski z Archidiecezji Gdańskiej. Ma czterdzieści lat
życia i piętnaście lat kapłaństwa. Jego droga do Manaus jest w sumie podobna do
mojej. Najpierw pojechał, na zaproszenie księdza biskupa Edwarda Zielskiego, do
diecezji Campo Maior w Piaui. Tam uczył się języka, nabywał misyjnego
doświadczenia, poznawał brazylijski Kościół, obyczaje i aklimatyzował się. W
zeszłym roku, właśnie na Wielki Post, przyjechał do nas, aby poznać Amazonię.
Najwyraźniej w Manaus mu się podobało, bo zdecydował się tutaj przenieść. Trzeba
Campo Maior dzięki księdzu biskupowi Zielskiemu nie cierpi aż tak bardzo na
brak kapłanów. Nie mniej ma wiele swoich bolączek, między nimi zaś bardzo
dotkliwymi są tamtejsze trudności materialne. Manaus zaś ma dalej wiele
wspólnot bez proboszcza. Jak tylko pojawi się jakiś misjonarz, ksiądz biskup
natychmiast tworzy nową parafię. W ten sposób nie ma parafii bez proboszcza,
ale są one tak ogromne, że będzie je można jeszcze dzielić i dzielić bardzo
długo.

Ks. Eugeniusz
został właśnie mianowany proboszczem jednej z parafii w naszej diecezji.
Znajduje się ona w miejscu zwanym Puraquequara i jej główną patronką jest
Najświętsza Maryja Panna Matka Biednych (Nossa Senhora Mae dos Pobres). Nie
jest to jednak nowo utworzona parafia. Wręcz przeciwnie, ma już swoją bardzo
dostojną historię. Jak na tutejsze warunki nawet dosyć długą. Powstanie parafii
związane jest z przybyciem do Puraquequara w latach siedemdziesiątych minionego
wieku sióstr ze zgromadzenia Franciszkanek Misjonarek Maryi. Zasłynęła wówczas
w tamtej okolicy siostra Gabrielle Cogels. Ewangelizowała, uczyła i leczyła. To
ona tak wszystkim pokierowała, że w zagubionej wówczas w lasach i rozlewiskach
Puraquequara zaczęła się misja i powstały liczne wspólnoty. Dziś można tam
dojechać drogą asfaltową, nawet dosyć dobrą, mijając po drodze fabryki
amazońskiego dystryktu industrialnego. W latach siedemdziesiątych można tam
było dotrzeć tylko od strony rzeki, płynąc w dół Amazonką a potem wpływając do
rozlewiska rzeki Puraquequara. Była to więc prawdziwa misja i w pewien sposób
nią po dzień dzisiejszy pozostaje. Parafia ma dziewiętnaście wspólnot. Do
jedenastu z nich dostęp jest możliwy tylko łódką. Do najdalszej podróż
motorówką trwa prawie dwie godziny. Są to wprawdzie wspólnoty małe, ale bardzo
dynamiczne.

Instalacja
proboszczowska została wyznaczona przez księdza biskupa na 12 marca. Po
południu zebrała się cała rada parafialna. Ponieważ wspólnot jest sporo, wiec
też i uczestników tejże rady było dosyć dużo, w sumie wypełnili kościół
Najświętszej Maryi Panny Matki Biednych. Każda wspólnota chciała powiedzieć coś
o sobie nowemu proboszczowi, co sprawiło, że całość tej pierwszego spotkania
rady duszpasterskiej trwało bardzo długo. Potem zaś była missa da posse, czyli Msza z uroczystym prowadzeniem w urząd nowego
proboszcza. Ksiądz Eugeniusz został przyjęty przez swoich nowych parafian
bardzo gorąco. Wprawdzie i tak było gorąco z powodu upału, ale radość i duma
wypisana była na twarzach wszystkich, którzy przybyli na proboszczowską instalację.
Bez wątpienia nie będzie miał czasu na wielkie przyglądanie się i powolne
zaczynanie, bo nominacja dokonała się w sumie w ostatnich dniach Wielkiego
Postu. Trzeba teraz szybko przygotować parafię do Wielkiego Tygodnia i Paschy.
Na pewno się mu to uda wyśmienicie. A celebrować Paschę z parafianami to znaczy
zacząć od najważniejszego i najlepiej. Dalej wszystko się już potoczy bardzo
sprawnie i szybko. Nowemu proboszczowi życzymy wszystkiego co najlepsze, a o
wyjątkowych zdarzeniach z życia jego i jego parafii na pewno zaraz napiszę. 

CF 2016

Manaus,
28.02.2016

Kościół w
Brazylii w Wielkim Poście zawsze realizuje Campanha da Fraternidade, czyli
Kampanię Braterstwa. W tym roku jest to kampania ekumeniczna i jest to już
piata akcja o takim charakterze. Ponieważ ostatnia encyklika papieska dotyczyła
ekologii, więc kampania nie mogła mieć innego tematu, jak właśnie taki
ekologiczny. Stąd temat tegoroczne kampanii jest następujący: „Casa comum,
nossa resssponsabilidade”, czyli „Wspólny dom, wspólna odpowiedzialność”.
Podtematem został wybrany fragment z Księgi Amosa 5, 24: „Niech sprawiedliwość
wystąpi jak woda z brzegów i prawość jak potok nie wysychający wyleje!” No cóż,
na pierwszy rzut właśnie ta woda wydaje się w tegorocznej kampanii
najważniejsza. Jednak po uważniejszym przypatrzeniu się tematom i treści
kampanii widać, że chodzi o sprawiedliwość.

Najpierw może o
ekumenii. W Manaus nie ma żadnego kościoła, z którym mogłaby ta ekumenia być
uprawiana. W Brazylii bez wątpienia takie kościoły chrześcijańskie istnieją,
jednak nie tutaj. Mamy tylko najróżniejszego rodzaju sekty, które nie są
zainteresowane prawdziwą ekumenią. Nie mniej samo słowo jest powszechnie
używane, ale w zupełnie nie w swoim oryginalnym znaczeniu. Tutaj jako ekumenię
rozumie się pomieszanie wszystkich religii. Ekumenicznym zaś jest się wtedy,
kiedy przyznaje się, że Bóg jest wszędzie taki sam, ze chodzi tak naprawdę tylko
o to, abyśmy się wzajemnie bardzo kochali i żyli w pokoju. Przyznam, że zaraz
na początku naszego pobytu w Amazonii padłem tego pomieszania ofiarą.
Zaproszono mnie na otwarcie pewnej prywatnej szkoły. Miałem udzielić
błogosławieństwa i poświęcić budynek. Po drodze ktoś mi powiedział, że to
będzie kult ekumeniczny. Otwarty i tolerancyjny nie widziałem w tym problemu.
Kult jednak nie miał nic wspólnego z ekumenią. Obecni byli pastorzy z najróżniejszych
sekt zielonoświątkowych. Każdy z nich, a zwłaszcza pewna pani pastor, wykorzystała
swój czas na mówienie przeciwko Kościołowi Katolickiemu udowadniając, jak
bardzo jesteśmy bałwochwalcami i Babilonem. Oczywiście reakcja z mojej strony
zrozumiana była jako brak tolerancji. Dziś słowo tolerancja też ma już zupełnie
inne znaczenia niż kiedyś. Tolerancja każe zawsze przyznać rację tym, którzy
głoszą poprawność polityczna. Kiedy obstaje się przy swoim zdaniu, jest się
nietolerancyjnym, zamkniętym, staroświeckim. Co zrobić, jeśli Prawda jest
niezmienna? No cóż, to pytanie dla modernistycznej ekumenii najwyraźniej nie
istnieje.

Wracam jednak do
tegorocznej kampanii. Jest ona o wodzie. Mówi też o ściekach, kanalizacji i
oczyszczalniach. Mówi w sumie niewiele, bo właściwie czegoś takie w Brazylii
praktycznie nie ma. Można sobie wyobrazić trzymilionowe miasto bez kanalizacji
i oczyszczalni ścieków. Manaus jest właśnie takim miastem. Może wydawać się to
nam bardzo dziwne, ale wbrew pozorom jest to wszystko bardzo ważne. Wchodzi w
zakres podstawowych praw człowieka, a więc też ma związek z jego godnością. W
taki sposób staje się także problemem religijnym. Co więcej, wymaga też
osobistego i społecznego nawrócenia. Bo tak naprawdę to chodzi tutaj o
sprawiedliwość.

Wody na Ziemi
jest coraz mniej. Wody w Amazonii jest też coraz mniej. To nie jest żaden żart,
ani pomyłka. Zmiany klimatyczne są tak wielkie i szybkie, że obserwujemy je w
ciągu tak krótkiego czasu, jak nasz pobyt w Manaus. Osiem lat zaledwie, a
różnice są ogromne. Osiem lat temu pora deszczowa oznaczała codzienne,
wielokrotne, długotrwałe deszcze. Pamiętam deszcze, które trwały po kilka dni
bez przerwy. Rok miniony i obecny to istna tragedia. Gdybym wysilił pamięć,
mógłbym pewnie policzyć ile w ciągu tej pory deszczowej tych opadów było.
Sytuacja jest tak dramatyczna, że z wodospadów amazońskich zupełnie zniknęła
woda. W tym samym czasie miejskie wodociągi mają coraz większe problemy z
dostarczaniem wody mieszkańcom. Nie można już bez pozwolenia i stosownych opłat
kopać studni. Woda staje się reglamentowanym dobrem o coraz większej wartości.
Nie wszyscy mają do niej dostęp. Mówi się, że to właśnie o wodę będą się toczyć
kolejne światowe wojny. Stąd sprawiedliwość w jej dystrybucji i jej odpowiedzialne
używanie powinno być troską każdego z nas. Bez wody nie ma życia na Ziemi. 

Zika

Manaus,
11.02.2016

Ostatnio wiele
wiadomości z najróżniejszych stron światae , w tym także z Polski, mówiły o
Brazylii i zagrożeniu niby brazylijskim zika wirusem. Wszystko z powodu
mikrocefalii, małogłowia. Otóż w ostatnim czasie w Brazylii nagle urodziło się
bardzo dużo dzieci z małogłowiem, czyli z mniejszą niż normalnie głową, co
oczywiście pociąga za sobą także przypadki nieprawidłowo rozwiniętego mózgu.
Wprawdzie w tych wiadomościach mówiło się, że zawsze mikrocefalia oznacza
niedorozwój mózgu i poważne ograniczenia mentalne, ale okazało się, że zdarza
się tak, iż jedno niekiedy nie idzie w parze z drugim. Sam widziałem dziewczynę
z wyraźną mikrocefalią, która studiowała na uniwersytecie. Na dodatek zika
wirus to zaledwie część problemu. Wszystkiemu winien jest pewien komar, aedes aegypti.
Aedes to podobno z greckiego i oznacza kogoś lub coś, co wzbudza wstręt,
nienawiść. Aegypti to z łaciny egipski. Nie ma więc tu nic brazylijskiego,
przynajmniej oryginalnie, w znaczeniu pochodzenia. Jest on po prostu z Afryki. Do
Brazylii trafił razem z przywożonymi tutaj niewolnikami. Podobnie do Stanów
Zjednoczonych. Natomiast po całym tropikalnym świecie rozprzestrzenił się generalnie
wraz z kolonizatorami. Jest dziś obecny w obu Amerykach, Azji i Oceanii.
Oczywiście do życia potrzebuje stałych wysokich temperatur i wilgoci. Stąd
Polska na pewno nie będzie miała z nim problemu. Jeśli nie będzie miała z nim,
więc też nie będzie miała kłopotu ze wszystkimi chorobami roznoszonymi przez
tego komara. A jest ich przynajmniej trzy: wspomniany już zika wirus oraz
dengue i chicungunha. Nie ma więc powodów, aby nagle obawiać się, że jeśli ktoś
przyleci do Rio de Janeiro na olimpiadę, to może zawlec te zarazy do Europy. W
Azji i Oceanii już są, bo to właśnie stamtąd choroby te dotarły do Brazylii. W
Afryce także, bo to w sumie ich ojczyzna. Nie jest też możliwe, aby młodzież,
która będzie brała udział w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie, nawet jeśli
miałaby którąś z tych chorób, mogła kogoś w Polsce zarazić. Do zarażenia
potrzebny jest komar. On na szczęście nie ma szans na przeżycie w warunkach
europejskich. Choroby przenoszone przez aedes aegypti nie są same w sobie aż
takie groźne. Podobne do grypy, u jednych silniejsze, u innych prawie
niezauważalne. Objawy to ciemne plamy na skórze, gorączki, bóle mięśni, stawów,
ogólnie bardzo złe samopoczucie. Ta z chorób, która nazywa się chicungunha, co
w jakimś języku afrykańskim oznacza „chodzić na czworakach”, jest może
najboleśniejsza. To dla tego, że stawy i mięśnie tak bolą, że człowiek nie jest
w stanie normalnie chodzić, próbuje się wtedy przemieszczać, jeśli musi,
czołgając lub na czworakach. Natomiast problemem strasznym jest to, co te trzy
choroby mogą jeszcze spowodować. Wspomniana na początku mikrocefalia jest
właśnie spowodowana przez zika wirus. Jak to się dzieje? Otóż jeśli kobieta w
ciąży, dokładniej na samym jej początku, zachoruje na zika to może to
spowodować komplikacje w rozwoju płodu, zwłaszcza jeśli chodzi o prawidłowy
rozwój czaszki dziecka. Jest ona mniejsza, co dalej ma jeszcze inne
konsekwencje. Ta sprawa z nagle zwiększonymi przypadkami urodzeń z mikrocefalią
ostatnio stała się jeszcze dramatyczniejsza. Jakimś dziwnym trafem tylko w
Brazylii urodziły się dzieci z taką wadą. Kobiety w innych krajach, na przykład
Kolumbia, chociaż miały w ciąży zika wirusa, urodziły dzieci zdrowiuteńkie. Jedna
z tutejszych gazet napisała, że to małogłowie to nie powoduje wirus, tylko
przeterminowana szczepionka podawana kobietom. Chodzi oczywiście o korupcję.
Jakaś firma farmaceutyczna sprzedała, z pomocą łapówek, ministerstwu zdrowia
gigantyczne ilości tej szczepionki. Ona zaś nie zużyta na czas była jeszcze
potem podawana już po dacie jej ważności. Gdyby to była prawda, to byłaby to
jedna z najokrutniejszych zbrodni. Urodzonych dzieci z mikrocefalią, dane z
początku stycznia tego roju,  jest już
ponad trzy tysiące. Liczba ta rośnie bardzo szybko, bo ilość tych przypadków
codziennie się zwiększa. Miejmy jednak nadzieję, że Amerykanie, którzy obiecali
pomoc, szybko wynajdą odpowiednią szczepionkę i zika wirus zostanie wkrótce
wyeliminowany. 

Padre Victor II

Manaus, 5.02.2016

Francisco de
Paula Victor, pierwszy brazylijski Murzyn i niewolnik wyświęcony na kapłana, aż
cały rok czekał na posłanie do jakiejś pracy duszpasterskiej. Został w końcu przez
księdza biskupa ustanowiony proboszczem w parafii w miejscowości Tres Pontas.
Historia tego miasteczka w zestawieniu z swoim nowym proboszczem niewolnikiem
staje się wyjątkowo znamienna. Tres Pontas było kiedyś quilombo. Już kiedyś
pisałem o tym. Quilombo to miejsce, do którego uciekali zbiegli niewolnicy.
Zazwyczaj było ono bardzo oddalone, trudno dostępne, zapomniane. W takim
quilombo zbiegli Murzyni zakładali swoje wioski, czasami nawet dosyć duże,
gdzie jakby odtwarzali swój świat z Afryki. Oczywiście prędzej, czy później
takie osady były przez łowców zbiegłych niewolników wyśledzone, zbierało się
wojsko i rozpoczynano atak. Quilombo równano z ziemią, łapano niewolników a na
tych, którym udało się uciec, urządzano wielkie polowania. W Tres Pontas wymordowano
wszystkich. A okoliczne ziemię zawłaszczyli dla siebie najbardziej okrutni z
łowców niewolników. Oni to właśnie założyli to miasto, w którym teraz
proboszczem został ksiądz Viktor. Nie trzeba wcale dodawać, że przez część
swoich parafian, tych, którzy bogacili się dzięki pracy niewolników, nie tylko,
że nie był przyjęty, ale po prosto jego przybycie potraktowali oni jako kpinę,
żart, inni zaś jako skandal i obrazę Boską. Jeden z tamtejszych wpływowych
właścicieli ziemskich, wicehrabia z Boa Esperança, napisał do księdza biskupa
tak: „Prosiliśmy o kapłana, o księdza mądrego i dobrego. Ksiądz biskup zaś
przysłał nam czarnucha!”. Natomiast większość, czyli wszyscy niewolnicy,
służący, cała biedota przyjęła go jako znak od Boga. Kiedy wszedł do kościoła
na swoje pierwsze spotkanie z parafianami, oczywiście zgromadzili się tylko
niewolnicy i służący, na dodatek cali przerażeni w obawie przed swoimi panami, to
cały lud widząc Murzyna ubranego w kapłańskie szaty, oniemiał i długo stał w
milczeniu. Ktoś szepnął „Anjo”, czyli Anioł. Z tego szeptu zrobił się wielki
szum, który potem przerodził się w okrzyk. Tak właśnie zostało i ksiądz Wiktor
był przez wszystkich nazywany po prostu Aniołem.

Ten Anioł
ucierpiał jednak bardzo wiele. Nie tylko był ignorowany, obrażany wyszydzany i
wyśmiewany przy każdej okazji. Zdarzyło się nawet, że kilkakrotnie go
napadnięto i okrutnie pobito. Jednak nie zniechęcił się i nie zrezygnował.
Wszystkim zaraz z miłością przebaczał. Ponownie, jak to się stało już w
seminarium, poprzez swoją pokorę i cierpliwość, zaczął zdobywać sobie serca
ludzi. Właściwie to nie sobie, ale dla Chrystusa i dla Kościoła. Powoli też
jego parafianie przekonywali się do niego. Nawet ci najbogatsi, nawet ci
zatwardziali gnębiciele niewolników. Co się działo? Otóż działo się bardzo
wiele. Ksiądz Francisco de Paula Victor postawił na miłość i miłosierdzie.
Najpierw przygarniał każdego biednego i opiekował się tymi najbardziej
potrzebującymi. Zajmował się trędowatymi, nawet jeden z nich mieszkał na
początku na plebani, co wówczas było nie do pomyślenia. Zorganizował nauczanie
dla dzieci niewolników i biedoty. Co też było absolutną nowością. Założył
szkołę, do której pozyskał z innych części Brazylii nauczycieli tak
znakomitych, że z czasem, z racji wyśmienitych wyników w nauczaniu, do księdza
Victora swoje dzieci zaczęli nawet posyłać szlachetnie urodzeni. To z jego
szkoły wyszli późniejsi, znani w Brazylii biskupi, kapłani, lekarze,
nauczyciele, społecznicy i politycy. Ksiądz Victor był też egzorcystą. O tej jego
posłudze opowiada się bardzo wiele i oczywiście nie muszę dodawać, że wszystko,
co czynił było rzeczywiście niezwykłe. Jednak największą sławę zyskał z tego
powodu, że za jego przyczyną i w jego obecności działy się po prostu cuda. W
tej parafii, gdzie go przywitano kiedyś jako czarnucha, z nienawiścią i
pogardą, przepracował nad formacją ludzkich serc i dusz 53 lata. Zmarł w 1905
roku. Powiedziano o nim tak: „On patrzył na wszystkich oczyma Chrystusa.
Wszyscy zaś patrząc na niego, widzieli Chrystusa.” Nie widzieli już tylko
anioła, ale właśnie Chrystusa. To piękny wzór dla nas wszystkich, a bez
wątpienia zwłaszcza dla kapłanów. Ksiądz Francisco de Paula Victor osiągnął to
wszystko, bo postawił na miłość i miłosierdzie. 

Padre Victor

Manaus,
05.01.2016

Już prawie dwa
lata temu pisałem o Nha Chica, pewnej błogosławionej brazylijskiej niewolnicy,
pochodzącej ze stanu Minas Gerais, z diecezji Campanha. Najwyraźniej ta
diecezja jest wyjątkowa, bo oto kolejny pochodzący stamtąd sługa Boży, też niewolnik,
tak przynajmniej o nim informowały nagłówki artykułów w gazetach, został w
listopadzie ogłoszony błogosławionym. Jest nim ksiądz Francisco de Paula
Victor. Urodził on się 12 kwietnia 1827 roku w Vila de Campanha da Princesa da
Beira. Była to wówczas osada, która gromadziła poszukiwaczy złota. To
oczywiście stało się powodem szybkiego rozwoju ekonomicznego tego miejsca. Nasz
przyszły ksiądz Victor urodził się w domu należącym do Marianny Barbary
Ferreira, która niewolników traktowała bardzo dobrze. Ona też została matką
chrzestną Victora. Urodził się więc jako niewolnik, ale nie wiódł w sumie życia
niewolnika. Jego matka chrzestna ukochał go ponad wszystko, zadbała, aby
nauczył się jak najwięcej. Ponieważ był wyjątkowo inteligentny, więc nie tylko
umiał pisać i czytać, ale także nauczył się mówić po francusku i grać na
pianinie. Jako niewolnik mógł jednak ewentualnie zdobyć jakiś jeden z
podstawowych zawodów, więc zaczął się uczyć krawiectwa. Oczywiście już to było
w tamtych czasach i tamtych realiach czymś wyjątkowym. Pewnego dnia opowiedział
swemu mistrzowi krawiectwa sen, który co jakiś czas się powtarzał. „Śniło mi
się, że zostałem księdzem!”. No cóż, ta rewelacja nie została przyjęta jako
najzwyczajniejsze senne marzenie. Victor dostał wielkie lanie od swego
wychowawcy. Tu nie chodziło tylko o to, że nikt z Murzynów i niewolników
wówczas księdzem być nie mógł. Kapłaństwo było widziane jako coś tylko dla
białych. A samo już pożądanie czegoś, co było tylko dla białych, było wręcz
niewyobrażalnym przestępstwem. Jednak zupełnie inaczej, wbrew ówczesnym zasadom,
uprzedzeniom i przesądom, miała potoczyć się historia tego młodzieńca.

Była to jednak
historia bardzo długa i pełna cierpienia. Zaś droga do kapłaństwa stała się bez
wątpienia Krzyżową. Chociaż niewolnictwo zostało w Brazylii ostatecznie obalone
w 1888 roku, to w sumie prawo je obalające wchodzi w życie jeszcze do dziś. Tak
przynajmniej mówią sami Murzyni, oni po dzień dzisiejszy cierpią z powodu
najróżniejszych dyskryminacji i uprzedzeń. Wyobraźmy więc sobie sytuację
młodego Victora. Ponieważ był wyjątkowy, więc biskup, widząc jego nadzwyczajne
starania i talenty, zezwolił na przyjęcie go do seminarium. Był później za to
straszliwie przez wszystkich krytykowany.

Najbliższe seminarium
było w Mariana, oddalone o mniej więcej 400 kilometrów. Victor udał się tam na
piechotę. Kiedy zapukał do seminaryjnej furty, kazano mu wejść wejściem dla
służby i zamieszkać wśród służebnych i niewolników. Tak, jak pierwsze chwile,
tak też upłynęły w seminarium kolejne lata. Jego seminaryjni koledzy
najwyraźniej go nie akceptowali jako studenta, ale ciągle wymagali, aby był ich
służącym. On zaś służył im z miłością i z czasem, po latach, zdobył sobie
szacunek. Bez wątpienia dziś, ci wszyscy, którzy wówczas go poniżali, mają
nietęgie miny. Dla nas jest to dowód, że prawdziwa cnota zwycięża i osiąga
wszystko.

Na kapłana został
wyświęcony 14 czerwca 1881 roku. Swoją Mszę Prymicyjną odprawił w rodzinnej
Campanha i była to wyjątkowa uroczystość nie tylko dla niego. Wraz z nim
celebrował tę dziękczynną Eucharystię cały odrzucony i zniewolony świat. Po
święceniach okazało się jednak, że nie ma za bardzo takiej parafii, w której
on, ksiądz Murzyn mógłby pracować. Droga Krzyżowa miała więc jeszcze wiele
stacji, które miały być przez księdza Victora po kolei przeżyte. Ale o jego
kapłańskiej pracy opowiem już w następnym liście.

Matka Boża z Aparecida w Manaus

Manaus, 7.12.2015

Do Manaus dotarła
Matka Boża z Aparecidy. Oczywiście w kopii swojej figury z brazylijskiego,
maryjnego sanktuarium narodowego. Nossa Senhora Aparecida już od dłuższego
czasu pielgrzymuje po diecezjach Brazylii, a nawet po znanych i ważnych dla
Kościoła Katolickiego miejscach na całym świecie. Pisałem o jej wizycie w
Fatimie, w maju tego roku. No cóż, jeśli chodzi i te pielgrzymki, to były one w
sumie niezbyt częste. Sanktuarium w Aparecida związane jest ze znalezieniem
figurki Matki Bożej, które miało miejsce w 1717 roku oraz późniejszymi licznymi
cudami, jakie dokonały się w związku z tą Maryjną rzeźbą. Można więc
powiedzieć, że istnieje już od trzystu lat. Natomiast pierwsza  peregrynacja Matki Bożej z Aparecida dokonała
się dopiero w 1931 roku. Wówczas to Maryja udała się do Rio de Janeiro,
ówczesnej stolicy Brazylii. Wtedy właśnie ogłoszono Matkę Bożą z Aparecida
Królową i Patronką Brazylii. Podobno na powitanie Matki Bożej wyszły tłumy tak
wielkie, że nikt nie zdołał ich policzyć. Smutnym jest fakt, że dziś bardzo
rzadko nazywa się Matkę Bożą z Aparecida Królową Brazylii. Wszystko z powodu
poprawności politycznej. Protestanci, a zwłaszcza zielonoświątkowcy już kilka
razy próbowali drogami urzędowymi wymazać wszelkie Maryjne święta i nazwy z
życia tego kraju. Na szczęście, jak do tej pory nie udało im się to. Nie mniej
zawsze głośno lamentują, że Matka Boża Patronka Brazylii i Jej liczne
uroczystości obchodzone jako święta państwowe to coś, co przynosi im wstyd. No
cóż, jestem pewny, że jeszcze kiedyś zrozumieją, jak wiele Matce Bożej z
Aparecida wszyscy Brazylijczycy zawdzięczają.

Matka Boża z
Aparecida stała się aktywniejsza pielgrzymkowo tak naprawdę dopiero w 2004
roku. Z okazji stulecia koronacji Jej figury czczonej w narodowym sanktuarium
zaczęła nawiedzać diecezje i parafie całej Brazylii. Właściwie to owo
pielgrzymowanie wówczas zaczęte trwa do dzisiaj. Teraz zaś jest już traktowane
jako przygotowanie do trzechsetlecia znalezienia, właściwie wyłowienia cudownej
figury z rzeki Parnaiba, co potem dało początek całej tej Maryjnej historii na
ziemi brazylijskiej.

Pielgrzymowanie
Maryi rozumiemy biblijnie, ewangelicznie. Jesteśmy jak Elżbieta, przyjmująca
Maryję w swoim domu. Potrzebujemy Jej pomocy. Jednak co jest w tym odwiedzaniu
najważniejsze, to to, że Maryja niesie nam Jezusa, naszego Zbawiciela. Matka
Boża przychodzi do nas poprzez swoją cudowną figurę jako Służebnica Pańska,
która chce służyć ludowi Bożemu. Jej pełna pokory postawa uzdalnia nas do  dostrzeżenia woli Bożej i kierowania się nią
w naszym życiu.

Ojcowie
redemptoryści, którzy są opiekunami sanktuarium w Aparecida, mówią, że Matka
Boża pielgrzymując odwdzięcza się za pielgrzymki  ludu Bożego do jej domu. Mówi się w Brazylii,
że sanktuarium w Aparecida jest największym sanktuarium maryjnym na świecie. No
cóż, nie wiem co oni tu liczą. Przypuszczam, że wiele sanktuariów maryjnych na
świecie może z powodzeniem konkurować z Aparecida, jeśli chodzi o liczbę
pielgrzymów. Natomiast w kwestii rozmiarów samej budowli, to może i
rzeczywiście jest ono największe. Dnia nie starczy, aby obejść wszystkie
zakątki tego maryjnego domu.

Matka Boża
nawiedziła nas podczas naszych parafialnych obchodów odpustowych. Stąd najpierw
dosyć cierpliwie razem z nami się modliła i czekała na zakończenie wszelkich
obchodów na cześć Chrystusa Króla. Potem była jeszcze z nami prawie cały
tydzień. Nie ukrywam, były to wyjątkowe, pełne modlitwy, śpiewów, wzruszeń i
radości. Mieliśmy tym samym bardzo ładne wprowadzenie w Adwent. Na koniec
oczywiście w uroczysty sposób dokonaliśmy aktu ofiarowania parafii i nas
wszystkich Matce Bożej. To była naprawdę prawdziwa konsekracja. Ja zaś, jak
zawsze, obserwowałem moich parafian i po raz kolejny miałem wspaniałą okazję,
aby wiele od nich się nauczyć.

 

Chrystus Król 2015

Listopad w naszej amazońskiej parafii jest miesiącem wielkiego święta. A to
z powodu naszego odpustu Chrystusa Króla, bo takie przecież nosimy wezwanie.

Odpusty w Brazylii to temat wyjątkowo barwny, wiele już razy przeze mnie
tutaj poruszany. Nie ukrywam, że pierwszy z nich, jaki przeżywałem w Brazylii
jedenaście lat temu, a było to w parafii Nossa Senhora dos Remedios, mnie
zachwycił i jednocześnie przeraził. Bez wątpienia było to bardzo ciekawe
zjawisko, także z punktu widzenia religijnego, kolorowe, dynamiczne i
niemiłosiernie głośne. Kolejne odpusty podobały mi się coraz mniej i w końcu
stały się dla mnie trudne. To po prostu był twardy pastoralny orzech do zgryzienia.

Na szczęście w Manaus nasi parafianie mieli podobne spostrzeżenia i wcale
nie trzeba było wielkiego wysiłku, aby zrezygnować z tego wszystkiego, co było
mało religijne i kościelne. Od pierwszego święta Chrystusa Króla chcieliśmy,
aby to było wydarzenie tylko, albo przynajmniej zwłaszcza duchowe. Jestem
szczęśliwy, bo po tych kilku lat Pan Bóg dał nam właśnie coś takiego. Mamy więc
tradycyjną nowennę, którą wszyscy już rozumieją jako swoiste rekolekcje
parafialne. Tym razem przez dziewięć dni rozważaliśmy Przenajświętsze Imię
Jezusa. Oczywiście zawsze z Eucharystią, adoracją i najróżniejszymi modlitwami,
w tym z litanią do Najświętszego Imienia Jezusa. Sama uroczystość Chrystusa
Króla miała oczywiście naszą wspaniałą procesję, tym razem zrealizowaną w
wielkim spokoju i pokoju. Zielonoświątkowcy nam nie przeszkadzali. Mieliśmy też
wszystko bardzo dobrze zorganizowane. Podczas drogi mamy zawsze chwile
zatrzymania się, kiedy to czynione są krótkie rozważania. Trudno w nich było
nie wspominać o ostatnich tragediach, które wstrząsnęły światem, ale też
modliliśmy się w wielu lokalnych intencjach, tych też jest zawsze bardzo wiele.
Brazylia, w tym też Manaus, przeżywa obecnie wyjątkowo poważny kryzys
polityczny i gospodarczy. Na co dzień z tego powodu najbardziej cierpią zwykli
obywatele. Ludzie znajdują się w bardzo poważnej sytuacji. Masowo zaczęli
tracić pracę. Fala przestępstw zupełnie zburzyła, już i tak bardzo nikłe,
poczucie bezpieczeństwa. Rządzący najwyraźniej nie panują nad sytuacją. Nie
wiadomo, jaką drogą będzie kroczyła Brazylia. W Ameryce Południowej często, z
jakąś niezwykłą łatwością, dochodziło do zamachów stanu i wprowadzenia dyktatur
wojskowych. Obecnie często się o czymś takim mówi. Miejmy nadzieję, że do tego
nie dojdzie, że sytuacja się uspokoi, że kraj odzyska stabilność. Jest więc o
co się modlić. Na dodatek w stanie Minas Gerais doszło do wielkiej tragedii,
katastrofy ekologicznej, co jeszcze pewnie opiszę w którymś z moich listów.

Od kilku lat z okazji parafialnego odpustu organizujemy nasz mały festiwal
piosenek religijnych. Tylko, że ostatnio nie jest on już taki mały. Pomysł z
tym festiwalem był mniej więcej taki: parafianie, mniej lub bardziej
uzdolnieni, mieli komponować teksty i muzykę, zawsze oscylując wokół aktualnych
tematów duszpasterskich. Piosenki w założeniu miałyby być używane w naszych
wspólnotowych animacjach. Na początku festiwal był zamknięty, ograniczony tylko
dla naszych parafian. Obecnie stało się to dosyć problematyczne, bo już praktycznie
z całego miasta mamy ludzi, którzy koniecznie chcą brać w nim udział. Chrystus
Król ma przecież serce otwarte dla każdego, więc i my nie mogliśmy się zamykać.
Współczuję tylko jurorom festiwalowym, mają zadnie bardzo trudne. Ja oczywiście
zawsze kibicuję naszym, więc w finale festiwalu mam gardło zupełnie zdarte i
dłonie opuchnięte od oklasków. Zawsze zadziwia mnie pomysłowość i talenty tych
ludzi. Dochodzę do wniosku, że to też może służyć za przykład charyzmatów. Jak
ktoś chce służyć wspólnocie, dostaje od Pana Boga bardzo dużo talentów.

Podczas nowenny jednego dnia rozważaliśmy takie Imię Jezusowe: Jezus, nasza
Nagroda. Mniej więcej chodziło o to, że tą nagrodą jest Krzyż, który nas
prowadzi do zbawienia. Może taką nagrodę w pełni zrozumieć i być w stanie
przyjąć tylko ten, kto jest przyjacielem Krzyża. Tu Krzyż jest  cierpieniem, trudnością, ale prowadzi do
prawdziwego wyzwolenia. Niezwykłym jest to, że Pan Bóg coraz bardziej prowadzi
nas w naszej wspólnocie wiary do takiego właśnie doświadczenia. W tym roku,
podczas naszego dopustu, wszyscy tego doświadczyliśmy. Viva Cristo Rei!

Dlaczego miłość nie jest kochana?

Manaus, 06. 11.
2015

Kiedy poznaje się, oczywiście dziś tylko przez świadectwa, życie o.
Zbigniewa Strzałkowskiego i o. Michała Tomaszka, to można odnieść wrażenie, że
byli oni przez Boga na to męczeństwo przygotowywani. Najpierw ojcowie Jarosław
Wysoczański i Zbigniew Strzałkowski, kiedy starali się w Warszawie, w
ambasadzie peruwiańskiej o wizy, to zawsze zatrzymywali się w kościele św.
Stanisława Kostki, aby pomodlić się przy grobie księdza Jerzego Popiełuszki,
dziś już błogosławionego polskiego męczennika. W dniu, kiedy w końcu wizy
otrzymali, ich modlitwa była zdecydowanie dłuższa. Oddawali się w niej Bogu za
pośrednictwem księdza Jerzego. Na zawsze tajemnicą pozostanie tamto
doświadczenie, ale widać w tym zatrzymywaniu się przy grobie męczennika jakby
lekcję samego męczeństwa. Potem zaskakujące słowa samego ojca Michała, kiedy to
po pożegnalnej Mszy Świętej w parafii w Pieńsku, gdzie pracował po święceniach
kapłańskich, powiedział, że jeśli trzeba będzie dla sprawy Bożej złożyć ofiarę –
ofiarę z życia – to nie będzie się wahał.

Kiedy nadszedł dzień ich śmierci, najwyraźniej byli na nią przygotowani. O.
Zbigniew Strzałkowski i o. Michał Tomaszek pozostali sami w Pariacoto.  9 sierpnia 1991 roku w parafii zaplanowane
było spotkanie z młodzieżą. Miała być celebrowana Msza Święta, potem jeszcze
modlitwy i formacja dla młodzieży. Ten właśnie wieczór terroryści z Sendero
luminoso wybrali na napad. Kiedy ludzie szli na mszę widzieli już chodzących po
ulicach miasteczka bandytów z zakrytymi twarzami. Jedna z sióstr zakonnych,
siostra Berta, poszła do zakrystii i poinformowała o tym ojców franciszkanów.
Rozpoczęła się Eucharystia. Zapamiętano, że Ojciec Zbigniew miał wzrok skierowany
ku drzwiom wejściowym, a ojciec Michał był zadumany. Po odczytanej przez o.
Michała Ewangelii o. Zbigniew wygłosił homilię na temat wiary i zaufania. Bezpośrednio
po Mszy część wiernych uciekła z kościoła, część zaś, głównie młodzi,
pozostali, bo bali się wychodzić na ulicę. Postanowiono, że będą się dalej
modlić. O. Zbigniew opatrywał rany jakiegoś chorego dziecka. Wtedy weszli
uzbrojeni, z twarzami zakrytymi, terroryści. Przedstawili się jako „towarzysze”.
Chcieli rozmawiać z ojcami i zobaczyć samochody. Związali zakonników. Chcieli
też to samo zrobić z postulantami, ale na szczęście zrezygnowali po protestach
o. Zbigniewa. Bandyci ukradli różne drobne rzeczy z cel zakonnych, potem
wsiedli do samochodów i, zabierając ze sobą zakonników, odjechali drogą w górę.
Do jednego z aut zdołała się też wcisnąć siostra Berta, która w ten sposób
stała się najważniejszym świadkiem tego zdarzenia. Po jakimś czasie zatrzymali
się, obu kapłanów umieścili w jednym aucie i wyjaśnili im przyczyny
zatrzymania. Bracia oszukiwali ludzi, gdyż przekazywali im żywność z Caritasu,
organizacji imperialistycznej. Głosili pokój, a przez to zwodzili lud, gdyż w
ten sposób odrzucili przemoc i rewolucję. Religia usypia lud, to opium dla
ludu. Nauczanie Biblii to także usypianie ludu, oszukiwanie go i opanowywanie
go. Po tych wyjaśnieniach pozostawili siostrę zakonną na drodze. Zabrali za to
ze sobą jeszcze wójta z Pariacoto. Po wyjechaniu z miasteczka podpalili most.
Kilka chwil potem, w miejscu zwanym Pueblo Viejo, zatrzymali się i wywlekli
zakonników oraz wójta z samochodu. Kazali im się położyć na drodze twarzą do
ziemi. Zabili ich strzelając w tył głowy. Na plecach o. Zbigniewa pozostawili
kawał tektury z napisem: „W ten sposób umierają lizusy imperializmu”. Potem
odjechali i w następnym miasteczku pijąc i strzelając na wiwat świętowali zwycięstwo
rewolucji.  Pariacoto zaś pogrążyło się w
żałobie. Ciała zamordowanych odnaleziono już po północy. Najpierw zabrano je do
kościoła, potem na sekcję do Casmy, nieco większego miasteczka u podnóża gór.
Pogrzeb męczenników odbył się 11 sierpnia. Zostali pochowani w dwóch osobnych sarkofagach
naprędce zbudowanych w kościele. Na obu grobach widnieje napis umieszczona daty
urodzin i śmierci, imiona i nazwiska braci zakonnych oraz dodano: „Męczennik za
wiarę i miłość.”

Misyjny podręcznik.

Manaus,
28.10.2015

Misje to wyzwanie pod każdym względem. Wyzwanie być może bardzo trudne, ale
też fascynujące. Tak, jak fascynujące są wszelkie tajemnice, zwłaszcza te Boże.
A przecież misje to właśnie droga do Bożych tajemnic. Na misjach tak naprawdę wszystko
jest inne. Aby sobie z tą różnością i różnorodnością właściwie poradzić, trzeba
to rozumieć jako bogactwo. W taki sposób wszystko staje się łatwiejsze,
prostsze i przede wszystkim pożyteczne. Misje to wielkie doświadczenie wiary. Kiedy
czytałem o zamordowanych w Peru polskich franciszkanach, o. Zbigniewie
Strzałkowskim i o. Michale Tomaszku, to pomyślałem sobie, że mogliby się stać
wspaniałymi patronami misjonarzy, a ich życie może posłużyć za swoisty
podręcznik misyjny. Rzeczywiście podpowiadają nam bardzo wiele, wyjaśniają,
uczą i wprowadzają w misyjny świat.

Najpierw przygotowanie. Duchowe i intelektualne. Dziś myślę o tym, jak
trudno im było w czasach bez Internetu, bez przewodników i fachowych publikacji
przygotowywać się do wyjazdu, uczyć się o kraju, do którego mieli się udać. Okazuje
się, że poradzili sobie z tym wyśmienicie. Nawet w języku byli chyba dosyć
zaawansowani. Można odnieść wrażenie, że już na jakiś czas przed wyjazdem obaj zakonnicy
właściwie już byli w Peru. Nie mniej, jak już znaleźli się na miejscu, to
kontynuowali bardzo wytrwale to „uczenie się Peru”. Ojciec Jarosław
Wysoczańskich tak to wspomina: „Od
pierwszych chwil chcieliśmy jak najwięcej poznać, to było coś w rodzaju „pójścia
od nowa do szkoły.” Każdym szczegółem, każdą informacją dzieliliśmy się, aby
wyrobić sobie opinię, pogląd na zastaną rzeczywistość. Było w nas coś z postawy
ucznia. W naszym przypadku nauczycielem był ten świat i ludzie, zastany
Kościół, ci wszyscy, których spotkaliśmy na naszej drodze.

Kiedy
przyjechałem do Brazylii, to już pierwszego dnia, a właściwie pierwszej nocy
miałem okazję uczestniczyć w święceniach kapłańskich. Wówczas dostrzegłem, jak
bardzo tamci ludzie pragnęli kapłanów. Mniej więcej podobne doświadczenie, też
na samym początku,  mieli  nasi franciszkańscy misjonarze. Piszą o tym
tak: „W Chiclayo doświadczyliśmy lekcji,
która pozwoliła nam zobaczyć, czym jest kapłaństwo. Uczestniczyliśmy w
uroczystości święceń kapłańskich…W czasie litanii do Wszystkich Świętych dwie
małe dziewczynki obsypywały kwiatami leżącego krzyżem kapłana. Po namaszczeniu
rąk neoprezbiter zbliżył się do ludu i wyciągnął ręce na znak krzyża. W tym
momencie wydarzyło się coś, czego nigdy nie widzieliśmy w bazylice krakowskiej
i w innych miejscach. Wierni, ze łzami w oczach, obsypywali nowego kapłana
długimi oklaskami…To był kolejny nauczyciel, tym razem Lud Boży ze swoją wielką
miłością do wybranych Pana
.”

Aby dodać sił
zniechęconym trudnościami językowymi, mówi się im, że każdy nowy język to jakby
nowe życie. Jest w tym racja, zważywszy, że język jest nośnikiem wielu treści i
doświadczeń. To szersze horyzonty myślowe, wchodzenie do nowego świata. To  droga do poznania człowieka.  Ojcowie misjonarze, jak już objęli swoją
parafię w Pariacoto, to chcieli właśnie jak najszybciej dotrzeć do każdego
parafianina. W ciągu sześciu miesięcy obeszli wszystkie wspólnoty, wioski i
osiedla. No cóż, dzieło to imponujące! Wspólnot było ponad siedemdziesiąt,
wszystkie w górach, niektóre dostępne tylko piechotą po kilku godzinnej
wspinaczce. Przy tej okazji wspominają coś, co bez wątpienia jest jednym z
najważniejszych i najpiękniejszych misyjnych doświadczeń: „Ludzie ci swoim zachowaniem, sposobem bycia, nieraz nas zaskakiwali.
Pod pozorami zacofania ukrywali wielką inteligencję i jasność umysłu. Zdawało
się, że posiadają dwie twarze, aby je zrozumieć potrzebny był czas oraz
zdolność empatii i obserwacji. Duma z przeszłości mieszała się z nędzą i
niemocą dnia codziennego…Nasze pierwsze spotkanie z ludźmi gór osiągnęło swój
cel; mogliśmy choć trochę poznać rzeczywistość i czuć się poznanymi. Campesino
ma wielką zdolność studiowania ludzkiej natury, jest bardzo spokojny,
cierpliwy, potrzebuje czasu, aby wydać osąd. Poznaje człowieka nie tylko
indywidualnie, ale także w wymiarze wspólnoty…Staraliśmy się otworzyć na to
wielkie dziedzictwo.
” Tak, to prawda! Misje to nieustanna, wspaniała lekcja
życia i wiary!